Budzenie się wśród drzew, w otoczeniu przyrody w jej najbardziej naturalnym obliczu nie było dłużej niczym zaskakującym. Początkowo wstawała wściekła, kiedy okazywało się, że ognisko dawno wygasło, a od ziemi bił przejmujący chłód i wilgoć. Cudem tylko obeszło się bez żadnych średnio przyjemnych rezultatów w postaci gorączki, choć przez dwa czy trzy dni czuła się lekko osłabiona. Wtedy też zauważyła jeszcze parę niepokojących oznak, ale wolała zachować je w tajemnicy. Uważała za głupotę martwienie nimi swoich towarzyszy, tym bardziej, że tak szybko jak się pojawiły, tak szybko zniknęły. Na szczęście dni prędko stawały się coraz cieplejsze, więc spanie pod gołym niebem zaczęło sprawiać jej przyjemność. I właśnie wtedy, jakieś trzy tygodnie od początku całej wędrówki, natrafili w końcu na zbudowany z ciemnego kamienia i wyższy od Giliana przynajmniej trzykrotnie mur. Jak się okazało, dotarli do Teleftagis, ich ostatniego przystanku przed wejściem na statek, którym mieli popłynąć do Khaldhav, ojczyzny rudego elfa. Już wcześniej ustalili, że spędzą tu nieco więcej czasu, chcąc porządnie odpocząć po zdającej się nie mieć kresu wędrówce.
Dlatego nie była zaskoczona, kiedy obudziła się po pierwszej przespanej pod dachem nocy, a przez okno dojrzała, że słońce wisiało już wysoko na niebie. Przed sobą miała wizję leniwego dnia, wypełnionego wydawaniem resztek pozostałych im pieniędzy na cokolwiek tylko zechciała, ale ciężko było jej się tym cieszyć, kiedy świadomość co chwilę kazała jej wracać do tego, co jej się śniło. O ile do snów samych w sobie też zdążyła już nawyknąć, tak to, że piąty dzień z rzędu śniła dokładnie to samo wywoływało u niej bardzo nieprzyjemne uczucie. Sądziła, że nie jest to do końca normalne, ale z drugiej strony głupio by się czuła, mówiąc, że niepokoją ją sny. Co niby złego może z nich wyniknąć? Przecież to tylko przypadkowe obrazy, które podsyła jej własna świadomość. Brakowało im jakiejkolwiek mocy, zdolnej skrzywdzić ją czy kogoś innego. Z drugiej strony, było w nich coś znajomego. Właściwie całe były znajome, choć widziała w nich miejsca i osoby, z którymi nigdy nie miała do czynienia. Ciężko jej było wytłumaczyć to przed samą sobą. W jaki sposób rozpoznawała ten wielki, piętrowy dom i ludzi, którzy uciekali przed nią w popłochu, skoro mogłaby przysiąc, że nie wiedziała nawet, gdzie on się znajduje? Tak samo miała się sprawa z drugim dręczącym ją sennym widokiem – piaszczystym wybrzeżem, lodowatymi falami, wielkim ogniskiem, z którego strzelały iskry i małymi elfiątkami, biegającymi dookoła niego.
Przetarła oczy ręką i wreszcie zeszła z łóżka. Przeciągnęła się, przebrała w świeże ubranie i wyszła z pokoju. Zapukała do drzwi naprzeciwko, choć raczej nie spodziewała się, że zastanie tam swoich przyjaciół. Pewnie wstali jak zwykle wcześnie rano i od paru dobrych godzin byli już na mieście. Westchnęła, kiedy jej przypuszczenia się potwierdziły, po czym zeszła po schodach. Nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Przez tyle czasu dotrzymywali sobie wzajemnie towarzystwa, że teraz, czuła się kompletnie zagubiona. Jaka niby była frajda w jedzeniu, piciu i zabawie, skoro wszystko to robiło się samotnie? Raksha zmarszczyła brwi i pokręciła głową. Nie dowierzała jak bardzo zmieniło się jej nastawienie w ostatnim czasie. Wcześniej, zanim jej życie obróciło się do góry nogami, wszystko zawsze robiła po swojemu, nie prosząc nikogo o pomoc, bo wiedziała dobrze, że wcale jej nie potrzebowała. Była w końcu całkiem potężna i wpływowa. Zdanie sobie z tego sprawy lekko wytrąciło ją z równowagi, ale po krótkim zastanowieniu, uznała, że woli, by było tak, jak jest teraz. Poleganie na innych nie było znowu takie złe.
Wyszła na świeże powietrze i od razu poczuła, że chce wrócić do środka. Tłok, jaki panował na ulicy, był dla niej lekkim szokiem. Zapomniała już o trudach przeciskania się między ludźmi i trzymania swojej sakiewki jak najbliżej, w obawie przed czyhającymi wszędzie kieszonkowcami. Jęknęła w duchu i weszła w tłum, chcąc najpierw trochę się rozejrzeć, nim zdecyduje co zrobi najpierw. No i może, przy okazji, natrafi na swoich przyjaciół. Chociaż może powinna dać im spokój? Skoro na nią nie czekali, widocznie potrzebowali nieco czasu sam na sam. Wszechobecny hałas szybko zaczął ją irytować, ale wiedziała, że przywyknięcie do tego, to zaledwie kwestia czasu, więc starała się go ignorować. Swoją drogą nie powinna się temu wszystkiemu dziwić, była w końcu w Teleftagis, jednym z największych miast, w którym dodatkowo mieścił się ogromny port, z którego odpływały statki w różne strony świata.
Całkiem długi spacer wybrukowaną ulicą doprowadził ją w końcu do centrum, a przynajmniej tak jej się wydawało. Ciężko było to jednoznacznie stwierdzić, bo jak dotąd, wszystko wyglądało dość podobnie. Pełno ludzi, sklepów, straganów, zapachów, odgłosów. Zastanawiała się jak oni wszyscy dają radę mieszkać w takim miejscu. Przeszła przez plac, dookoła którego stały sklepy z, jak się wydawało, wszystkim, o czym tylko człowiek mógłby pomyśleć i w końcu zdecydowała się wejść po nowe ubranie. Co prawda nie potrzebowała go już teraz, ale pomyślała, że przynajmniej wypada zjawić się na oficjalnej wizycie u rodziny swojego przyjaciela w czymś lepszym niż miała dotychczas. Poza tym, tutejsza moda całkiem jej się podobała. Popchnęła całkiem ciężkie drewniane drzwi i weszła do środka.
Wnętrze było dość przyjemne; na błyszczącej podłodze poustawiano w równych odstępach drewniane manekiny. Na każdym z nich wisiała inna kreacja. Były tam długie płaszcze, suknie z falbankami, kapelusze różnej maści, wzorzyste koszule z żabotami, gorsety oraz pełno spodni, wyglądających na szyte dla ludzi z różnych stron świata. Raksha przez chwilę przyglądała się parze długich, wykonanych z lekkiego, błyszczącego materiału, ale w końcu jej uwagę rozproszył głos dochodzący zza długiej zasłony, znajdującej się na końcu sklepu. Najwidoczniej właścicielką sklepu była kobieta, która teraz żywo tłumaczyła dlaczego ten typ tkaniny nie pasuje do innego. Raksha stanęła przy kontuarze, na którym stała lampa, oświetlająca swoim blaskiem gruby notes. Po jej drugiej stronie rozłożono próbki różnych materiałów. Przesunęła palcami po paru z nich, by sprawdzić, czy w ogóle się do czegoś nadają. Zanim dobrze zastanowiła się nad tym, czego właściwie potrzebuje, podeszła do niej, postukując obcasami, wysoka kobieta. Była bardzo szczupła, dość blada, z kręconymi brązowymi włosami upiętymi w kok na czubku głowy i bystrym spojrzeniem. Sprawiała wrażenie bardzo pewnej siebie.
- Witam panią – zaczęła, nim Raksha zdążyła chociażby otworzyć usta. - W czym mogę pomóc?- Potrzebuję czegoś eleganckiego – zaczęła, bo tego była w miarę pewna.
Kobieta zmierzyła ją szybkim spojrzeniem i Raksha mogłaby przysiąc, że wykonała na niej pomiary gołym okiem. Trochę to było przerażające.
- Na jaką okazję? - wystrzeliła z kolejnym pytaniem. - Woli pani styl klasyczny czy coś bardziej ekstrawaganckiego? Z jakich tkanin?
Brzmiała na bardzo podekscytowaną. Najwidoczniej lubiła swoją pracę i dobrze znała się na tym, co robi. Wyjęła z szuflady zwiniętą wstążkę z podziałką. Machnęła ręką w stronę kotar znajdujących się za nią i zaczekała, aż Raksha pójdzie w tamtą stronę.
- Jadę do rodziny przyjaciela. Chciał ich osobiście zaprosić na ślub – uściśliła, będąc mierzoną w talii i barkach. - Co prawda lubię stroje przykuwające uwagę, ale teraz przyda mi się coś bardziej praktycznego... Będzie tam pełno drzew, morska woda i piasek, więc myślę, że coś, co nie zniszczy się zbyt łatwo. Mimo wszystko chciałabym wyglądać ładnie.
Popatrzyła na siebie w lustrze. Prawie siłą musiała powstrzymać się od ciężkiego westchnięcia. Zobaczyła niewysoką, młodo wyglądającą kobietę z podkrążonymi oczami, w których brakowało blasku. Na chudych ramionach miała kamizelkę, narzuconą na lnianą koszulkę w kolorze wyblakłej żółci. Wsunięta była w ciemne, długie spodnie, związane w pasie materiałowym paskiem. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, jaki efekt przyniosła jej cała ta wyprawa. Z wyglądu było jej bliżej do kogoś jedną nogą w grobie niż do osoby w sile wieku. Usłyszała cmoknięcie, kiedy krawcowa skończyła mierzyć długość jej nóg. Zapisała wszystkie parametry w notesie, który zgarnęła po drodze. Zwinęła miarkę i włożyła ją do kieszeni fartucha.
- Rozumiem, że nie ma pani na myśli żadnego konkretnego fasonu? - chciała się upewnić, na co Raksha tylko skinęła głową. - Fantastycznie. Mogę pani coś doradzić, jeśli tego sobie pani życzy, ale zazwyczaj szyję dla klientów całkowicie według własnej wizji.
- Jestem skłonna pani zaufać – odparła po krótkim zastanowieniu się.
Spodziewała się, że taka odpowiedź zadowoli właścicielkę salonu, poza tym miała wrażenie, że jeśli da się przekonać na jakiekolwiek negocjacje, spędzi tu pół dnia, a wolała nie zmarnować czasu. Poza tym wszystkie stroje prezentowane na wejściu zapierały dech w piersiach.
Wyszły zza zasłony prawie w tej samej chwili, w której zza tej obok wychynął średniego wzrostu mężczyzna z wąsem. Niósł w rękach idealnie złożony, ciemnoniebieski frak.
- Miała pani rację, doskonale na mnie leży – powiedział, kiwając głową, kiedy je zobaczył. - Nic dziwnego, że tyle osób się tu ubiera.
Kobieta uśmiechnęła się w taki sposób, jakby tego właśnie się spodziewała i zaprowadziła ich oboje do kontuaru. Przyjęła zapłatę od mężczyzny, a następnie z powrotem skupiła uwagę na Rakshy.
- Uszycie całego stroju, przymiarki oraz opcjonalne poprawki powinny skończyć się w przeciągu miesiąca. Oczywiście, możemy zrobić to szybciej, jednak bez przerwy mamy ręce pełne roboty, więc cena całości będzie dużo wyższa.
Tego właśnie się spodziewała. Zazwyczaj zamawiała takie projekty z odpowiednim wyprzedzeniem, nie chcąc stresować ani siebie ani pracowników, teraz jednak pozostawiona była bez innego wyjścia.
- Jestem w stanie zapłacić trzykrotność ceny, jeśli będę mogła odebrać strój w ciągu dziesięciu dni.
Na szczęście krawcowa nie sprawiała wrażenia zirytowanej, pokiwała tylko głową w zrozumieniu. Najwidoczniej była przyzwyczajona do takich zleceń.
- Jest tu pani przejazdem, tak? - odgadła bez większego trudu. - Tak właśnie myślałam, bo w ogóle nie mogłam skojarzyć tej twarzy. W każdym razie, jest to do załatwienia. Teraz potrzebuję jedynie pani podpisu oraz zaliczki. Na przymiarkę proszę przyjść za tydzień.
Po załatwieniu wszystkich formalności, Raksha wreszcie opuściła salon. W samą porę, bo zaczęła robić się już całkiem głodna, w końcu wyszła na zakupy z pustym żołądkiem. Na szczęście nie musiała długo szukać odpowiedniego miejsca, bo zaledwie parę metrów dalej znajdowała się piekarnia, z której dochodziły apetyczne aromaty świeżego pieczywa. Kupiła sobie wielką, nadziewaną owocami bułkę i spacerując, dotarła do jednej z uliczek, prowadzących do portu. Wnioskując po zapachu morza i ryb, była naprawdę blisko. Przeszła nią do końca i zatrzymała się, by pooglądać statki. Jeszcze nigdy żadnym nie płynęła i była naprawdę ciekawa jak to wygląda. Od Giliana usłyszała tylko tyle, że jest to najgorsza rzecz pod słońcem, bo kołysanie doprowadza go do mdłości, więc większość rejsów zawsze stara się przespać. Z tego, co zauważyła, nie on jeden cierpiał na tę przypadłość, bo całkiem sporo osób, schodzących na ląd wyglądało jak po bardzo ciężkich przejściach.
- Mięczaki – skomentowała i zwróciła swoje kroki w stronę straganów, znajdujących się nieopodal.
W większości sprzedawano tam świeże ryby, ale znalazło się też kilka z innymi obiektami. Przypuszczała, że większość z nich to tani szmelc, mający na celu zwabić naiwnych turystów i przekonać ich do wydania małej fortuny na coś, co albo nie działało albo miało przestać działać po pierwszym użyciu. Minęła też trzy czy cztery osoby, oferujące swoje usługi jako przewodnika. Na samym końcu ulicy, w miejscu gdzieniegdzie ochlapanym przez co większe fale, siedział mężczyzna, przed którym rozłożony był płat szarego materiału. Znajdowało się na nim... dosłownie wszystko. Były tam grzebienie, buty, metalowe kubki, dzbanki, sznur zielonych korali, puste drewniane pudełko z ładnie zdobionym wieczkiem, spinka do włosów, wysadzana połyskującymi kamykami i parę innych, bezużytecznych bibelotów. Raksha pewnie nie zwróciłaby na coś takiego uwagi, gdyby nie dotarło do niej jedno, uporczywie powtarzane przez mężczyznę słowo. Podeszła do niego, złapała się za biodra i spojrzała nań z góry.
- Co masz na myśli, mówiąc magiczne?
Szczerze wątpiła, że cokolwiek stamtąd miało jakąkolwiek styczność z mocami nadprzyrodzonymi. Wyprowadzenie z błędu chciwców, żerujących na łatwowierności innych leżało w jej obowiązku. Po części lubiła też sprowadzać ten typ człowieka do parteru.
- Dokładnie to, droga pani – nie zniechęcony jej sceptycyzmem, sprzedawca wstał i zrzucił z głowy czarny kaptur, który dotąd ukrywał jego twarz.
Całkiem przystojną twarz, jak zauważyła, ale nie zrobiło to na niej większego wrażenia. Czyżby myślał, że kupi ją na szeroką szczękę i błękitne oczy? Przesunął ręką parę razy nad rozłożonym towarem, jakby czegoś szukał, aż w końcu wyłowił spinkę, na którą wcześniej zaledwie rzuciła okiem. Uniosła brew w powątpiewaniu, czekając na ciąg dalszy prezentacji.
- Ta piękna spinka trafiła kiedyś w ręce pewnej prostej, ubogiej kobiety. Kiedy tylko wpięła ją we włosy, jej smutne życie całkowicie się odmieniło! Zakochał się w niej bogaty, przystojny młodzieniec i zabrał ją ze sobą w swoje rodzinne strony. Odtąd żyła w pięknym dworze, otoczona najcudowniejszymi dziełami sztuki naszych czasów. Na byle skinienie miała tuzin służek, a każdy mężczyzna, na którego spojrzała, natychmiast się w niej zakochiwał. Żyła w dostatku do końca swoich dni, kiedy to odeszła w otoczeniu wszystkich swoich dzieci, by dołączyć do męża, który kochał się w niej na zabój do końca swoich dni – zakończył swoją opowieść chwilą dramatycznej ciszy. - Jestem przekonany, że sprowadzi ona takie samo szczęście na każdą kobietę, która skłonna będzie wsunąć ją w swoje włosy. Czyż nie wszyscy marzą o luksusowym życiu pozbawionym trosk i zmartwień, towarzyszącym nudnym, szarym ludziom?
Raksha zdusiła w sobie śmiech, ale nie była w stanie powstrzymać swoich ramion od drżenia. Ktoś rzeczywiście wierzył w takie bajeczki, w których brak było jakichkolwiek konkretów, mogących chociaż pozornie sprawiać wrażenie wiarygodności?
- Jasne – skwitowała krótko. - Tak się składa, że mam całkiem spore doświadczenie z magicznymi przedmiotami. Pozwól, że sama ocenię.
Zabrała ozdobę z rąk mężczyzny. Udała, że nie zauważyła dziwnego wyrazu jego twarzy. Początkowa pewność siebie chyba powoli go opuszczała.
Tak jak się spodziewała, wystarczył delikatny dotyk, by upewniła się, że od początku miała rację. Nie wyczuła pod palcami nawet najsłabszego, tak sobie znajomego pulsowania, które było oznaką styczności z magią. Co prawda, nie była już w stanie jej używać, ale wiedziała, że jeśli miało się z nią kiedyś do czynienia w praktyce, to ciało zawsze będzie w stanie wyczuć choćby najdrobniejszą jej ilość. Z prychnięciem odrzuciła spinkę pod nogi mężczyzny.
- Wiesz co, miernoto? - zaczęła, nagle dużo bardziej zirytowana niż przypuszczała. - Założę się, że nigdy w życiu nie miałeś do czynienia z niczym, co chociażby stało obok magii. A wiesz skąd to wiem? Bo gdyby tak było, samo spojrzenie na tę rzecz urwałoby ci łeb. Wynoś się stąd. Jeśli jeszcze raz zobaczę, że próbujesz wciskać naiwniakom jakieś gówno, źle się to dla ciebie skończy.
Nawet nie wiedziała, kiedy jej dłoń zacisnęła się na rękojeści szabli, którą od pewnego czasu ze sobą nosiła. Dyszała głośno, a złość praktycznie ją zaślepiła. Zawsze łatwo było ją wyprowadzić z równowagi, ale jeśli była jedna rzecz, która robiła to najskuteczniej, było to oszukiwanie za pomocą magii. W tym przypadku, wymyśloną, jednak nie robiło to dla niej różnicy. Te praktyki i tak zostały już napiętnowane w wielu miejscach jako złe i sprowadzające nieszczęście z powodu wszelkiej maści kretynów, którzy wykorzystywali je do haniebnych celów.
Mężczyzna wyglądał, jakby nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Podniósł spinkę, wytarł ją w płaszcz i odłożył na właściwe miejsce. Chciał coś odpowiedzieć, ale zerknął na jej palce, wciąż trzymające rękojeść.
- Nie zrobiłabyś tego... Jesteś wśród tylu ludzi...
Powieka jej zadrgała, kiedy wysunęła kawałek ostrza.
- Chcesz się założyć? Wyjazd!
Dla większego efektu kopnęła wielki dzbanek, który przewrócił się i rozbił z hukiem, co zwróciło uwagę kilku przechodniów.
- Jesteś zwykłym oszustem. Nie będę miała skrupułów przed skrzywdzeniem cię. Wszystko, co próbujesz opchnąć, to bezwartościowe rupiecie. Weź się do uczciwej pracy, która nie wymaga robienia idiotów z niewinnych ludzi.
Wzięła głęboki, uspokajający oddech, kiedy zobaczyła, jak cwaniaczek w pośpiechu zbierał cały swój towar. Chwilę potem zniknął w jednej z wąskich ulic, biegnących nie wiadomo dokąd.
Szczerze wątpiła, by jej słowa wywarły na nim większe wrażenie, a co dopiero skłoniły do przemyśleń, ale przynajmniej się wyżyła. Nerwy trochę jej opadły i zaczęła myśleć trzeźwiej. Czemu właściwie to zrobiła? Zwykle nie wtrącała się w takie sprawy. No, przynajmniej dopóki Giliana nie było w pobliżu. Zawsze wciągał ją w swoją walkę o ochronę nad słabszymi lub głupszymi, a ona mu na to pozwalała, bo jeśli miała w czymś doświadczenie, to było to gnębienie złych ludzi.
Uznała, że ma dosyć atrakcji na dzisiaj, a po wybuchu nagłego gniewu czuła, jakby wszystkie emocje ją opuściły. Postanowiła wrócić do zajazdu, w którym miała wykupiony nocleg i chwilę się zdrzemnąć. Droga do celu strasznie się jej dłużyła, chwilami nawet myślała, że udało jej się zgubić, ale w końcu trafiła na miejsce. Skierowała się w stronę schodów prowadzących na piętro, ale zatrzymała się, kiedy ktoś zawołał jej imię. Obróciła się, z irytacją wypisaną na twarzy. Chciała spać, a nie marnować czas na bezsensownych pogaduszkach. Jej spojrzenie natychmiast wylądowało na rudej głowie przyjaciela, który swoim wzrostem znacznie wyróżniał się między ludźmi. Wstał od stołu i machał do niej. Zdawało jej się, że za wysokim oparciem widzi kawałek ciemnych włosów drugiego elfa. Podeszła do nich powoli, próbując ukryć swoje niezadowolenie.
Naprawdę nie mieli lepszego momentu?
- Cześć, Gil, Yulan. Coś się stało? - zapytała, powstrzymując ziewnięcie.
Wyższy elf popatrzył na nią dziwnie. Usiadł i poklepał miejsce po swojej drugiej stronie.
- A musi się coś stać, żebyśmy chcieli z tobą pogadać? - uniósł lekko brwi. - Siadaj. Wróciliśmy niedawno i postanowiliśmy poczekać na ciebie. Yulan chce odwiedzić port. Tak jak ty jeszcze nie miał tej wątpliwej przyjemności bycia na statku, ale mówiłem mu, że nie zaciągnie mnie tam wcześniej, niż to konieczne.
Raksha rzuciła krótkie spojrzenie na Yulana. Odwzajemnił się tym samym, choć było w nim coś trochę dziwnego.
- Przykro mi. Właśnie stamtąd wracam. Jestem trochę zmęczona, więc chyba będziecie musieli pójść sami.
Nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, odwróciła się i ruszyła do swojego pokoju. Wydawało jej się, że usłyszała za sobą coś, co brzmiało jak „mówiłem ci”, ale zignorowała to. Miała wrażenie, że zachowała się trochę niesprawiedliwie, a przynajmniej tak przypuszczała po ich minach, ale nie umiała się tym przejąć. Chyba zrozumieją, jak raz na jakiś czas im odmówi. Położyła się z cichym jękiem na całkiem miękkim łóżku i zasnęła, sama nie wiedząc, czemu znów czuje się tak dziwnie pusta w środku.
*
Gilian patrzył z niedowierzaniem na oddalające się plecy swojej przyjaciółki. To był prawdopodobnie pierwszy raz, kiedy jej zachowanie sprawiło, że kompletnie nie wiedział jak je skomentować. Znali się całkiem długo, a większość tego czasu spędzili razem. Właściwie od pierwszej chwili znaleźli ze sobą wspólny język i nie mieli problemu z porozumiewaniem się. Były chwile, gdy rozumieli się bez słów: kiedy po długim dniu mieli ochotę na relaks, jednocześnie kierowali swoje kroki do tych samych knajp, kiedy ktoś działał im na nerwy, w tej samej chwili szli wyjaśnić całą sprawę, kiedy się z czegoś cieszyli, jednocześnie wybuchali śmiechem. Teraz Gilian miał wrażenie, że mówi o zamierzchłych czasach, a jego przyjaciółka to tak naprawdę jakaś tania kopia, zaledwie przypominająca ją wyglądem, choć i to od pewnego czasu było już nieaktualne. Czuł, że coś się zmieniło, ale zdał sobie z tego sprawę dopiero dwa dni temu, kiedy jego własny narzeczony wytknął mu to ze szczegółami. Najwidoczniej tak pochłonęły go planowania ceremonii i radość na bliskie spotkanie z rodziną, że całkiem stracił głowę i zdolność skupiania się na czymkolwiek innym. No, i poza tym skrycie wiedział, że nie należał do najbystrzejszych osób.
- Nie wierzę. Naprawdę miałeś rację – powiedział, kręcąc głową.
Spojrzał kątem oka na swojego towarzysza. Ten westchnął i bezradnie wzruszył ramionami.
- Jest taka już od pewnego czasu. Próbowałem coś z niej wyciągnąć, ale chyba to nie był najlepszy pomysł – westchnął. - Popatrzyła na mnie jak na kretyna i zmieniła temat.
- Ale przecież coś musiało się stać! - krzyknął Gilian. - Tylko co i kiedy? Przecież cały czas jest z nami – widząc wyraz twarzy Yulana, zwątpił w siebie ponownie. - Nie jest?
Ciemnowłosy elf popatrzył na niego i przygryzł wargę. Jakim cudem zauważył takie zmiany w kimś, kto był dużo bliższy dla jego ukochanego niż dla niego samego? Z drugiej strony, biorąc pod uwagę charakter Rakshy, ciężko było nie zauważyć, że zachowuje się kompletnie inaczej.
- Cały czas gdzieś znika. Kiedy wieczorem rozbijamy obóz, szybko rozkłada swoje rzeczy i idzie bogowie wiedzą gdzie. Potem, rano, pakuje się najszybciej. My dopiero wsiadamy na konie, a ona już jest w drodze. Podczas rozmów, o czymkolwiek właściwie, jedyne co wtrąca, to jakieś półsłówka albo chrząknięcia, a normalnie trzeba ją prosić, żeby się zamknęła. Poza tym... kiedy ostatnio widziałeś, żeby coś jadła?
Twarz Giliana z chwili na chwilę wyrażała coraz to inne emocje. Po karuzeli od zaniepokojenia, przez smutek aż do złości, zatrzymała się wreszcie na trosce. Miał zmarszczone brwi i spuszczony wzrok. Yulan mógłby się założyć, że właśnie o wszystko się obwinia.
- Tylko tego nie próbuj. Nie wiadomo o co jej chodzi. Może dostała jakąś złą wiadomość? Od Neviny na przykład?
Chociaż rudy elf nie sprawiał wrażenia przekonanego, kiwnął głową w zamyśleniu.
- Możliwe. Zawsze zamykała się w sobie, kiedy napotykała problemy. Dasz wiarę, że dowiedziałem się o tej sprawie z bogami, dopiero kiedy ją odwiedziłem, bo ignorowała wszystkie moje listy? I to w jaki sposób? Na parę chwil przed tą całą bitwą, więc nawet nie miała czasu wszystkiego wyjaśnić – ukrył twarz w dłoniach. - Właśnie sobie przypomniałem, że miałem o tym z nią porozmawiać, ale... w międzyczasie tyle się wydarzyło.
Był całkowicie tym przytłoczony. Wkurzało go, że każda komplikacja w życiu Rakshy, była przez nią ukrywana przed całym światem, dopóki się jej całkowicie nie pozbyła. Z początku były to drobnostki – drobnostki dla zastępczyni boga, ma się rozumieć – w których i tak nie dałby rady jej pomóc, więc szybko o tym zapominał. Dopiero sytuacja na parę godzin przed jego śmiercią dała mu do zrozumienia, jak wielki problem z chorobliwą samodzielnością ma jego przyjaciółka.
- Hej, przestań się tym tak zadręczać. Jeśli będzie chciała, to sama ci powie. Dobrze wiesz, że wszystko inne przyniesie okropne rezultaty.
Choć Yulan próbował jakoś go pocieszyć, wątpił, by dobrze mu poszło. Zwłaszcza dlatego, że Gilian wyglądał jeszcze bardziej ponuro, niż przed chwilą.
- Właśnie w tym problem. Ona chce powiedzieć. Coś ją powstrzymuje. Może boi się, że prosząc o pomoc wyjdzie na nieudacznicę?
Przez moment żaden z nich nic nie mówił. Niższy elf uśmiechnął się lekko pod nosem. Jego przyszły mąż był czasami dużo bardziej spostrzegawczy, niż mu się wydawało. Złapał go za rękę i ścisnął ją lekko.
- Nie dasz za wygraną, co? Może masz rację. Jeśli chcesz, znajdę sobie zajęcie na wieczór, a ty spróbuj z nią porozmawiać. Pewnie masz większe szanse niż ja.
*
Obudziła się, kiedy słońce już zachodziło. Pomarańczowy blask wlewał się do pokoju, oświetlając wnętrze ciepłym światłem. Leżała w łóżku jeszcze przez chwilę, próbując zorientować się w czasie. Miała nadzieję, że to wciąż był ten sam dzień. Do jej uszu dotarły hałasy z parteru i uznała, że właśnie to musiało ją obudzić. Pewnie kilku kolejnych podróżnych szukało tutaj schronienia. Kiedy wstała z łóżka, poczuła, że mięśnie strasznie jej się zastały. Porozciągała się przez chwilę, ale wreszcie stwierdziła, że to na nic. Postanowiła poszukać Giliana, z nadzieją, że znajdzie czas na chociaż chwilę treningu. Ziewając wyszła z pokoju po czym bez pukania wśliznęła się przez drzwi naprzeciwko. W środku był tylko rudy elf, który siedząc na łóżku, czyścił swój miecz.
- Dobrze, że jesteś. Miałem przyjść po ciebie, jak skończę. Co powiesz na małe ćwiczenia? - zapytał bez odrywania się od swojego zajęcia.
Raksha przysiadła obok niego. Przez chwilę patrzyła na jego ruchy a potem ziewnęła.
- Jestem w tej samej sprawie – powiedziała. - Jest tu gdzieś miejsce na coś takiego?
Co prawda przed zajazdem była dość spora przestrzeń, ale o tej porze zajmowali ją przybywający ludzie. Poza tym ciężko jej było sobie wyobrazić nawet prowizoryczną walkę w swoim wykonaniu na twardym kamieniu. W trakcie ostatniej przewróciła się tyle razy, że jej nogi były obdrapane w co najmniej dwudziestu miejscach. Cóż, nikt nie obiecywał, że początki będą łatwe. Zwłaszcza, że Gilian uczył władania mieczem według własnych zasad, uczonych tradycyjnie w Khaldhav. Wątpiła, by jakikolwiek człowiek zdołał opanować nawet podstawowe ruchy i kroki w przeciągu niecałego tygodnia. O ile miała jakieś doświadczenie w walce za pomocą niektórych ostrzy, tak w większości sytuacji radziła sobie za pomocą magii – zaczarowana szabla często sama kierowała jej ręką, ona musiała po prostu dostosować do niej ruchy reszty ciała. Sądziła też, że dałaby sobie radę z jakimś żółtodziobem, a Gilian zapewniał ją, że przy nim nic nie grozi żadnemu z nich, jednak upierała się, że poczuje się dużo pewniej, nie musząc polegać na innych.
- Zapytałem o to wcześniej. Przy stajniach jest całkiem dużo wolnego miejsca.
Wreszcie skończył i wstał. Wyszli z zajazdu i skierowali się na tyły, gdzie znajdowały się stajnie. Elf wyjął swoje miecze, stanął naprzeciw Rakshy, a potem przyjrzał się jej bacznie. Przestąpiła z nogi na nogę. Miała wrażenie, że zrobiła coś źle, ale co? Przecież dopiero tu przyszli.
- Przestań się tak gapić – machnęła ręką, po czym wyjęła swoją szablę.
Z początku myślała, że będzie ciężko dopasować dwie tak różne bronie do sprawnego i bezpiecznego treningu, ale okazało się, że nie stanowiło to przeszkody dla Giliana. Większym problemem były dla niej wszystkie kroki i pamiętanie, by jednocześnie się bronić i atakować.
- Jeśli uda mi się wygrać, obiecaj, że odpowiesz mi szczerze na parę pytań – powiedział w końcu.
Nie wykonał jeszcze żadnego ruchu, wciąż stojąc w tym samym miejscu. Teraz to ona popatrzyła na niego jakby nie dowierzała w to, co słyszy.
- Równie dobrze możesz zapytać już teraz – przewróciła oczami, z góry wiedząc, że nie miała najmniejszej szansy na wygraną. - Poza tym kiedy niby rozmawiałam z tobą nieszczerze, że musisz to podkreślać?
- Prawdę mówiąc, z trudem przypominam sobie kiedy ostatnio ze mną rozmawiałaś.
Zmarszczyła brwi. Opuściła rękę, w której wciąż trzymała w gotowości swoją szablę. Westchnęła i usiadła tam, gdzie stała, krzyżując nogi. Podparła brodę ręką.
- No dobra, powiesz mi wreszcie o co ci chodzi? Bo mam wrażenie, że próbujesz zasugerować mi coś nieprzyjemnego.
Wyczuwała nadchodzącą kłótnię, albo przynajmniej bardzo napiętą sytuację. I to prawie u celu podróży! Miała nadzieję wyjaśnić wszystkie możliwe nieporozumienia bez zbędnych nerwów, ale też znała siebie zbyt dobrze.
- Nic takiego. Po prostu wydaje mi się, że ostatnio unikasz... mnie, nas? - zapytał jakby sam siebie. - Martwię się. Stało się coś złego, zrobiliśmy ci coś?
To było zaskakujące. Spodziewać się mogła wielu rzeczy, ale tego, że zarzuci jej coś takiego? Na jakich niby podstawach? Chciała się zdenerwować, ale widząc wyraz szczerego zmartwienia na twarzy przyjaciela, zdusiła w sobie to uczucie.
- O czym ty...? Ja wcale nie... Kiedy? Jak? Przecież cały czas jesteśmy w trójkę.
Zaczęła szybko analizować swoje zachowanie w ciągu ostatnich paru dni. I w końcu to do niej dotarło. Gilian miał trochę racji. Jakimś cudem nie zauważyła, że od pewnego czasu separuje się od swojej małej grupki. Nagle poczuła się okropnie głupio. Jak miała wytłumaczyć to innym, skoro sama do końca nie rozumiała, nie była nawet świadoma, że robi coś takiego?
- Słuchaj – zaczęła ostrożnie, kiedy do niej podszedł i kucnął. - Właśnie to do mnie dotarło. Sama nie wiem... W każdym razie, nie przejmuj się tym. Chyba czasami potrzebuję trochę czasu dla siebie. Moje zachowanie nie ma nic wspólnego z wami. Jest po prostu parę rzeczy, które potrzebuję przemyśleć, ale nie, nie jestem na was zła ani nic z tych rzeczy.
Dlaczego nagle poczuła dziwne pieczenie w kącikach oczu? Wzięła głęboki oddech, kaszlnęła i podniosła się, z powrotem biorąc szablę w dłoń.
Jeszcze tego brakowało, żeby Gilian próbował brać winę na siebie za to, że wszystko powoli ją przytłaczało i nie miała pojęcia jak zacząć sobie z tym radzić. To był jej problem.
- Na pewno? - zapytał, kładąc jej rękę na ramieniu. - Jeśli gryzą cię pchły, będą gryzły mniej, jeśli zrzucisz część na mnie.
Wybuchnęła cichym śmiechem, słysząc coś tak głupiego. Z drugiej strony, porównanie problemów z poczuciem własnej wartości do upierdliwych insektów odejmowało im znaczną część przerażającego efektu.
- Dzięki, Gil, ale są pasożyty, z którymi muszę uporać się sama.
Otworzył usta, jakby chciał się sprzeciwić, ale szybko je zamknął. Może uznał, że koniec męczenia jej na dzisiaj. Przez następne kilkanaście minut trenowali w skupieniu. A przynajmniej Raksha była skupiona, Gilian wyglądał jakby bez trudu poradził sobie z zamkniętymi oczami. Chociaż próbowała obserwować i naśladować jego ruchy, wciąż i wciąż kończyła na ziemi. Kiedy udało jej się sparować pierwsze pchnięcie, wyciągnęła rękę przed siebie, domagając się chwili przerwy. Dyszała ciężko a pot spływał jej po twarzy. Czuła lekkie zażenowanie, przypominając sobie sposób w jaki się poruszała i jak żałośnie musiało to wyglądać w kontraście do zwinnych i pełnych wprawy manewrów Giliana. Obiecała sobie, że kiedyś nauczy się przynajmniej kilku z nich. Może nie zgrabnego lądowania, piruetu i tych siedmiu (może więcej, ciężko było dostrzec wszystkie) gwałtownych machnięć mieczami, ale była pewna, że niektóre ruchy uda jej się opanować.
- Uch... Daj mi moment. Jesteś jak maszyna – jęknęła, łapiąc się za kolana i próbując złapać oddech. - Czuję się, jakbym walczyła z wiatrakiem. Chociaż to w ogóle nie przypomina normalnej walki. Kto robi coś takiego? Wyglądasz bardziej jakbyś... nie wiem, tańczył jakiś wyjątkowo agresywny taniec.
Była pewna, że każde ustawienie nóg, pchnięcie, cofnięcie się czy unik były przez niego z góry ustalone, jakby był w stanie przewidzieć każdy jej atak. Poza tym po każdym celnie zadanym ciosie wracał do tej dumnej postawy wyjściowej, z wypiętą piersią, ostrzami skierowanymi w dół i spojrzeniem pełnym samozadowolenia. Zastanawiała się, czy w trakcie prawdziwej bitwy też znalazłby czas na zgrywanie modela. Usłyszała jego cichy śmiech nad sobą.
- Masz rację. Tego uczyliśmy się przez większość czasu. Większość tego co robię, to podstawy tańca. To znaczy, początkowo walczono w ten sposób. Dopiero po Objawieniu, kiedy moi przodkowie zrezygnowali z agresji i najazdów na pobliskie ziemie, przerobiono styl walki na styl tańca. Zwykle wykonuje się go z czymś bezpieczniejszym. Dopiero na ostatnim etapie nauki pozwala nam się na użycie broni.
Z racji, że Gilian rzadko opowiadał o takich rzeczach, słuchała go bardzo uważnie. Biorąc pod uwagę jak bardzo jego krewniacy byli niechętni, by dzielić się swoją przeszłością, uważała się za wyjątkową szczęściarę. W końcu nie tylko ma okazję nauczyć się tradycyjnej sztuki walki, ale będzie też mogła wziąć udział w elfiej ceremonii ślubnej. Nie znała chyba nikogo, kto mógłby się tym poszczycić.
- Nie wpadłabym na coś takiego. Prawdę mówiąc, byłam przekonana, że po prostu kochacie popisywać się swoim wdziękiem do tego stopnia, że nawet zabijacie z gracją. Chociaż wciąż wygląda to bardzo brutalnie. Dziwne połączenie.
Wyprostowała się, odzyskawszy nieco sił. Nad swoją formą też powinna popracować. Może pora zrezygnować z konia i czas na trochę biegania?
- Mnie się podoba – wzruszył ramionami. - Dziwię się trochę, że idzie ci tak kiepsko. Wiem, że walczyliśmy razem zaledwie raz i nie miałem szczególnie czasu, by ci się przyglądać, ale zdawało mi się, że radziłaś sobie całkiem przyzwoicie.
Raksha wydała z siebie coś, co miało być śmiechem, ale wyszło bardzo niezręcznie. Właśnie dlatego, że radziła sobie przyzwoicie, poczuł potrzebę osłonienia jej własnym ciałem.
- To nie do końca tak. Wiesz, zabijając demony czy egzorcyzmując złe duchy broń jest zbędna, więc nigdy szczególnie nie poświęcałam jej swojej uwagi. Tamta szabla... rzucono na nią silne zaklęcie, lokalizujące wrogą energię. Działała praktycznie sama.
- Hm – zamyślił się na moment. - W teorii brzmi praktycznie, ale mam wrażenie, że to trochę ryzykowne. Jakim cudem wyszłaś z tego cało?
To było jedno z tych pytań, którego starała się za wszelką cenę uniknąć. Miała nadzieję, że nie padnie jeszcze przez długi czas, bo wciąż nie wymyśliła odpowiedniego wytłumaczenia. Oczywiście kłamanie w takiej kwestii nie wchodziło w grę, ale chciała przekazać mu prawdę o swoim brutalnym wybuchu we w miarę delikatny sposób.
- Tak myślałem. Widzę, że nie chcesz o tym rozmawiać, więc pewnie wydarzyło się coś poważnego – chociaż nie widziała jego twarzy, bo odwróciła się bokiem, mogłaby przysiąc, że zrobił tę swoją minę znowu unikasz ciężkich tematów, co? - Skoro tak, to tym bardziej powinienem wiedzieć. Poza tym cały czas mam wrażenie, że czegoś się boisz albo przynajmniej spodziewasz. Czy jest coś lub ktoś, kto ci zagraża?
Wiedziała, że pytając o coś takiego, mógł mieć na myśli tylko jedną osobę. Była podstawiona pod ścianą. Kłamanie nie wchodziło w grę, a zbywać go dłużej też nie mogła. W końcu miał prawo wiedzieć, co działo się od momentu jego śmierci aż do zmartwychwstania.
- Chodźmy stąd w bardziej ustronne miejsce – powiedziała wreszcie, chowając swoją szablę z powrotem do pochwy.
Usłyszała, jak jej przyjaciel robi dokładnie to samo ze swoimi mieczami, kiedy szła powolnym krokiem w stronę wejścia do zajazdu. Próbowała ułożyć sobie w głowie to, co miała mu powiedzieć. Czuła wielki ciężar gdzieś w klatce piersiowej, a serce biło jej z ogromną prędkością, chociaż już dawno uspokoiła się po tych krótkich ćwiczeniach. Wreszcie weszli do głównej sali, w której było gwarno i wesoło. Ruszyła za Gilianem do swojego pokoju najwolniej jak potrafiła, chociaż wiedziała, że tylko bezsensownie to wszystko przeciąga. Pierwszy raz chyba bała się, że kogoś straci. Wcześniej życie skąpiło jej okazji do nawiązywania emocjonalnych więzi – nawet jeśli spędzała z kimś mnóstwo czasu, łączyły ich wyłącznie profesjonalne relacje. Patrząc z perspektywy czasu, zastanawiała się jakim cudem uważała to za całkowicie normalne.
Wreszcie krótki marsz dobiegł końca i oboje znaleźli się za zamkniętymi drzwiami. Z braku lepszego miejsca, Raksha usiadła na swoim łóżku. Przez chwilę gapiła się przez okno pustym wzrokiem, ostatecznie zbierając myśli.
- Pamiętasz końcówkę? To znaczy, kiedy odepchnąłeś mnie i przyjąłeś cios na siebie? - zaczęła, a głos lekko jej zadrżał. - Kiedy upadałeś na ziemię, byłeś już martwy. Dopiero wtedy dotarło do mnie, co tak właściwie się stało. Złapałam cię w ostatniej chwili i wtedy...
Wiedziała, że wspomnienia z tej chwili były dla niej wciąż zbyt bolesne, dlatego bez zdziwienia przyjęła fakt, że do oczu napłynęły jej pierwsze łzy. Było w tym za dużo tragicznych wydarzeń, które nastąpiły jedne po drugich. Gilian usiadł obok niej i położył jej rękę na plecach. Nic nie powiedział, dając jej czas na kontynuowanie.
- To był dla mnie za duży wstrząs. Dlaczego to zrobiłeś? I to po tym, jak ignorowałam wszystkie twoje wiadomości. Robiłam to specjalnie, nie chciałam, żebyś mieszał się w coś takiego. To mogło się skończyć tylko w ten sposób. W każdym razie... Sama dokładnie nie pamiętam, jak to wszystko się potoczyło. Wiem tylko, że w jednej chwili czułam twoją krew na swojej twarzy, a w następnej wszyscy dookoła leżeli martwi – wyrzuciła z siebie szybko. - Ja to zrobiłam. Ja ich zabiłam. Pod wpływem szoku, wielkiego stresu albo w sytuacji zagrożenia w ciele skupiają się ogromne ilości magii... Oczywiście nie ma możliwości nad tym zapanować ani w żaden sposób kontrolować. Coś takiego prowadzi do ogromnego wybuchu energii, który jest na tyle silny, by powalić większość żywych istot z okolicy. To trochę jak wtedy, kiedy chce ci się rzygać. Czujesz, że to nadchodzi, masz skurcze i tak dalej. Próbujesz to powstrzymać, ale i tak wiesz, że to nic nie da. Możesz jedynie czekać aż się skończy.
Mistrzynią poetyckich porównań z pewnością nie miała szansy zostać, ale w tym momencie była zbyt roztrzęsiona wspomnieniami, by dbać o subtelny język. Musiała zrobić krótką przerwę, bo płacz usilnie próbował odebrać jej mowę. Sama już nie wiedziała, czy była bardziej przygnieciona przypominaniem sobie tej sytuacji z najdrobniejszymi szczegółami, czy faktem, że jej pierwszy w życiu przyjaciel, brzydząc się jej morderstwami, trzaśnie drzwiami, zostawiając ją samej sobie już na zawsze. Gilian wciąż milczał, chociaż cisza dłużyła się coraz bardziej. O dziwo, wciąż siedział w tym samym miejscu, gładząc powoli jej plecy. Wyglądało na to, że chce jej dać się wypłakać. W końcu pociągnęła nosem ostatni raz i spojrzała na niego.
- Dlaczego nic nie mówisz? Zabiłam prawie wszystkich swoich sprzymierzeńców, a ci, co zostali, obrócili się przeciwko mnie. Prawdopodobnie mamy na karku ogromne niebezpieczeństwo, bo wątpię, że zechcą zostawić mnie przy życiu. Dlatego tak sprzeciwiałam się podróżowaniu z wami. Nie po to przywracałam cię do życia, żebyś znowu miał je stracić w głupi sposób. Najlepiej będzie, jeśli rozstaniemy się tu i teraz, bo...
Złapał ją za ramiona tak mocno, że syknęła z bólu, przerywając swój wywód. Popatrzyła na niego, próbując odgadnąć co siedziało mu w głowie. W końcu to do niego dotarło?
- Zwariowałaś, prawda? Po pierwsze, naprawdę myślisz, że jeśli chcieliby cię zabić, to zwlekaliby tyle czasu? Po co? Mieli przecież masę dogodnych możliwości, chociażby kiedy sama szukałaś dla mnie pomocy. Zobaczyli, że zniknęłaś, więc prawdopodobnie myślą, że mają cię z głowy i nie muszą się tobą przejmować. Po drugie... mam dziwne wrażenie, że myślałaś, że będę, nie wiem, rozczarowany albo zły, jak się dowiem, co się stało. Jasne, to przykre, ale sama mówiłaś, że stało się to mimo twojej woli. Jestem pewien, że gdybyś była w stanie kontrolować tę reakcję, nigdy byś na to nie pozwoliła. Może zabrzmi to głupio, ale mnie to wystarczy. Z resztą, mam ci przypomnieć jak skończyli ci, którzy zabili rodzinę Yulana? W przeciwieństwie do ciebie, ja byłem w pełni świadomy tego, co im robię. Musiałbym być skończonym hipokrytą, żeby mieć ci to za złe, nawet jeśli teraz jesteśmy w trudnej sytuacji. Po trzecie, żadnych rozstań. Nawet jeśli się mylę i jednak ktoś depcze nam po piętach, to co z tego? Dałem sobie już radę z paroma demonami – uśmiechnął się do niej szczerze, na co odpowiedziała mu tym samym, choć słabiej. - No, ale to wyjaśnia twoje nagłe zainteresowanie fechtunkiem. Będziemy musieli pomyśleć nad lepszą organizacją treningów. Możesz przestać się tym wszystkim przejmować. Jeśli coś będzie ci grozić, jesteśmy w tym razem.
Chciała powiedzieć, że owszem, Gil bezlitośnie wymordował wszystkich ludzi, którzy przyczynili się do tragedii, jaka spotkała rodzinę Yulana, ale on miał powód, w dodatku całkiem konkretny. Po krótkiej chwili doszła do wniosku, że skoro jemu to wystarczyło, to ona sama powinna również się z tym już pogodzić. W końcu czasu nie cofnie, a nawet, jeśli wybaczenie sobie tej zbrodni zajmie jej dużo czasu, zawsze zostanie go jeszcze trochę, by zacząć żyć od nowa. Wszystkie zapewnienia przyjaciela przywróciły odrobinę spokoju serca, którego tak długo nie potrafiła znaleźć. Przytuliła się do niego mocno, ale tylko na moment. Odsunęła się, wycierając wciąż mokre od łez oczy.
- Może masz rację – szepnęła w końcu. - Dziękuję. Czasami zapominam, że mogę też polegać na innych.
W odpowiedzi dostała jeden z najbardziej szerokich uśmiechów. Czasami zastanawiała się jak on to robi, że twarz jeszcze ani razu mu przy tym nie pękła.
- No, to masz jakiś plan? - zapytał Gilian, takim tonem, jakby to o czym mówił, było najbardziej oczywistą rzeczą pod słońcem.
Raksha spojrzała na niego ze zmarszczonymi brwiami, zastanawiając się, o co mu chodziło. Plan? Na co? Jedyne, co teraz planowała, to udanie się do najbliższej łaźni i zmycie z siebie potu po ich małej potyczce. No, poza tym może jeszcze wizytę u jego rodziny, chociaż pojęcie o tym, co ją tam czeka, miała co najwyżej mętne.
- Ja cię przepraszam, ale możesz się wyrażać jaśniej? Plan?
Teraz to on popatrzył na nią, jakby z tyłu wyrosły jej trzy nowe pary rąk.
- No a nie? Przecież chyba tak tego nie zostawisz? Shansva dosłownie odebrał ci wszystko, co miałaś, tron, władzę, godność, a ty chcesz mu na to pozwolić? Wygonił cię z twojego własnego pałacu, przez niego doszło do całej tej tragedii.
Zanim zdążył się na dobre rozkręcić, Raksha podniosła dłoń, gestem każąc mu zamilknąć. Jeden z nawyków, jaki jej został po okresie rządzenia bogami i nie spodziewała się, że zadziała na Giliana, ale przestał mówić prawie natychmiast. Jednak wystarczyło jedno spojrzenie na wyraz jego twarzy, by wiedzieć dokładnie, co sądził o jej postępowaniu.
- Oboje dobrze wiemy, że miał do tego największe prawo. Jest synem poprzedniego władcy. A ja? Przecież byłam tam w zastępstwie, nawet nie z własnej woli. Tylko do czasu, aż on albo jego ojciec w końcu się zjawi, by znów przejąć kontrolę. Gil, w obecnej sytuacji powinnam być szczęśliwa, że w ogóle uszłam z życiem po tym jak próbowałam go pokonać. Z resztą... jak niby miałabym mu stawić czoła teraz? W tym stanie? - prawie się zaśmiała. - Bądźmy szczerzy, wystarczyłoby jedno jego mrugnięcie, żeby zetrzeć mnie w proch.
- Może – elf nie wyglądał na ani trochę przekonanego, wciąż upierając się przy swoim. - Ale nie wmówisz mi, że to dla ciebie w porządku. Został uwięziony przez swojego własnego ojca z jakiegoś powodu. Z obawy, że przez swoją moc oraz podły charakter ześle na wszystkich samo zło i nieszczęścia. Malaam dobrze wiedział, że jego syn stanowi ogromne zagrożenie. Pozostawił go przy życiu tylko dlatego, że sam był za słaby, by go pokonać... albo rodzicielskie uczucia wzięły w nim górę. W każdym razie, uważam, że powinniśmy coś zrobić. Chcesz zobaczyć, jak twój kraj popada w ruinę? Jak wszyscy ludzie cierpią i umierają? Kto wie, jak skończy się bawić tam, może przeniesie się dalej. Jedno jest pewne, zostawienie tego tak po prostu nie wchodzi w grę. Co z tego, że teraz wydaje się, że nie mamy szans? A zaczęliśmy w ogóle rozglądać się za jakimś rozwiązaniem? Poddanie się bez chociażby próby podjęcia walki jest kompletnie nie w twoim stylu. Powinniśmy skorzystać z tego, że dał ci spokój, obmyślić jakiś plan działania i uderzyć. Przecież na pewno nie będzie się tego spodziewał, skoro jest przekonany, że zbiegłaś.
Raksha miała powoli dosyć tej rozmowy. Od samego początku, od kiedy tylko zostawiła ciało Giliana w innym wymiarze i wyruszyła na poszukiwanie pomocy, wiedziała, że nigdy już nie wróci do swojego wcześniejszego życia. Co prawda wciąż czasami o nim myślała, ale pozostawała realistką. Jakie miała szanse na to, że Shansva się nad nią zlituje i pozwoli jej zostać? Przypuszczała, że dużo mniejsze od zera.
- Trudno. Uważaj na ten temat co chcesz, ale ja wykonałam swoją część obowiązku. Zrobiłam nawet więcej, niż powinnam. Zawsze chciałam poznać na własnej skórze jak wygląda życie zwyczajnego człowieka. Myślałam, że wtedy będę potrafiła lepiej ich zrozumieć. No i... wreszcie mam okazję. A jeśli chodzi o Królestwo Wschodu i całe to boskie Imperium? Co, nie mają tam bardziej kompetentnych bóstw? Jeśli tak bardzo będzie im przeszkadzać działanie Shansvy, na pewno dadzą mu radę, jeśli połączą siły.
Przypuszczała, że znów brzmiała jak ostatni dupek, ale była zbyt tym wszystkim zmęczona, by się przejmować. Całe życie ktoś obarczał ją coraz to większą odpowiedzialnością, dorzucał na jej barki coraz to trudniejsze zadania. Chyba miała prawo wreszcie się na to wszystko wypiąć. Nigdy o nic takiego się nie prosiła. Wstała z łóżka i, nie poświęcając więcej uwagi przyjacielowi, związała swoje włosy a potem założyła pasek, do którego miała przyczepioną sakiewkę z pieniędzmi i resztką drogocennych kamieni.
- Nie wierzę, że to mówisz – Gilian także wstał, krzyżując ręce na piersi. - Naprawdę nic cię to nie interesuje?
- Naprawdę – ucięła, coraz bardziej poirytowana. - Z łaski swojej, przestań już zawracać mi tym głowę. Podjęłam decyzję.
Przez moment wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale w końcu wyszedł, zamykając drzwi trochę głośniej niż wypadało. Raksha westchnęła. Świetnie, do kompletu gnębiących ją rzeczy doszedł jeszcze obrażony przyjaciel. Po części myślała, że sama jest sobie winna, ale z drugiej strony, pora popracować nad asertywnością. Ileż można przyjmować zadania grubo ponad własne siły, tylko dlatego, że tak należy? Z resztą, jaki niby mógłby istnieć sposób, by pokonać boga? Gilian chyba upadł na głowę, jeśli brał to w ogóle pod uwagę i to jeszcze w ich obecnej sytuacji. Jednak nawet takie myśli nie były w stanie całkowicie przekonać ją, że miała rację. Wiedziała, które wyjście jest rozsądniejsze, które daje większe szanse przeżycia, lecz słowa przyjaciela wciąż pobrzmiewały jej w głowie, powodując wyrzuty sumienia.
Dzień później zerwała się z łóżka dużo wcześniej, niż musiała. Podczas wczorajszego relaksu w łaźni, przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Chociaż nie mogła pozbyć się wszystkich problemów naraz, postanowiła skorzystać z okazji i spróbować rozpracować przynajmniej jedną z gnębiących ją rzeczy. Była tak podekscytowana swoim planem, że kompletnie zapomniała o śniadaniu, tylko wybiegła z zajazdu na ulicę. Rozejrzała się w poszukiwaniu jakiegoś drogowskazu, a kiedy go znalazła, szybko poszła sprawdzić, co było na nim napisane. Tak jak się spodziewała, na drewnianych tabliczkach przymocowanych do wysokiego słupa, wyryto nazwy kilku najważniejszych obiektów w mieście. Co prawda brakowało jej pewności, że to, czego szukała, znajdowało się tutaj, ale musiała chociaż spróbować. Teleftagis, choć było całkiem spore, nie mogło konkurować z żadną ze stolic poszczególnych ćwiartek kontynentu. Okazało się jednak, że szczęście jej sprzyjało, bo prawie natychmiast odnalazła nazwę miejsca, do którego zmierzała. Skierowała się w znajomym już kierunku, jednak zamiast iść w stronę portu, skręciła w jedną z uliczek, prowadzących w lewo. Było tam zdecydowanie mniej ludzi, więc nie musiała się już między nimi przeciskać. Minęła ostatnie zabudowania, a chwilę później wybrukowana białą kostką droga, zamieniła się w wydeptaną w ziemi ścieżkę. Przez parę chwil Raksha myślała, że być może zbłądziła, ale kiedy zaczęła wchodzić pod górę, dostrzegła strzelistą budowlę, wystającą spomiędzy drzew na szczycie klifu. Od razu ją rozpoznała, choć budynek o tym samym przeznaczeniu w jej rejonach budowany był w nieco innym stylu. Parę minut później zagłębiła się w gęstwinie sosen, porastających urwisko. Im bliżej była celu, tym głośniej słyszała morskie fale, obijające się o skalisty brzeg. Wreszcie, po dość długim spacerze, stanęła przed ciemnym, niskim murem, okalającym stosunkowo niewielki obszar, pośrodku którego stała wysoka wieża. Widząc, że nikt nie pilnuje wejścia, wkroczyła ostrożnie na ogrodzony teren. Dookoła niej rosła trawa, spomiędzy której gdzieniegdzie przebijały kolorowe, dzikie kwiatki. W równych odstępach od siebie poustawiano kilka kamiennych ławek, na których nikt teraz nie siedział. Raksha obeszła budynek dookoła, ale poza opustoszałym ogródkiem nie znalazła niczego nowego. Swoją drogą, pomyślała, że powinna dać znać Yulanowi o tym miejscu. Może będzie chciał zerknąć na te dziwne, hodowane tam rośliny, nawet jeśli osobiście wolał nie mieć nic wspólnego z magią. Lekko zdeprymowana, stanęła w końcu przed wąskimi, drewnianymi drzwiami, zdobionymi żelaznymi okuciami. Westchnęła i nacisnęła klamkę. Spodziewała się, że to miejsce będzie pełne życia, a okazało się zupełnie inaczej. Gdyby nie doskonały stan ogrodu, który wglądał na świeżo wypielony, pomyślałaby, że nikogo tu nie ma. Stanęła w końcu w okrągłym holu, czując się jak intruz. W środku było tak cicho, że huk zatrzaśniętych drzwi wibrował jej w uszach jeszcze parę sekund później, kiedy już wspinała się po krętych schodach na piętro. Odgłos jej kroków rozchodził się echem po całej wieży, dlatego miała nadzieję, że jakikolwiek człowiek, który ją zamieszkiwał, w końcu się pojawi, zaalarmowany odgłosami, przez co nie będzie zmuszona do dalszych poszukiwań na własną rękę. I tak też się stało. Gdy przystanęła przy jednym z okien, zastanawiając się, czy właściwie dobrze robi, usłyszała jak jedne z drzwi powoli się otworzyły. Szybko odwróciła się w tamtą stronę, chcąc się przedstawić i wyjawić powód swojego wtargnięcia i zobaczyła chudego starca w szarej szacie, wyszywanej w białe i czarne wzory. Siwe włosy miał związane ciemną wstążką i swobodnie przerzucone przez wątłe ramię. Miał oczy koloru wyblakłego błękitu, mocno pomarszczoną twarz, poznaczoną dodatkowo brązowymi plamami i dobrotliwy uśmiech na ustach. Na jego ręce siedziało małe, kudłate zwierzątko z dużymi uszami i długim ogonem, zakończonym kępką sierści. W przednich łapkach trzymało kawałek jakiegoś owocu i zjadało go z zapałem. Przypominało trochę mysz, ale było od niej większe.
- Jesteś wreszcie – odezwał się staruszek na jej widok, zupełnie jakby widział starą dobrą znajomą.
Raksha zaniemówiła na chwilę. Co to miało znaczyć? Była pewna, że widzi tego człowieka po raz pierwszy w życiu. W końcu nigdy wcześniej nie była w tych stronach. Wreszcie uznała, że mężczyźnie musiało się coś pomylić. Przecież nie był już najmłodszy.
- Jestem Raksha – powiedziała wreszcie, podchodząc trochę bliżej. - Zatrzymałam się w Teleftagis na jakiś czas. Przyszłam tu, bo potrzebuję...
- Och tak, tak, wiem o tym – przerwał jej, uśmiechając się jeszcze szerzej. - Spodziewałem się ciebie. Chodź za mną. Wiem dokładnie, czego ci potrzeba.
Teraz była już przekonana, że coś tu było mocno nie w porządku. Kim był ten starzec? Skąd mógł ją znać i wiedzieć o niej cokolwiek? Kiedy się odwrócił i zaczął wchodzić na drugie piętro, ostrożnie położyła palce na rękojeści swojej szabli. Jedyne, co przyszło jej do głowy, to zasadzka. Shansva jednak zdecydował się uderzyć, być może nie chciał ryzykować. Wysłał jakiegoś demona by podszył się pod tego człowieka i pozbył się jej raz na zawsze. Wiedziała, że jeśli tak było, jej pozycja z góry jest przegrana, ale nie zamierzała dać się tak po prostu zabić. Najpierw odrąbie mu przynajmniej jedną rękę. Mimo swoich planów, postanowiła nie działać pochopnie. Przecież gdyby się myliła, miałaby na sumieniu jakiegoś lekko zdziwaczałego, ale w gruncie rzeczy nieszkodliwego staruszka. Najpierw chciała go przetestować. Wiedziała, że większość demonów zostanie zdemaskowana, kiedy poczuje ludzką krew. Zanim jednak zdążyła podnieść dłoń do ust, by przegryźć swoją skórę, zatrzymał ją głos mężczyzny:
- Oj, to kompletnie zbędne, moja droga! Jesteś tutaj bezpieczna. Daleko mi do demona czy jakiegoś złego bytu. Lepiej tego nie rób, bo może ci zostać paskudna blizna.
Jakim cudem on wiedział, co chciała zrobić?! Przecież szedł przed nią, był odwrócony plecami i ani razu nie zerkał za siebie. Mimo jego zapewnień, podejrzenia Rakshy tylko się wzmocniły. Niby kto, mając złe zamiary, tak po prostu by się do tego przyznał? Opuściła dłoń, ale zrobiła się jeszcze bardziej czujna. Obserwowała bacznie każdy ruch starca, jednak ten przez całą drogę do sobie tylko znanego celu nie zrobił nic wzbudzającego podejrzenia.
- Kim jesteś? - zapytała w końcu, kiedy stanęli pod podwójnymi drzwiami, jedynymi na tym piętrze.
Co prawda wątpiła, że dostanie odpowiedź, która miałaby cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, ale naprawdę wolała nie atakować kogoś tylko na podstawie własnych, być może podsycanych paranoją, przypuszczeń. Mężczyzna odwrócił się do niej przodem, pogłaskał zwierzątko, które teraz siedziało na jego barku i uśmiechnął się ciepło.
- Och, no tak, tak... Proszę, wybacz mi moje złe maniery. Jestem tak przyzwyczajony, że wiem dużo o ludziach, których spotykam, że całkiem zapominam, że tak naprawdę wcale się nie znamy. Na imię mi Lorcan, jestem miejscowym mistrzem magii. Oraz, rzecz jasna, jasnowidzem.
Raksha jęknęła w duchu. Rzecz jasna? Najwyraźniej nie do końca. Być może mówił prawdę, co wyjaśniałoby skąd wiedział, że będzie miał gościa, a być może śledził ich odkąd wjechali do miasta. Wśród tłumu nawet elfom ciężko byłoby stwierdzić, czy są pod stałą obserwacją.
Chociaż nieco spokojniejsza, wciąż nie spuszczała wzroku z Lorcana. Ten, nic sobie nie robiąc z jej uprzedzeń, otworzył wysokie wrota, ukazując przed nią białą, połyskującą posadzkę oraz ściany, prawie zupełnie zakryte wysokimi regałami, na których znajdowało się całe mnóstwo książek. Z sufitu zwieszał się rozłożysty kandelabr, w którym aktualnie nie paliła się żadna świeca. Poza tym, pod oknami ustawiono parę okrągłych stolików, do których dostawiono drewniane krzesła, obite granatowym materiałem. Na każdym z blatów znajdował się lichtarz oraz pióro i mała buteleczka z ciemnym płynem. Pomieszczenie oświetlone było wyłącznie światłem słonecznym, a widok z okien wychodził wprost na morze. Dostrzec stąd można było, choć niezbyt wyraźnie, port oraz wpływające do niego statki.
- Oooch, ona już jest! Miałeś rację, mistrzu Lorcanie – z najciemniejszego kąta biblioteki dobiegł ich podekscytowany głos.
Usłyszeli szuranie, a chwilę później z mroku wyłoniła się młoda dziewczynka. Mogła mieć co najwyżej dwanaście lat. Ubrana była w jasną, prostą szatę bez zbędnych zdobień, sięgającą do kostek. Na nogach miała brązowe, wiązane, materiałowe pantofelki na płaskim obcasie. Chwilę później, z cichym miauknięciem, przydreptał za nią rudy kot bez ogona. Spojrzał bez większego zainteresowania na przybyłych, a potem wskoczył na jedno z krzeseł i zwinął się w kłębek.
- Tak, moje dziecko, od początku przypuszczałem, że tak właśnie będzie – odparł tym samym, cierpliwym tonem. - No, zmykaj już. Jestem pewien, że Elowen już czeka na ciebie na dole. Miałyście iść dzisiaj uzupełnić wasze zapasy, prawda?
Okazało się, że jednak ktoś tu mieszkał! I to co najmniej trzy osoby. Dziewczynka wyszła, całą drogę przyglądając się Rakshy z ciekawością, która wprawiła ją w lekkie zakłopotanie. Co było takiego interesującego w jej wizycie, poza tym, że najprawdopodobniej została przewidziana? Staruszek odezwał się dopiero wtedy, kiedy znów zostali sami.
- To była jedna z moich uczennic, Nesta. Żywe z niej dziecko, pełne energii i chęci do nauki. Nie wątpię, że wyrośnie na potężną czarownicę, jeśli tylko poświęci więcej uwagi książkom niż bujaniu w obłokach.
Raksha nie do końca wiedziała, co ma na to odpowiedzieć, dlatego uznała, że najlepiej będzie przemilczeć tę uwagę i spróbować sprowadzić rozmowę z powrotem na interesujące ją tory. Była już trochę spokojniejsza. Skoro poza Lorcanem, były tu też jego uczennice, ryzyko jakiegokolwiek podstępu było naprawdę małe. No chyba, że w całą zasadzkę zamieszani byli wszyscy. W każdym razie, Raksha postanowiła chwilowo odrzucić większość podejrzeń.
- Wiem, co cię gnębi i wiem, co pragniesz tu znaleźć. Nie mogę zapewnić, że odkryjesz tu odpowiedzi na wszystkie swoje pytania, mimo to, życzę ci owocnych poszukiwań.
Raksha zmarszczyła brwi. Lorcan odwrócił się, najwyraźniej chcąc opuścić bibliotekę, dlatego nie zwlekała z zadaniem pytania:
- Zaraz! Skoro wiesz, czego chcę, czemu po prostu mi nie powiesz?
Obawiała się, że chodzi o jakąś mądrość w stylu sitem czerpie wodę, kto chce uczyć się bez książki1. Od przebywania w towarzystwie magów w swoim kraju wyniosła przede wszystkim tyle, że uwielbiali rzucać prawie mądrymi myślami na prawo i lewo, zwłaszcza, jeśli miało to komuś utrudnić życie chociażby odrobinę. Miała nadzieję, że czarodzieje z reszty świata są inni, ale po spotkaniu z Lorcanem i w to zaczęła wątpić. Dokładnie tak jak przypuszczała, staruszek uśmiechnął się do niej, jakby wiedział o czym właśnie pomyślała. Dostrzegła psotne iskierki w jego wyblakłych oczach, a potem zamknął za sobą drzwi.
- Stary ramol – burknęła pod nosem. - No, ale przynajmniej nie próbował mnie zabić.
Wiedząc, że pozostało jej tylko jedno, wzięła się do roboty. Stanęła przed pierwszym regałem, próbując rozczytać tytuły z zakurzonych grzbietów. Szybko okazało się, że książki były posegregowane tematycznie, więc zignorowała półki z botaniką, wróżeniem i magicznymi miksturami. Na palcach miała pełno szarego pyłu, który strzepywała z okładek i wkrótce zaczęła kichać. Co prawda biblioteka naprawdę była niewielka, ale wysokie szafy sięgały prawie pod sam sufit, a wypchane były po brzegi. Po przejrzeniu trzeciego regału, nieco już zrezygnowana zeszła z drabiny. Powoli zaczęła odczuwać głód, ale postanowiła, że nie podda się w takiej chwili. Coraz bardziej traciła cierpliwość i w końcu, pomrukując ponuro pod nosem, usiadła na podłodze. Zawsze miała skłonności do pośpiechu, wszystko chciała robić i mieć już na teraz, a jeśli coś nie przynosiło natychmiastowych efektów, szybko traciła zapał. Teraz jednak nie miała kim się wyręczyć, wiedziała, że może polegać tylko na sobie, bo nie miała pod ręką ani jednego służbisty palącego się do wykonywania nawet najgłupszych rozkazów. Jeśli sama tego nie znajdzie, prawdopodobnie na zawsze pozostanie bez odpowiedzi. Z drugiej strony, kto mógł jej dać gwarancję, że kiedykolwiek powstała książka na interesujący ją temat? Może to ona będzie musiała ją napisać? Na samą myśl miała ochotę rzucić się z okna. Siedzenie w skupieniu i staranne skrobanie piórem po papierze pasowało bardziej do Yulana. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby kiedyś zaparł się w sobie i spisał wszystkie swoje odkrycia i spostrzeżenia związane z medycyną. Pozwoliła sobie na parę minut takich prowadzących donikąd rozmyślań, a potem wstała, ponownie biorąc się do roboty. Miała wrażenie, że minęły całe godziny, nim w końcu znalazła coś, co ją zainteresowało. Odłożyła ostrożnie książkę na najbliższe biurko, jednocześnie próbując odczytać jej tytuł.
- Magia snów, analiza marzeń sennych i koszmarów, Porrima Mufrid – powiedziała sama do siebie. - Cóż, lepsze to, niż nic.
W dziale zatytułowanym noc, gwiazdy, astrologia znalazła jeszcze jedną książkę i samotny rulon o podobnej tematyce. Szybko rzuciła okiem na zwój, ale widząc jakieś skomplikowane wykresy, rysunki i obliczenia, odłożyła go na miejsce. Była zadowolona, że w ogóle udało jej się wyszperać cokolwiek w tak skromnej bibliotece. Nawet jeśli jej wysiłki spełzną na niczym, pocieszała się tym, że niedługo dotrze do stolicy południa. Z tamtejszych książek na pewno dowie się wszystkiego, czego potrzebowała. I tak miała sporo szczęścia, że udało jej się trafić na egzemplarze napisane w języku, który znała. Na całym kontynencie dominowały cztery – wszystkie należące do ludzi. Pozostałe rasy miały swoje własne, ale niechętnie się nimi dzieliły z obcymi i wolały uczyć się tych, które były bardziej powszechne. Z tego powodu, większość rozumnych istot potrafiła się nimi posługiwać. Była to umiejętność niezbędna dla kogoś wyżej postawionego lub kogoś, kto z racji zawodu lub pasji musiał dużo podróżować albo mieć kontakt z przedstawicielami różnych krajów. W większości tylko prości wieśniacy, rolnicy i ubodzy posługiwali się wyłącznie swoimi ojczystymi językami.
Otworzyła pierwszą książkę i, nie poświęcając ani trochę uwagi staranności, z jaką autorka ozdabiała każdą ze stron, zaczęła wertować tomiszcze w poszukiwaniu tego, co ją interesowało.
- Sny symboliczne, sny wstrząsowe, sny prorocze, sny odwrotne... co za strata czasu – jęknęła, dochodząc prawie do końca księgi. - Och! Znalazłam!
Okazało się, że przeoczyła króciutki dopisek tuż pod rozległym opisem snów symbolicznych. Znajdowało się tam napomknienie o tym, co nie dawało jej spokoju.
- Sny powtarzające się... śnią się co najmniej dwa razy... zawierają ważne informacje dla osoby śpiącej. Jeśli ich doświadczasz, powinieneś przykuć więcej uwagi do tego co i w jakiej formie się w nich dzieje.
Dwa marne zdania, na tyle tylko zasługiwała. I jeszcze nie dowiedziała się niczego nowego! Zatrzasnęła książkę z hukiem, całkowicie zapominając, że może ją w ten sposób zniszczyć. Doskonale pamiętała wszystkie wydarzenia ze swoich snów. Trudno było je zapomnieć, skoro widywała to samo od prawie tygodnia, za każdym razem, kiedy zamykała oczy. Westchnęła, a potem otworzyła drugą książkę. Postanowiła poszukać słów kluczy w senniku. Był wyjątkowo gruby i wydawało jej się, że spisany przez co najmniej trzy pokolenia badaczy. Wątpiła, by jedna osoba zdążyła wykonać tyle pracy w trakcie swojego życia.
- Hmm... pomyślmy... płomień, skrzypce, ognisko, krew, lód, noc... Będę siedzieć tu do jutra.
Im dłużej myślała, tym więcej słów przychodziło jej do głowy. Wiedząc, że to jej jedyne wyjście, wyszukała wszystkie możliwe symbole, na jakie tylko wpadła. Kiedy w końcu wychodziła, odprowadzana przez Lorcana, słońce zachodziło już za horyzont, a jej głowa pełna była wszelkich możliwych znaczeń tego, co jej się śniło. Nie czuła się wcale bliżej jakiegokolwiek rozwiązania, ale prawdopodobnie było na to jeszcze za wcześnie. Poza tym czuła, że żołądek przykleił jej się do kręgosłupa. Tuż przed opuszczeniem wieży, zatrzymał ją mag, kładąc jej dłoń na ramieniu. W pierwszej chwili, oburzona takim spoufalaniem się, chciała go pouczyć, ale zrezygnowała z tego. Naprawdę nie miała siły na to, żeby się kłócić. Poza tym, jakby nie było, trochę jej pomógł. Przeżyje te parę sekund kontaktu fizycznego z drugim człowiekiem.
- Zaczekaj, moja droga – powiedział spokojnie i zabrał rękę, widząc, że poczuła się niekomfortowo. - Wiem, że teraz wszystko wydaje ci się bardzo skomplikowane i nie wiesz, czy dasz sobie z tym radę. Takie momenty zdarzają się w życiu i nie ma w nich nic złego. Najważniejsze jest to, by nie stracić siebie, próbując zadowolić innych. Kieruj się tym, co podpowiada ci intuicja.
Od przewrócenia oczami musiała powstrzymać się prawie siłą. Znowu rzucał jakimiś banalnymi sloganami. Być może były to mądrości stare jak świat, ale ona potrzebowała gotowych rozwiązań, a nie mało pomocnych frazesów. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale Lorcan nie dał jej dojść do słowa:
- Nie istnieje moc, której nie można pokonać. Jeśli gdzieś na świecie jest potężne zło, gdzieś znajduje się równie potężne dobro, zdolne wyeliminować mrok. Drogę znajdziesz w ogniu.
- Co? - zapytała, bo ten tekst kompletnie nie pasował do tego, o czym mówił chwilę wcześniej. - To znaczy, co to ma wspólnego z czymkolwiek? Nie zamierzam pokonywać żadnego mroku.
Chyba, dodała w myślach. Wczorajsze słowa Giliana wywierały na niej presję, której nie potrafiła się pozbyć. Jednocześnie wiedziała, że gdyby sama po części tego nie chciała, nie myślałaby o nich bez przerwy.
Lorcan wykazywał kompletny brak zainteresowania udzieleniem jakiejkolwiek odpowiedzi, a zamiast tego uśmiechnął się do niej na pożegnanie.
- Jeśli poczujesz potrzebę, zawsze możesz się tu zjawić. Służę towarzystwem, pomocą i dobrą radą, w granicach swoich możliwości.
Co do tego ostatniego miała pewne wątpliwości, ale zachowała to spostrzeżenie dla siebie. Okazałaby kompletny brak kultury, mówiąc coś takiego po tym, jak dostała uprzejme zaproszenie.
- Dziękuję. Będę o tym pamiętać – odparła.
Po wymienieniu pożegnalnych grzeczności, ruszyła wreszcie w drogę powrotną. W trakcie próbowała poukładać sobie w głowie wszystko, czego się dowiedziała, ale osłabiający głód skutecznie jej w tym przeszkadzał. Wreszcie, wydawałoby się, że po całej wieczności, dotarła do znajomego budynku. W środku znów było głośno, a hałas i apetyczne zapachy świeżego jedzenia roznosiły się na całą ulicę. Weszła po schodkach, podtrzymując się balustrady, bo zaczęło jej się kręcić w głowie od tego wszystkiego. Rozejrzała się po wnętrzu i w tłumie znów rzuciły jej się w oczy dwie wysokie sylwetki. Jedna, potężniejsza, opowiadała coś donośnym głosem, ku ogólnej ucieszę kilku zgromadzonych przy niej osób. Druga, nieco tylko mniejsza, lecz nadrabiająca dostojniejszym wyglądem, wyglądała jakby chciała wtopić się w ścianę. Chciała do nich podejść, przyłączyć się do zabawy i może podrażnić trochę Yulana, ale zatrzymała się wpół kroku, kiedy zobaczyła, że śmiech zamarł na ustach Giliana, kiedy jego spojrzenie padło na nią. Czyli wciąż jest zły za to, co stało się wczoraj. Poczuła narastające wyrzuty sumienia, ale rozumiejąc, że teraz jej towarzystwo było niepożądane, odwróciła się, chcąc szybko coś zjeść i odpocząć w swoim pokoju. Ale kiedy usiadła przy kontuarze, okazało się, że cały głód zniknął na dobre, a jego miejsce zajęła ciężka, lepka, ocierająca się o wnętrzności przy najmniejszym ruchu, gula wypełniona żalem. Naprawdę myślała, że szybko mu przejdzie. Zwłaszcza, że nie było to coś, w co w ogóle powinien ingerować. Ona przecież nie mówiła mu, co ma robić z własnym życiem i dla jakiego celu ma je poświęcić. Kiedy właściciel zapytał ją, co podać, zamówiła lokalny alkohol. Whisky, o ile dobrze zapamiętała nazwę, produkowane było z jęczmienia i znane było również pod nazwą woda życia, choć z ani jednym ani drugim nie miało wiele wspólnego. Paliło w gardle i nawet najsilniejsi rzadko kiedy dotrzymywali do dziesiątej kolejki. Raksha zwykle unikała takich rzeczy, woląc zrelaksować się przy kokosowym rumie lub sprowadzanym zza granicy słodkim miodzie, ale dzisiaj czuła, że potrzebuje odreagować ciężki czas. Chciała się po prostu spić do tego stopnia, by paść od razu jak położy się na łóżku, o ile, oczywiście, będzie w stanie do niego dojść. Wiedziała, że picie czegoś takiego na pusty żołądek źle się skończy. O to chodziło. I wszystko poszłoby jak z płatka, gdyby po trzeciej kolejce, jakieś dziesięć minut później, ktoś się do niej nie dosiadł. Już chciała kazać spadać, jak myślała, jakiemuś pełnemu nadziei amantowi, ale sekundę później rozpoznała przed sobą twarz Yulana. Obraz już powoli jej się podwajał, a w środku czuła kłucie, ale nie poświęciła temu żadnej uwagi. Złapał ją za nadgarstek, kiedy podnosiła rękę do ust po raz czwarty.
- Może trochę przystopuj – powiedział delikatnie. - Nie wiem o co wam poszło, ale zapiciem się w trupa niczego nie wyjaśnicie. Od wczoraj chodzi zły, prawie się nie odzywa... nawet wyżył się na jakimś łajdaku. To znaczy, facet dobierał się do dziewczynki, która nie miała nawet czternastu lat, więc pewnie sobie zasłużył, ale... Powinniście porozmawiać. Na zewnątrz jeszcze nie zapadł zmrok, a wy już ledwo trzymacie się na nogach.
Tego właśnie chciała uniknąć. Prawienia morałów. Dobrze wiedziała, że to co robi, jest złym wyjściem, ale przecież to nie ona tu zawiniła. Poza tym kłótnia z Gilianem nie była jedynym powodem, dla którego chciała choć przez chwilę przestać myśleć. Składało się na to mnóstwo rzeczy, chociażby jej poczucie bycia kompletnie bezużyteczną po tym, jak oddała swoje moce, fakt, że sama jej obecność może narazić wszystkich dookoła na niebezpieczeństwo i to, że w ogóle nie wiedziała, czy jeszcze kiedyś odnajdzie gdzieś swoje miejsce. Czuła się niesamowicie słaba, a ciężar tego wszystkiego z dnia na dzień przygniatał ją coraz bardziej. Czy jeden wieczór bez myślenia o tym to naprawdę było za dużo?
Zamiast powiedzieć Yulanowi prawdę, szarpnęła ręką, próbując wyrwać ją z uścisku. Puścił ją prawie natychmiast, widocznie nie chcąc robić afery.
- Ja już mu powiedziałam, to co chciałam. Jeśli zamiast przyjąć to do wiadomości, woli zachowywać się jak gówniarz, to kim ja jestem, by mu tego bronić?
Elf wyglądał dokładnie tak, jakby właśnie tego się spodziewał. Spojrzał za siebie, w stronę swojego narzeczonego. Ten zdawał się go całkiem ignorować, ale raz po raz rzucał w jego stronę ukradkowe spojrzenia. Wstał, a po tym, że zrobił to dość chwiejnie, dał do zrozumienia, że wypił już wystarczająco dużo.
Raksha, widząc, że najwidoczniej zmierzał w ich kierunku, również wstała i skierowała się do wyjścia. Naprawdę nie miała teraz ochoty na poważne rozmowy ani powtórkę z wczorajszej rozrywki.
- Muszę się przewietrzyć – powiedziała do Yulana.
Myślała, że chłodne, wieczorne powietrze pozwoli jej wytrzeźwieć, ale stało się odwrotnie. Jeszcze bardziej zakręciło się jej w głowie, a dziwny ból brzucha wzmógł się. Musiała oprzeć się o ścianę. Wzięła kilka głębokich wdechów, ale w niczym to nie pomogło. Zgięła się w pół, próbując w ten sposób jakoś sobie ulżyć i wtedy poczuła, jak ktoś nad nią staje i łapie ją za ramiona. Po czubkach granatowych butów rozpoznała Yulana. Spojrzała w górę, krzywiąc się.
- Nic takiego... chyba przesadziłam z piciem – ale nie przekonała tym ani jego ani siebie.
Poczuła, że się dusi. Jakby coś ciężkiego zgniatało jej płuca. Zaczęła kaszleć, więc zakryła usta dłonią. Napad nie ustępował przez dłuższy czas, całe jej ciało drżało i coraz trudniej było jej złapać oddech. Z oczu pociekły jej łzy. Osunęłaby się na ziemię, gdyby nie silny uścisk Yulana. W końcu kaszel zaczął ustępować, a ona była w stanie stanąć o własnych siłach, choć wciąż się trzęsła. Popatrzyła na przyjaciela wilgotnymi oczami, chcąc poprosić go o wodę, ale słowa uwięzły jej w gardle, kiedy zobaczyła wyraz przerażenia na jego twarzy. Chciała go zapytać co się stało, ale wtedy w oczy rzuciła jej się ciemna plama na jego białej koszuli. Wcale nie potrzebowała słońca, by domyślić się, co to było. Spojrzała na swoją dłoń. Również na niej znajdowała się krew. Pod wpływem odkrycia nie zauważyła nawet, że cały ból nagle zniknął. Szybko włożyła pobrudzoną dłoń do kieszeni, jakby chciała udawać, że nic się nie stało.
- Zaprowadzę cię do pokoju – powiedział Yulan, obejmując ją pewnie w pasie, do czego musiał się nachylić.
Chciała mu się sprzeciwić, ale nie ufała teraz swoim nogom. Przeszli przez zatłoczoną salę, co ledwo zarejestrowała. W głowie wciąż odtwarzała wydarzenia sprzed parunastu sekund. O co chodziło? Dlaczego tak nagle zaczęła kaszleć krwią? Ostatnim razem, kiedy to się zdarzyło, była osłabiona zimnem i podróżą, więc nie uznała tego za coś dziwnego. Czy to możliwe, by jednorazowy wyskok z alkoholem zrobił jej coś takiego? Ale wtedy Yulan nie wyglądałby na tak wstrząśniętego, od razu wiedziałby jak sobie poradzić, więc podszedłby do tego ze spokojem. Z lekkim zaskoczeniem zdała sobie sprawę, że większe wrażenie wywarło na niej przerażenie przyjaciela niż to, że prawdopodobnie działo się z nią coś złego.
Po małych trudach na schodach, dotarli wreszcie pod drzwi jej pokoju. Zdołała odzyskać już część sił, a przynajmniej tyle, by mogła polegać na swoim ciele. Odsunęła się od niego i złapała klamkę.
- Dzięki – powiedziała cicho, starając się na niego nie patrzeć. - Wybacz, że musiałeś to oglądać.
Chciała wejść do środka, położyć się i zasnąć. Miała dość tego dnia, marzyła, by wreszcie się skończył. Ale elf nie zamierzał poddać się tak łatwo. Wszedł do pokoju zaraz za nią i siłą posadził ją na łóżku. Nawet nie miała ochoty protestować.
- Skończ z tymi głupotami – powiedział szorstko, a brzmiał tak zwykle gdy się z nią drażnił i przeginała albo gdy był mocno zaniepokojony. - Wiedziałem, że w końcu coś się stanie. To byłoby zbyt piękne, gdyby wszystko się udało. Jak niby mam temu zaradzić w takich warunkach? Będę musiał rozejrzeć się za jakąś apteką... Tak, to dobry pomysł, na pewno mają tu jakiś szpital, prawda?
Chociaż zadał pytanie, Raksha była przekonana, że mówił do siebie. A to znaczyło, że był naprawdę bardzo zestresowany. W normalnych okolicznościach pewnie by się zaśmiała, że tak się o nią troszczy, ale teraz było jej po prostu wstyd. Wstyd, że musiał widzieć ją w takim stanie i, że mimo skutecznego ukrywania wcześniejszych objawów, wszystko i tak wyszło na jaw. I to w taki sposób.
- Jak się czujesz? - zapytał nagle. - Jeśli coś cię boli, mogę podać ci opium. Jutro poszukam apteki. Może będą mieć coś lepszego. Powinienem mieć trochę, wydaje mi się, że brałem je ze sobą. Wolałbym tego nie robić, jeśli nie trzeba, ale jeśli potrzebujesz...
- Bogowie drodzy, Yulan, spokojnie, ja nie umieram – przerwała mu, a jej przerwał kaszel. - Dziękuję, że się martwisz, ale już mi lepiej. Nic mnie nie boli. Naprawdę, możesz odsapnąć. To pewnie nic takiego.
Rzucił jej takie spojrzenie, że natychmiast zamilkła. Już wiedziała jak to robił, że potrafił w jednej chwili odwieść swojego narzeczonego od zrobienia jakiejś głupoty.
- Krwioplucie to nigdy nie jest nic takiego – uciął. - Najprawdopodobniej masz chore płuca. Tutaj nie jestem w stanie stwierdzić tego na pewno, ale wszystko na to wskazuje. To mogą być powikłania po tym, jak cię przewiało. Przeszłaś to dość lekko, ale nigdy nie wiadomo, jakie szkody wyrządziło to w twoim organizmie. Poza tym, byłaś osłabiona już dużo wcześniej. Dodatkowo zmęczenie podróżą, kiepska dieta, utrata wagi i problem gotowy. Całkiem możliwe, że to nie pierwszy raz, gdy stało się coś takiego, bo jesteś wyjątkowo spokojna. Dlatego przestań mi mówić, żebym odsapnął, bo na pewno tego nie zrobię.
Nie bardzo wiedząc, co mogła na to opowiedzieć, zwłaszcza, że przejrzał ją natychmiast, pozostawiła to bez słowa. Yulan wyszedł pospiesznie z pokoju, na co odetchnęła z ulgą, mając nadzieję, że da jej spokój, ale wrócił chwilę później, trzymając w ręce swoją apteczkę. Już raz widziała jej wnętrze – parę miesięcy temu i wolała tego nie powtarzać. Widok tych wszystkich nożyków, igieł, młoteczków, nożyczek oraz innych narzędzi, których nie była w stanie nazwać przyprawiał ją o dreszcze. Miała nadzieję, że nie planował jej kroić.
- Zapomnij – powiedziała, przesuwając się na łóżku bliżej ściany. - Zabierz to ode mnie.
Na jego ustach przez moment pojawił się cień uśmiechu, ale szybko zniknął. Podszedł do niej i położył małą walizeczkę na szafce. Zanim ją otworzył, zapalił świeczkę stojącą obok, bo zrobiło się już prawie kompletnie ciemno. Wyjął ze środka mały, srebrny przyrząd z okrągłym lusterkiem na końcu. Usiadł obok Rakshy.
- Spokojnie. Chcę cię tylko obejrzeć. Otwórz usta – poprosił.
Bez większych oporów zrobiła co chciał, chociaż czuła się przy tym strasznie głupio. Jej oddech na pewno śmierdział alkoholem. Ale Yulan nawet się nie skrzywił, zaglądając dokładnie w każdy zakamarek jej jamy ustnej. W końcu wytarł przyrząd w białą ściereczkę i odłożył go na szafkę. Popatrzył na przyjaciółkę i westchnął.
- Wszystko wydaje się w porządku – jednak jego głos brzmiał jakby było zupełnie inaczej. - Miałem nadzieję, że to coś z dziąsłami lub podniebieniem. W takim razie rzeczywiście chodzi o płuca. To ci się na pewno nie spodoba, ale zanim będę mógł podjąć porządną kurację, minie trochę czasu. W podróży nie ma na to warunków, poza tym robiąc zapasy nie przewidziałem czegoś takiego...
Raksha pokręciła głową. Nawet przez myśl jej nie przeszło, by obwiniać go o cokolwiek lub mieć mu za złe brak przygotowania. W końcu to wszystko miało wyglądać całkiem inaczej.
- Spokojnie – mruknęła. - Wytrzymam jeszcze trochę. Przecież nie wykituję w parę dni.
- Mimo wszystko i tak dużo lepiej jest zacząć leczenie zanim sytuacja zrobi się poważniejsza – powiedział, wstając z łóżka. - Powinnaś teraz odpocząć. I odpuść sobie jakieś szaleństwa przynajmniej na jeden dzień. Najlepiej nie ruszaj się z łóżka, jeśli nie musisz. Potrzebujesz czegoś?
Mówił cały czas fachowym tonem, ale brzmiał wyjątkowo łagodnie. Raksha miała wrażenie, że jeśli tak traktował swoich pacjentów, to nawet na łożu śmierci byli mu wdzięczni.
- Przestań... być taki – wykonała zamaszysty gest dłonią, nie potrafiąc znaleźć dobrego określenia. - Przytłaczasz mnie. To wszystko, czego potrzebuję. Jeszcze raz dzięki. Jeśli coś się stanie, będę krzyczeć. Możesz wracać do zabawy.
Wiedziała, że hałaśliwe towarzystwo i alkohol były dla niego tak dalekie od zabawy jak to tylko możliwe, ale chciała teraz pobyć sama. Usłyszała jego cichy śmiech, a potem poczuła jak się podnosi.
- Będę w swoim pokoju – poinformował ją, zbierając przyniesione wcześniej rzeczy.
Chwilę później została sama ze sobą. Była całkowicie wykończona i dodatkowo jak na złość znów zaczęło jej dokuczać męczące ssanie w żołądku. Zdecydowała jednak, że nie będzie już zawracać Yulanowi głowy, dlatego mimo kłębiących się w jej głowie czarnych myśli, postanowiła przynajmniej spróbować zasnąć. Kręciła się jeszcze przez chwilę, mając pod powiekami wspomnienie twarzy Giliana, kiedy ją zobaczył i krwi na koszuli jego narzeczonego. Jej kompletnie wycieńczony umysł powtórzył także pożegnalne słowa Lorcana i w tym właśnie momencie podjęła jakąś decyzję. Czy była ona dobra czy zła, sama jeszcze nie wiedziała. Była pewna tylko tego, że będzie potrzebować do tego pomocy Yulana.
*
Spała naprawdę okropnie. Przez większość nocy dręczyły ją wciąż te same sny, ale teraz były dużo bardziej szczegółowe. W obu lokalizacjach – i w skromnie urządzonej świątyni jak i w opustoszałym miasteczku – widziała więcej krwi. Słyszała krzyki i jęki ludzi błagających o litość, której nie dostali. Miała wrażenie, że to ona stała za ich krzywdą, że to jej ręce trzymały miecz, którym wypruwała im wnętrzności i że to jej głos recytował słowa, doprowadzające ich do szaleństwa. Z tej męki wyrwała się dopiero wtedy, kiedy ktoś nią potrząsnął. Otworzyła gwałtownie oczy, a krzyk zamarł jej na ustach. Usiadła szybko, głową prawie zderzając się z Gilianem.
- Wszystko w porządku? Strasznie krzyczałaś – powiedział, złapawszy ją w ostatniej chwili.
Przetarła oczy, powoli wracając do rzeczywistości. Była w pokoju w zajeździe w Teleftagis. Nic jej nie groziło. Ona nikomu nie groziła. Wszystko było w porządku. Odetchnęła z ulgą, choć wciąż była niespokojna.
- Tak – powiedziała z wahaniem. - Zły sen.
Zastanawiała się, co elf tu robił. Wczoraj wydawał się wciąż na nią zły. Może już mu przeszło? Właściwie takim właśnie był typem, szybko się denerwował ale jeszcze szybciej o tym zapominał.
- Domyśliłem się. Ciągle powtarzałaś jakieś imię... chyba to było imię. Iskren, czy coś takiego. Znasz kogoś takiego? - zapytał, a potem wcisnął jej w ręce miskę z parującym jedzeniem. - Masz, zjedz coś. Yulan opowiedział mi, co się wczoraj stało. Powinnaś zostać dzisiaj w łóżku.
No pięknie, czyli już o wszystkim wiedział. Wolałaby powiedzieć mu o tym osobiście, ale z drugiej strony z pewnością zwlekałaby z tym jak najdłużej. Wzięła do ręki drewnianą łyżkę, grzebiąc bez entuzjazmu w swoim posiłku. Zdziwiła się bardzo, widząc w nim kawałki ryby. Przecież wiedziała, że chociażby podróż na koniu stanowiła mocne nagięcie elfich reguł, a co dopiero spożywanie mięsa. Uznała jednak, że skoro sam przyniósł jej coś takiego, powinna zjeść to bez zbędnych komentarzy. Widocznie konkretniejsza dieta należała do następnych zaleceń Yulana. Dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie, że Gilian o coś ją zapytał. Wciąż myślami wracała do swojego snu.
- Hm... Raczej nie. Brzmi całkiem obco. Jak ktoś z odległego kraju – wzruszyła ramionami.
Czy to było ważne? Może ten cały Iskren był jedną z ofiar w koszmarze? Ale jakie to miało znaczenie, skoro nie istniał?
- Jesteś zła?
Po usłyszeniu tego pytania, uśmiechnęła się delikatnie, przełykając. Pokręciła głową.
- Ani trochę – zapewniła go. - Było mi tylko zwyczajnie przykro, bo myślałam, że to ty się wściekasz.
Wyjaśnianie takich spraw było kolejną rzeczą, która powodowała u niej dyskomfort. Naprawdę była słaba w rozmowie o jakichkolwiek uczuciach, ale przynajmniej próbowała.
Gilian podrapał się z tyłu głowy, również widocznie zakłopotany, ale prawdopodobnie z innego powodu. Zwykle dawał jasno do zrozumienia jakie odnosi wrażenia na dowolny temat, nawet jeśli oznaczało to pokazanie się ze swojej wrażliwszej strony.
- Ach, masz rację – przyznał się z ociąganiem. - Wkurzyłaś mnie strasznie tym swoim nagłym mam-to-gdzieś, ale wczoraj dużo nad tym myślałem. Dalej uważam, że powinniśmy coś zrobić, ale przestanę na ciebie naciskać. Powinnaś mieć szansę zacząć żyć tak jak chcesz, czy coś. Miałem zamiar powiedzieć ci o tym wieczorem, jak wróciłaś, ale nagle gdzieś zniknęłaś, a potem... no, wiadomo.
Rozsiadł się na łóżku, prawie zgniatając jej nogi, które na szczęście zdążyła podkulić w ostatniej chwili. Przez dłuższą chwilę słychać było tylko odgłosy skrobania łyżką po dnie miski, kiedy Raksha kończyła śniadanie. Gdy podniosła głowę znad pustego naczynia, zauważyła, że przyjaciel przygląda się jej z podejrzanym uśmieszkiem.
- Co? - burknęła, odstawiając miskę na stolik.
- Nic. Zastanawiam się tylko, czy masz już jakieś plany? No wiesz, zostaniesz w Pagaraal, będziesz podróżować, znajdziesz sobie kogoś? Może wrócisz do Neviny? W każdym razie, mam nadzieję, że cokolwiek to będzie, będziemy do siebie chociaż pisać, co?
Raksha próbowała zrobić dobrą minę do złej gry. Plany! Dobre sobie. Pomijając fakt, że przytłoczył ją nieco takim wachlarzem możliwości, nie sądziła, że będzie miała czas na jakieś plany. Jeśli Yulan miał rację – a zapewne właśnie tak było – i jej płuca były chore, całkiem możliwe, że pozostało jej naprawdę mało czasu. Jej jedynym planem na ten moment było dotrwanie do ślubu przyjaciół. Na szczęście od wymyślenia w miarę wiarygodnej odpowiedzi uratował ją niższy elf. Wszedł do pokoju, niosąc w ręce dwie buteleczki z brązowego szkła. Na obu nalepione były białe etykiety. Ogarnął spojrzeniem cały pokój, a widząc pozycję i miejsce, w jakim znajdował się jego przyszły mąż, prychnął cicho. Odłożył trzymane w rękach rzeczy na stolik, a potem położył ręce na biodrach.
- Męczysz mi pacjentkę – zwrócił się do Giliana, który nic sobie z tego nie zrobił. - Poważnie. Poza tym i tak już pora na ciebie, muszę ją zbadać.
Zbadać? Zdusiła w sobie ogromną falę niepewności, która zalała ją na wspomnienie ostrych narzędzi w jego ekwipunku. W życiu się na to nie zgodzi!
Gilian przewrócił oczami i wstał bardzo powoli i niechętnie. Przechodząc obok Yulana, pogłaskał go po policzku. Spojrzał mu w oczy.
- No, no. Znów zostajecie sam na sam. A co, jeśli będę zazdrosny? Spędzacie ze sobą dużo czasu.
Policzki drugiego elfa zrobiły się odrobinę bardziej różowe niż zwykle. Trudno było powiedzieć czy z zawstydzenia takim otwartym okazywaniem uczuć, czy z irytacji spowodowanej tym samym. Odsunął się od dotyku swojego narzeczonego pod pretekstem związania włosów.
- No, rzeczywiście – prychnął ponownie. - Przestań być dziecinny.
Poboczny obserwator mógłby pomyśleć, że to dość oschła reakcja jak na kogoś, kto w bliskiej przyszłości ma wziąć ślub nie z powinności czy układów, a z prawdziwego uczucia. Raksha, po wielu dniach podróży z oboma elfami potrafiła dostrzec, że Yulanowi tak naprawdę podobały się te wszystkie głupie i absurdalne zaczepki ze strony Giliana. Mogła to stwierdzić po tym, jak lekko uniósł kąciki ust, kiedy obrócił się do niego tyłem, albo po tym, jak przestał marszczyć brwi w wyrazie niezadowolenia.
Jego narzeczony wreszcie wyszedł, podśpiewując pod nosem jakąś radosną piosenkę. Dopiero wtedy ciemnowłosy elf wyjął coś z kiszeni. Była to długa, drewniana rurka. Raksha uniosła brwi.
- Przyszedłeś tu grać na flecie? To jakaś nowa forma terapii? - na samą myśl chciało jej się śmiać.
Yulan popatrzył na nią, jakby chciał zastosować jeszcze inny rodzaj leczenia, zakładający okładanie pacjenta fletem po głowie. Na szczęście zrezygnował z tego zamiaru, a jej słowa skomentował tylko zrezygnowanym westchnieniem.
- To stetoskop. Służy do osłuchiwania pacjentów – wytłumaczył tonem rodzica, wyjaśniającemu dziecku, że buty nosi się na stopach. - Przykłada się go jednym końcem do klatki piersiowej chorego, a drugim do swojego ucha. W ten sposób można stwierdzić, czy płuca oraz serce działają jak powinny.
Raksha podniosła ręce w obronnym geście.
- Dobra, dobra, panie mądry. Chyba nie muszę wszystkiego wiedzieć. Widzę coś takiego pierwszy raz.
Elf spojrzał na nią kątem oka, ale już się nie odezwał. Wziął do ręki obie buteleczki i obrócił się w jej stronę. Pokazał jej pierwszą. Przez ciemne szkoło ciężko było dostrzec zawartość, ale zdawało jej się, że w środku znajdował się jakiś proszek.
- To opium. Kupiłem przed chwilą zapas. Uśmierzy ból, ale stosuj tylko wtedy, kiedy naprawdę będzie cię bolało. Jest dość silne, a przy zbyt częstym zażywaniu uzależnia. Niewielką ilość należy wymieszać, najlepiej z jakimś alkoholem i wypić – powiedział łagodnym, miłym tonem, jakiego używał wczoraj, a następnie zaprezentował środek numer dwa. - To też jest do picia. Jeśli poczujesz, że zaraz znów zaczniesz kaszleć i się krztusić, weź łyk, najwyżej dwa. Obawiam się, że z czasem takie napady jak wczoraj mogą stać się regularne. Po tym będzie ci łatwiej pozbyć się tego, co zalega ci w płucach.
Rozumiejąc, że jej prognozy wcale nie zapowiadały się pogodnie, kiwnęła głową, smętniejąc. Była wdzięczna przyjacielowi, że tak się starał i przede wszystkim mówił jasno, bez owijania w bawełnę o jej stanie.
- To tyle, co mogę zrobić na ten czas – zakończył z przepraszającym uśmiechem na ustach. - A teraz rozepnij koszulę i zsuń ją trochę z ramion.
Chciała odpowiedzieć na to czymś uszczypliwym, ale zdała sobie sprawę, że nie ma nastroju na żarty. Zrobiła jak kazał, zatrzymując okrywający jej ciało materiał na swoich piersiach. Chwilę później poczuła twardą końcówkę stetoskopu dociśniętą do miejsca, w której biło jej serce. Yulan przyłożył ucho do drugiego końca i zamknął oczy, wsłuchując się. Badanie było... dziwne i trwało dość długo, choć ciężko było jej to stwierdzić obiektywnie, bo wcześniej przeszła tylko jedno. W trakcie dostała parę poleceń typu kaszlnij lub przestań oddychać, do których posłusznie się zastosowała, choć nie miała pojęcia co takie komendy mają na celu. Wreszcie elf odsunął się, a ona mogła zapiąć koszulę z powrotem.
- Wszystko wydaje się być w normie. Naprawdę nie rozumiem... - schował urządzenie do kieszeni. - Jak się czujesz? Lepiej, gorzej?
- Normalnie – wzruszyła ramionami. - Skoro nic mi nie jest, to mogę wyjść? Chciałam coś zrobić i potrzebuję do tego twojej pomocy.
Chociaż Yulan wyglądał na lekko zaskoczonego, widocznie chciał wysłuchać jej do końca.
- To znaczy?
- Chciałam... Wiem, jak to zabrzmi, ale po pierwsze, mogę cię prosić, żeby to zostało między nami? Nie mów nic Gilowi, bo zrobi sobie bezsensowne nadzieje – zaczęła, odgarniając koc i wychodząc z łóżka.
- Jeśli to ma cokolwiek wspólnego z nim, to nie mogę ci tego obiecać. Zaintrygowałaś mnie. Wiesz, zawsze myślałem, że jestem ostatnią osobą, którą poprosiłabyś o przysługę – a widząc, że próbuje wstać, złapał ją za nadgarstek. - A ty nigdzie się nie ruszaj. Odpoczynek, to odpoczynek. Poczekaj do jutra.
Popatrzyła na niego jakby miała nadzieję, że żartuje, a widząc jego całkiem poważną minę, usiadła z powrotem na miękkim meblu.
- Wiesz co, normalnie bym się z tobą pokłóciła, ale dzisiaj mi się nie chce – powiedziała nieco zbyt nerwowym tonem jak na kogoś nie w humorze do kłótni. - W każdym razie... Spokojnie, on nie jest w to w żaden sposób zamieszany, dlatego wolałabym, żeby tak pozostało – przerwała na moment, próbując zebrać myśli. - Przejdę do rzeczy. Czy mógłbyś... poprosić mojego konia, by zamienił się w ptaka? Potrzebuję go wysłać w pewne miejsce.
Jeśli elf się tego nie spodziewał, to na pewno nie dał tego po sobie poznać. Wyglądał jakby próbował rozgryźć o co jej chodziło, ale w końcu widocznie się poddał, bo rozłożył ręce bezradnie.
- Mogę wiedzieć w jakie? - zapytał. - Nie podoba mi się to. Ale dobrze, zrobię co chcesz. Tylko... jak miałbym go tu przenieść i nie zwrócić niczyjej uwagi? Poza tym Gilian często odwiedza nasze konie. Połapie się od razu, że jednego brakuje.
-Trzeba go będzie trzymać z daleka. To tylko parę dni, trzy, może cztery. Wymyślimy coś – powiedziała bez zastanowienia. - Chcę, by sprawdził, co dzieje się w moim domu.
Osobiście wolała nie dzielić się tą informacją z nikim, ale tym razem pozostała bez wyjścia. Teraz sama nie byłaby w stanie przekazać swojemu magicznemu pupilowi szczegółowych instrukcji i poleceń, musiał to zrobić ktoś z darem porozumiewania się ze zwierzętami.
Robiła to z dwóch powodów. Po pierwsze, tęskniła za tym miejscem. Nawet, jeśli już nigdy nie będzie miała szansy tam wrócić, chciała przynajmniej wiedzieć, jak wszystko się poukładało. Drugim powodem był fakt, że jeśli w ogóle miała zacząć planować jakiś odwet, musiała najpierw rozeznać się w sytuacji. Czy naprawdę działy się tam złe rzeczy? Czy była konieczność ruszania z ratunkiem? Czy Shansva dokonuje rozlewu krwi w akcie zemsty za wszystko, co go spotkało? Miała setki pytań i czuła, że wymyślanie na nie potencjalnych odpowiedzi w końcu ją wykończy. Potrzebowała mieć pewność, chociażby dla spokoju sumienia.
Liczyła, że Yulan zakończy na tym swój mały wywiad i przestanie drążyć. Wiedział już tyle, ile musiał.
- Niech ci będzie – powiedział wreszcie. - Ale możemy przełożyć to na później? Teraz wzbudzę sensację, kręci się tam pełno ludzi.
- Och, jasne – machnęła ręką. - Zrób to w nocy, jak wszyscy będą już spać. Dzięki. Odwdzięczę ci się.
Elf pokręcił głową, mówiąc, że wcale nie trzeba, a chwilę później zostawił ją samą, obiecując, że zajrzy do niej później. Przy okazji zabrał ze sobą pustą miskę.
Z braku lepszego zajęcia, Raksha z powrotem położyła się na łóżku. Kiedy poprzednio była w podobnej sytuacji, wyrywała się wręcz do jakichś zajęć, żeby tylko nie siedzieć bezczynnie, ale teraz czuła kompletną niemoc. Zrzuciła to samopoczucie na wczorajszy beznadziejny dzień i okropne sny. Czuła się tak słabo i bezsilnie, że była wdzięczna przyjaciołom, że zostawili ją w spokoju. W końcu jednak słodka nuda zaczęła jej się przykrzyć, a nawracające czarne myśli na temat jej choroby pojawiały się coraz częściej. Czy teraz właśnie tak będzie wyglądać jej życie? Na każdym kroku będzie zmuszona uważać na każdy swój ruch, by nie sprowokować agresywnej reakcji organizmu? A jeśli i to zawiedzie, czy zostanie przykuta do łóżka do końca swych dni? Miała nadzieję, że jeśli tak, to ten kres nadejdzie szybko. Nie potrafiła sobie wyobrazić takiego istnienia. Pod presją takich wyobrażeń, zaczęła się zastanawiać, czy w ogóle był sens w tym wszystkim, co doprowadziło ją do tej chwili. Czy powinna tak igrać z życiem i śmiercią? Bała się tego, co przychodziło jej do głowy, ale czasem poddawała w wątpliwość słuszność wskrzeszenia przyjaciela. O ile naprawdę była szczęśliwa, widząc go całego, zdrowego i radosnego, tak myślała, że może za życie powinna jednak zapłacić życiem? W końcu to byłaby wyrównana transakcja. Może był to ponury scenariusz, ale ile oszczędziłby jej wstydu i upokorzeń, które zapewne jeszcze na nią czekały?
*
Długo po zapadnięciu zmroku, gdy większość odgłosów z piętra niżej ucichła, usłyszała wreszcie cichutki odgłos zamykanych drzwi gdzieś na korytarzu. Nasłuchiwała dalej, oczekując kroków, ale kiedy do jej uszu dotarła jedynie cisza, zarzuciła na siebie pelerynę, którą ozdobiła jej Nevina i, po odczekaniu jeszcze chwili, wyszła.
Od dłuższego czasu siedziała na podłodze, z uchem przyciśniętym do drzwi. Koncentrowała się mocniej za każdym razem, kiedy ktokolwiek przechodził korytarzem, choć wiedziała, że to bez sensu. Kroków Yulana i tak by nie usłyszała. Z tego powodu czekała właśnie na to – delikatny szczęk zamka, a potem ciszę. Były odgłosy, których nawet elfy nie potrafiły wyeliminować. Wolała, żeby zbyt szybko się nie zorientował, że idzie za nim, dlatego wyruszyła chwilę później.
Zeszła po schodach, ostrożnie stawiając stopy. Starała się zrobić najmniej hałasu jak to tylko możliwe, ale zadanie miała o tyle trudniejsze, że większość stopni straszliwie skrzypiała. Na szczęście na dole był tylko właściciel lokalu, który czynił ostatnie porządki przed jutrzejszym dniem. Doszorowywał właśnie jakąś plamę na kontuarze. Zbyt skupiony na tym, rzucił jej tylko przelotne spojrzenie, informując, że niedługo będzie zamykał, więc jeśli chce mieć gdzie spać, powinna szybko wrócić. Zaabsorbowana swoją małą misją, kompletnie go zignorowała, a potem wyszła na chłodne powietrze wiosennej nocy. Otuliła się szczelniej peleryną, choć wątpiła, że to w czymś pomoże. Choć wykonana doskonale, była już mocno zużyta. Parę razy zahaczyła nią o zarośla, przedzierając się przez las i ochlapała błotem, piwem oraz zupą, a niektóre plamy nawet mimo kilku prań wciąż były widocznie na białym materiale. Mimo takich uszczerbków, ciężko było Rakshy ją wyrzucić. Była to jedna z dwóch rzeczy, przypominająca jej o przyjaciółce. Drugą był magiczny woreczek, wciąż skrzętnie schowany w kieszeni. Obeszła zajazd od lewej strony i zwolniła kroku, widząc plecy Yulana parę metrów przed sobą. Znikał akurat za uchylonymi drzwiami stajni, przed którą siedział, najwyraźniej śpiąc, jakiś młody chłopiec. Przeszła obok niego, starając się go nie obudzić. Dopiero w środku przestała się kryć ze swoją obecnością, chociaż podejrzewała, że elf od pewnego czasu był świadom, że go śledziła. Otworzył boks, w którym znajdował się jej koń.
- Spodziewałem się, że tu przyjdziesz. Nie ufasz mi? - zapytał, głaskając zwierzę po pysku.
Wycofał się z małej zagrody, mówiąc coś spokojnym tonem w swoim języku. Wystawił rękę do wierzchowca, wykonując nią powolne, przywołujące gesty. Raksha stanęła obok ze skrzyżowanymi ramionami.
- No jasne – parsknęła. - Dlatego pozwalam ci się leczyć. Chciałam po prostu go zobaczyć.
Podeszła do elfa i przytuliła się do swojego zwierzęcia. Przez całą tę drogę zdążyła się do niego przywiązać. Teraz czuła się trochę jak przed rozstaniem z drogim przyjacielem. Odsunęła się w końcu.
- Rób, co musisz – powiedziała, wycofując się.
Yulan położył dłoń na końskim grzbiecie i wydał z siebie bardzo nieludzki odgłos. Raksha zadrżała. Nieważne ile razy słyszała dźwięki różnych przedstawicieli fauny z ust swoich kompanów, za każdym razem była gdzieś na pograniczu zdegustowania i zadziwienia. Koń zaczął przebierać niespokojnie kopytami, a potem stanął na dwóch tylnych nogach i zarżał. Kiedy sekundę później wrócił do pozycji wyjściowej, nie był już koniem. Stało przed nimi dużo mniejsze, pierzaste zwierzę. Od sporego, owalnego tułowia odchodziły dwie, długie i chude nogi, a jego mała głowa trzymała się na równie długiej szyi. Ptak zatrzepotał wielkimi, białymi skrzydłami, łypnął na nich żółtym okiem, a potem rozwarł swój ostro zakończony, pomarańczowy dziób i wydał z siebie przeraźliwe kraknięcie.
- Uch, ciszej, ty opierzona jędzo – Raksha zakryła uszy rękami.
Zdawało jej się, że ten skrzek słyszało całe miasto. Czapla nic sobie nie zrobiła z jej słów, tylko wsadziła dziób pod skrzydło i zaczęła się skubać. Yulan nie czekał dłużej, wyjaśnił po ptasiemu, czego od niej oczekiwał, a posłuszny zwierzak skierował się do wyjścia ze stajni. Stuknął dziobem w niedomknięte drzwi, a te uchyliły się na tyle, by mógł przez nie przejść. Chwilę później wzbił się w niebo. Elf razem z przyjaciółką zrobił parę kroków do przodu, po czym zakrakał jeszcze raz, donośniej niż poprzednio. Czapla jednak już na niego nie spojrzała.
- O co ją zapytałeś? - popatrzyła na niego pytająco.
Nie wierzyła, że interesują ją szczegóły rozmowy z ptakiem.
- Poprosiłem, żeby się pospieszyła i życzyłem bezpiecznej podróży.
- Tym jednym dźwiękiem?
- Zwierzęta są dużo oszczędniejsze w słowach. Chodź, zanim ktoś nas tu znajdzie – złapał ją za rękaw i pociągnął za sobą.
Wrócili
do zajazdu prawie w ostatniej chwili. Właściciel właśnie
wychodził z pomieszczenia kuchennego z kluczem w ręce. Rozeszli się
do swoich pokoi już bez słowa, skinieniami głów życząc sobie
dobrej nocy. Raksha czuła niepewność. Zrobiła to, co chciała,
ale miała coraz większe wątpliwości, czy postąpiła słusznie.
1 cytat Andrzeja Frycza-Modrzewskiego
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz