Ostatnią rzeczą, jaką zarejestrowała jej świadomość była ciemność i ta sama ciemność towarzyszyła jej, gdy w końcu się ocknęła. Ciężko jej było stwierdzić jak długo była nieprzytomna, miała wrażenie, że minęło kilka długości życia przeciętnego człowieka, ale przypuszczała, że to mało wiarygodny scenariusz. Co prawda pierwszy raz była w takiej sytuacji, ale znajomy zapach, otaczający ją, dawał jej jasno do zrozumienia, że tak naprawdę nie minęło aż tyle czasu. Próbowała sobie przypomnieć, skąd kojarzy tę woń, ale szybko rozbolała ją głowa. Wiedziała tylko tyle, że jeśli czuje tę dziwną uspokajająco-orzeźwiającą mieszankę mięty i rumianku, jest bezpieczna i jest pod dobrą opieką. Tyle jej było trzeba. Uśmiechnęła się do siebie słabo i stwierdziła, że pora się rozejrzeć. Mimo, że całe jej ciało stanowczo sprzeciwiało się takim szalonym pomysłom, powoli uchyliła powieki, które zdawały się przygniecione ciężarem problemów całego świata. Pożałowała tego natychmiast, kiedy ostre światło zaatakowało jej oczy. Chciała szybko zasłonić je dłonią, ale czuła się za słabo na takie ekscesy, więc zdołała jedynie poruszyć palcem. Zaczęła się zastanawiać co jest powodem takiego stanu. Dopiero wtedy zaczęły wracać do niej wspomnienia. Przypomniała sobie wszystko, łącznie z tym, że finalnie udało jej się uratować przyjaciela. Pamiętała ten odgłos kogoś, kto bardzo stęsknił się za powietrzem. Poczuła ogromną ulgę, chociaż zaraz została ona przytłumiona przez wątpliwości. Jaką mogła mieć pewność, że Gilian przetrwał to wszystko i nie umarł ponownie parę minut po wszystkim? Zaczerpnęła powietrza, chcąc go zawołać, by upewnić się, że po prostu martwi się na zapas, bo przecież to niemożliwe, żeby cały jej wysiłek poszedł na marne. Zamiast krzyku, z jej gardła wydostał się jedynie atak suchego kaszlu, który natychmiast zwrócił uwagę kogoś, kto najwidoczniej przebywał w tym samym pomieszczeniu, co ona. Chwilę potem całą wizję przysłoniła jej aksamitna fala rudych włosów. Poczuła silne ramiona obejmujące ją bez najmniejszego wysiłku i duże dłonie na swoich plecach. Zwykle nie miała nic przeciwko takim powitaniom, ale teraz czuła, że lada moment się udusi. Chciała go od siebie odepchnąć, ale nie dała rady podnieść ręki. Zamiast tego oparła czoło na jego ramieniu, a jej oczy wypełniły się łzami, kiedy usłyszała jego znajomy głos. Nie była w stanie zrozumieć praktycznie niczego, sama nie wiedziała czy to przez natłok uczuć nie skupiała się na słowach czy po prostu była wciąż tak otumaniona i osłabiona. Cudownie było znowu mieć go przy sobie, nawet jeśli nie mogła mu dać tego do zrozumienia. Zapewniło jej to spokój, jakiego pragnęła już od dawna i poczuła, że zmęczenie znów ją dopada. Nie będąc w stanie z nim dyskutować, zasnęła ponownie, usypiana spokojnym oddechem przyjaciela.
Jakiś czas później przebudziła się ponownie. Tym razem otworzenie oczu kosztowało ją mniej wysiłku, więc natychmiast zauważyła, że słońce chyliło się już ku zachodowi, jednak to wciąż niewiele jej powiedziało. Czy to był ten sam dzień, co wcześniej, czy jakiś inny? Stwierdziwszy, że są jednak ważniejsze rzeczy – na przykład upewnienie się, że poprzedni powrót do rzeczywistości odbył się naprawdę, a nie tylko w jej głowie – spróbowała podeprzeć się na łokciach, by rozejrzeć się dookoła. Czuła, że nie była w pokoju sama, ktoś siedział na jej łóżku. Usłyszała cichy, zmęczony głos i ktoś położył jej rękę pod głową, podtrzymując ją w stabilnej pozycji. Chwilę później podsunięto jej gliniane naczynie pod usta. Wzięła pierwszy łyk chłodnego napoju i ledwo poczuła jego smak, tak bardzo miała wysuszone gardło. Zakrztusiła się, ale nie pozwoliła sobie odebrać kubka,wypiła wszystko do końca. Dopiero wtedy spojrzała na, tak jak się spodziewała, Yulana. Postarała się do niego uśmiechnąć w podziękowaniu, ale najwidoczniej i na to była za słaba, bo głowa szybko opadła jej na poduszkę. Zamknęła oczy z powrotem, a przed ponownym zaśnięciem usłyszała jeszcze tylko trzaśnięcie zamykanych drzwi.
Za trzecim razem w końcu czuła się lepiej. Na tyle, że potrafiła usiąść o własnych siłach. Co prawda każda część jej ciała bolała ją jak diabli, bez względu na to, czy się ruszała, czy nie, ale była już całkiem świadoma swojego otoczenia. Przekonana, że mimo tak ogromnego i obcego jej dotąd dyskomfortu, będzie w stanie pobyć przytomna na tyle długo, by zdobyć jakieś informacje. Natychmiast zauważyła postać, leżącą w bardzo dziwnej pozycji. Połową ciała znajdowała się na łóżku, a drugą siedziała na krześle. Po długich, prostych włosach i szerokich ramionach natychmiast rozpoznała Giliana. Nie mogąc się powstrzymać wyciągnęła rękę i dotknęła jego przedramienia, by upewnić się, że jest prawdziwy. Ulga, jaką odczuła, kiedy jej palce zetknęły się z ciepłą skórą zdecydowanie żywego przyjaciela sprawiła, że ogromny ciężar natychmiast wyparował z jej piersi. Z faktu, że płacze, zdała sobie sprawę dopiero wtedy, kiedy Gilian obudził się i przytulił ją ponownie. Minęło naprawdę dużo czasu nim się uspokoiła, a kiedy się od niego odsunęła, zauważyła, że on też miał mokre policzki.
- Nie wiedziałam, że taki z ciebie mazgaj – ledwo wykrztusiła z siebie te słowa głosem, który był dla niej całkiem obcy.
- Naprawdę? Byłem martwy prawie cały rok i to są pierwsze słowa, które od ciebie słyszę? - zapytał elf i przez chwilę prawie dała się nabrać na jego poważny ton. - Jak się czujesz?
Rozsunął zasłony. Na zewnątrz jeszcze nie zaczęło świtać. Czerń nocy dopiero niechętnie ustępowała szarości poranka. Było cicho. Nie było słychać nawet oddechów pozostałych dwóch osób. Raksha zastanawiała się, czy w ogóle tu były.
- Paskudnie. Ale chyba już za późno na reklamację, co?
Gilian sięgnął po coś, leżącego na stole. Okazało się to kolejną porcją leku. Podał to jej, a ona posłusznie wypiła kilka łyków.
- Yulan powiedział, że powinno pomóc. No i chyba miał rację. - usiadł z powrotem na łóżku. - Wiem, że wciąż jesteś wyczerpana, więc nie będę ci długo zawracał głowy. Obiecuję, że porozmawiamy, kiedy wydobrzejesz.
Raksha skinęła głową. Słowa z trudem docierały do jej uszu, a zanim jej mózg przepracował je, by mogła zrozumieć całą wypowiedź, mijało naprawdę sporo czasu. Czy normalni ludzie tak mają? Bo, że teraz jest już zwykłą kobietą, zrozumiała. W końcu utraciła swoją całą moc. Nie utraciłam, oddałam, upomniała się w myślach. W każdym razie jeśli od teraz będzie prowadzić rozmowy w tak powolnym tempie, nie znajdzie sobie zbyt wielu przyjaciół. Okazało się jednak, że Gilian wcale nie czekał na żadną odpowiedź, zamiast tego kontynuował:
- Słyszałem od Neviny, co się stało. Nie chciała mi zdradzić zbyt wielu szczegółów, bo uznała, że opowiedzenie całej historii należy do ciebie, ale co nieco z niej wyciągnąłem. To było naprawdę szalone, to co zrobiłaś. Mogłaś zginąć, wiesz? Myślisz, że tego właśnie bym chciał? - popatrzył na nią z takim wyrzutem, że musiała odwrócić wzrok. - W każdym razie, cieszę się, że jednak wszystko się udało. Nawet nie wiesz, jak się martwiłem, kiedy nie budziłaś się przez tyle czasu. Minął prawie tydzień od tego wszystkiego, robiliśmy co się dało, by jakoś ci pomóc. Problem leżał w tym, że nikt do końca nie wiedział jak. Yulan próbował cię dobudzić różnymi sposobami, mówię ci, nigdy go takiego nie widziałem, miałem wrażenie, że lada moment ucieknie się do przemocy. To dziwne, nie? Zawsze mi się wydawało, że specjalnie za sobą nie przepadacie. Coś się zmieniło pod moją nieobecność? A potem Nevina, próbowała świadomego snu czy czegoś takiego, chciała wejść w twój sen i kazać ci się obudzić, ale nie mogła w żaden sposób do ciebie dotrzeć. W końcu się poddaliśmy, uznaliśmy, że widocznie trzeba dać ci czasu. Kto wie jakie zmiany nastąpiły tak naprawdę w twoim ciele przez to wszystko. A teraz... w końcu mogę znów z tobą porozmawiać. Jak dawniej – uśmiechnął się ciepło i odstawił puste naczynie, które podała mu chwilę wcześniej. - Wiem, że jest na to jeszcze za wcześnie, ale... myślałem trochę o naszej sytuacji. To znaczy... jak skończyła się ta walka? Wygraliśmy? Co prawda mieli przewagę liczebną, ale byli przeciętni, dałaś sobie z nimi radę, prawda?
Popatrzyła na niego, przez chwilę zastanawiając się, co powiedzieć. Czy szczerość w ogóle wchodziła w grę? Obawiała się, że pomyśli o niej jak o potworze, kiedy dowie się o całym tym wybuchu i wymordowaniu wszystkich w promieniu kilkuset metrów. Co prawda, miałby rację, ale strach przed powiedzeniem prawdy był silniejszy.
- Najwyraźniej, skoro jeszcze tu jestem – przewróciła oczami, mając nadzieję, że na tym się skończy, przynajmniej teraz. Poza tym, technicznie rzecz biorąc, nie kłamała. - Musisz mi wybaczyć, Gil. Znowu jestem zmęczona, a nie widziałam się jeszcze z Neviną. Jest gdzieś blisko? Chciałabym się z nią przywitać, zanim znów zasnę na cholera wie jak długo. Obiecuję, że jak tylko odzyskam siły, opowiem ci wszystko z najmniejszymi szczegółami.
- Pewnie. Nie martw się o to – powiedział prawie natychmiast, posyłając jej kolejny uśmiech. - Zawołam ją. Jest w ogrodzie z Yulanem.
Wyszedł, a kiedy tylko zamknęły się za nim drzwi, Raksha opadła z powrotem na poduszkę. Westchnęła, przecierając dłonią twarz. Z zaskoczeniem zdała sobie sprawę, że jej skóra przybrała całkiem inny kolor, niż wcześniej. Była brązowa, zupełnie tak jak wtedy, kiedy parę miesięcy wcześniej, rzuciła na siebie urok w barze. Złapała swoje włosy i przyjrzała się im. Tym razem już bez zdumienia przyjęła fakt, że były bardzo ciemne. Poczuła lekkie rozczarowanie. Uwielbiała ich poprzedni kolor, bo zawsze wyróżniał ją z tłumu. Szybko jednak przypomniała sobie swoją aktualną sytuację. Nie miała pewności, że nie była śledzona i obserwowana przez wysłanników nowego króla, który zapewne chciał znać jej plany i każdy podjęty krok. Co prawda nigdy się na nikogo nie natknęła, ale biorąc pod uwagę jego zdolności i spryt, mogła po prostu nie zauważyć szpiegów. W takiej sytuacji ekstrawagancki wygląd był najgorszą rzeczą, jakiej mogła chcieć.
Chwilę później zmęczenie znów z nią wygrało. Zasnęła ponownie, nim zdążyła przywitać się z wiedźmą, choć za wszelką cenę starała się utrzymać oczy otwarte. Na szczęście, kiedy obudziła się po raz czwarty, ból w jej ciele zniknął już prawie całkowicie. Czując się dużo pewniej, powoli usiadła, a nagły ruch na łóżku przykuł uwagę czarownicy, krzątającej się w kuchni. Natychmiast do niej podbiegła, a potem mocno przytuliła, prawie przygważdżając ją do łóżka. Z powrotem. Raksha niepewnie objęła ją w pasie, ale szybko uznała, że ma ręce zdecydowanie w nieodpowiednim miejscu, więc przesunęła je na plecy. Zamknęła oczy, wdychając przyjemny, ziołowy zapach drugiej kobiety.
- Dobrze cię znowu widzieć – mruknęła we włosy Neviny, przez co kilka znalazło się w jej ustach.
Wiedźma odsunęła się od niej, a szeroki uśmiech nie schodził jej z ust. Przez moment wyglądała, jakby coś ją gryzło, a potem dała jej szybkiego całusa w czoło. Sekundę później stała ponownie w kuchni, nasypując czegoś do dwóch kubków. Raksha kolejny raz poczuła się dziwnie. To było przyjemne, ale jednocześnie osłabiające. Miała wrażenie, że miejsce, którego dotknęły usta czarownicy, mrowiło ją bezustannie. Potarła swoje czoło, chcąc pozbyć się tego uczucia. Możliwe, że wciąż odczuwa skutki swoich poprzednich działań. Jakby nie było, pozbyła się przecież swojej głównej siły napędowej; ciało musiało ponieść konsekwencje – i na nie właśnie zrzuciła niezwykle szybkie bicie serca i drżące palce. Dłużej nie miała czasu zastanawiać się nad samą sobą, bo wróciła Nevina, wciskając jej w dłoń kubek z parującym naparem. Siedziały w przyjemnej ciszy, którą zakłócały powtarzające się raz po raz odgłosy picia. W pewnej chwili, pod wpływem jakiegoś nagłego impulsu, odszukała w fałdach pościeli leżącą swobodnie dłoń czarownicy i złapała ją niepewnie. Sama nie potrafiła przed sobą wytłumaczyć czemu to zrobiła. Przypuszczała, że miało to coś wspólnego z potrzebą znalezienia czegoś pewnego po tak długim czasie bycia oderwaną od rzeczywistości. Kiedy palce Neviny skrzyżowały się z jej palcami, odetchnęła z ulgą. Całe zmęczenie, dziwna ciężka pustka w klatce piersiowej, ból ciała – to wszystko stało się zupełnie nic nieznaczące w porównaniu z tym, co miała teraz.
Wyszła z łóżka dopiero po dwóch dniach, choć według Yulana zrobiła to i tak trochę za wcześnie. Miała dość bezczynnego leżenia, zwłaszcza, kiedy widziała, że każdy jakoś pracował – a to rąbiąc drewno a opał, a to wykonując jakieś proste czynności domowe, a to ucząc się (w przypadku Neviny) pisania. Oczywiście robili sobie przerwy na skakanie wokół niej, co było przyjemne i zabawne przez pierwsze dwie godziny, a potem stało się irytujące. Jasne, w pałacu miała pełno służących, którzy zrobiliby za nią prawie wszystko, jeśli by sobie tego zażyczyła, ale teraz była w całkiem innej sytuacji. Ona nie była już księżniczką, a jej przyjaciele nie byli służbą. Bardzo chciała dołączyć się do ich zajęć, więc w końcu po prawie całym dniu słuchania narzekań, Nevina rzuciła w nią swoją sukienką, którą rozerwała w trakcie spaceru po lesie. Do kompletu dostała jeszcze pudełko z nicią i igłą, więc pełna zgubnej pewności siebie, podjęła próbę zaszycia dziury. Jak można się było spodziewać po kimś, kto takie prozaiczne czynności widywał jedynie, kiedy przypadkiem natknął się na własne szwaczki w trakcie pracy, wszystko skończyło się pokaleczonymi palcami, kupą nerwów i wiązanką niewybrednych przekleństw. Raksha musiała pogodzić się ze swoją porażką, przyjąć wieczorną porcję leków, dać się zbadać i nudzić się dalej. Drugiego dnia wiele się nie zmieniło, ktoś wchodził, ktoś wychodził, ktoś został dłużej i z nią porozmawiał. Przez większość czasu jednak wciąż spała.
Kolejną rzeczą, do której ciężko jej było nawyknąć, była ludzka fizjologia. Z trudem przyswajała fakt, że kilka razy dziennie, o w miarę określonych porach, musiała wyciąć sobie kawałek dnia, by coś zjeść, napić się, wypróżnić. Uważała to za marnowanie czasu i energii, której w swojej ludzkiej wersji i tak miała bardzo ograniczoną ilość. Poza tym wszystkie te czynności trochę ją brzydziły. O ile jedzenie samo w sobie jej smakowało, tak świadomość tego, co się z nim dzieje w jej organizmie mocno ją odstręczała, więc próbowała tego unikać jak mogła. Jednak natura zawsze była silniejsza, głód w końcu tak dawał jej w kość, że musiała się przeprosić z tymi wszystkimi ohydnymi procesami.
Pierwszego dnia poza łóżkiem nie została przytłoczona zajęciami, tak jak miała nadzieję. Najpierw poszła na krótki spacer z Neviną, ale bardzo szybko zmarzła. Nadchodziły jeszcze zimniejsze miesiące i zaczęła się zastanawiać jak zamierza je przeżyć. Wątpiła w potęgę swojej odporności, a powrót do łóżka z powodu gorączki zdecydowanie nie był w jej planach. Okrążyły pobliski staw zaledwie dwa razy i musiały wrócić, bo Raksha znów zaczęła słabnąć. Czarownicy nie udało się jednak wpakować jej z powrotem do łóżka, tak więc następne parę godzin spędziły na rozmowach i nauce. Popołudniem z wioski wrócili Gilian z Yulanem. Przynieśli ze sobą nowe wieści oraz dodatkowy prowiant, jaki dostali od mieszkańców w zamian za wykonanie jakichś drobnych prac. Z ich opowieści wynikało, że początkowo obawiali się nieprzychylnego przyjęcia ze względu na swój mocno odstający od ogółu wizerunek, ale okazało się, że byli w błędzie. Ludzie z wioski, choć w pierwszej chwili nieufni, szybko się do nich przekonali, głównie dzięki wrodzonej uprzejmości Yulana. Kiedy po naprawieniu dachu, zagrody dla świń i wyłapaniu wszystkich zbiegłych prosiaków zostali zaproszeni na kolację do czterech różnych domów, wiedzieli już, jak będą zarabiać na życie. Przy opuszczaniu wioski trudno im było opędzić się od młodych dziewcząt, którym widocznie się spodobali i dopiero po zapewnieniu ich, że na pewno jeszcze wrócą, zostali puszczeni wolno.
W ten sposób mijały im dnie. Były spokojne i monotonne. Jesień zamieniła się w zimę, a w wiosce zmienił się przywódca. Nevina była dzięki temu pełna nadziei. Odkąd wygnała poprzedniego w mało delikatny sposób, oczekiwała wszelkich następstw z niepokojem. Chciała wrócić do życia wśród swoich ludzi, ale wciąż obawiała się, że niektórzy mogą nie przyjąć jej z otwartymi ramionami. Wiedziała, że swoim popisem zasiała strach w sercach mieszkańców, ale nigdy nie planowała skrzywdzić żadnego, który nie wyrządził krzywdy czarownicy. Uznała, że musi dać im czas na przyswojenie tego, co się wydarzyło i osądzenie wszystkiego we własnych sercach, więc zdecydowała się przezimować w swojej leśnej chatce. Na wiosnę planowała postarać się wrócić do ostatnich krewnych jacy jej pozostali, a jeśli to się nie uda, żartowała, że zostanie jedną z tych strasznych wiedźm, mieszkających w środku lasu, którymi straszyło się dzieci. Jej decyzja pokrywała się prawie idealnie z planami Giliana, Rakshy i Yulana, którzy także chcieli wyruszyć na wiosnę. Elfy nie chciały dłużej czekać, zamierzali pobrać się jak najszybciej, więc musieli odwiedzić rodzinę Giliana, a następnie wyruszyć na południe, do Pagaraal – miasta rządzonego przez Aurela, ostatnią osobę, która stanowiła namiastkę rodziny dla Yulana. Raksha, co prawda, z początku oponowała, wolała zostać tu z czarownicą i wieść z nią spokojne życie, ale nie była w stanie zawieść przyjaciela, który liczył, że będzie ona jednym z gości honorowych na jego weselu. Ale była księżniczka znała go zbyt dobrze, wiedziała, że za tym argumentem kryło się coś jeszcze. Ciężko było jednak wyciągnąć z niego coś więcej, głównie przez to, że nie mogli znaleźć czasu, by spokojnie porozmawiać. Zdecydowanie wolała zataić przed Neviną większość swojej historii, bo im mniej ta wiedziała, w tym mniejszym była niebezpieczeństwie, gdyby sprawy się mocno skomplikowały. Chłodniejsze dni szybko zamieniły się w szczypiące mrozem, a główną atrakcję stanowiło oglądanie sporadycznych zamieci śnieżnych. Jedyną osobą, która cieszyła się z takiego obrotu spraw, był Gilian. Taka pogoda przypominała mu o jego własnej ojczyźnie, więc często opuszczał chatkę i udawał się na długie spacery po lesie. Kilka razy próbował wyciągnąć ze sobą swojego narzeczonego, ale ten tylko rzucił mu pochmurne spojrzenie i wrócił do spisywania roślin, na które natknął się w tej części świata. Raksha też nie chciała słyszeć o wyściubianiu nosa poza cztery ciepłe ściany. Była kompletnie nienawykła do takich lodowatych warunków i chyba z nich wszystkich najgorzej przeszła całą zimę. Jedynie Nevina od czasu do czasu wychodziła na świeże powietrze i chociaż mówiła, że to przez tłok w chatce potrzebuje chwili dla siebie, Raksha podejrzewała, że w samotności opracowywała plan powrotu do wioski. Być może była już w niej raz czy dwa, kiedy wróciła w samym środku nocy.
Wreszcie, wydawać by się mogło, że po całych latach, śniegi powoli zaczęły topnieć, spod białej skorupy nieśmiało wychylała się ciemna ziemia, a gdzieniegdzie delikatnie zieleniła się pierwsza trawa. Dni stawały się cieplejsze, coraz częściej zamiast śniegu padał deszcz, a słońce wisiało na niebie dłużej i dłużej. W trakcie jednego z takich dni, kiedy wiał ciepły wiaterek, a wokół domku pojawiły się drobne kwiatki z białymi pąkami, Gilian zdecydował się naprawić płot, powiększyć kurnik i uszczelnić dach chatki, w prezencie pożegnalnym za udzielenie schronienia. Nevina zdawała się bardzo zakłopotana, ale mimo swoich planów, nie oponowała zbyt długo. Wiedziała, że wszystko może potoczyć się całkiem inaczej, a ona zostanie wygnana przez nakarmionych propagandą i przerażonych jej wyczynami sprzed paru miesięcy ludzi.
Wszystkie prace zostały ukończone tydzień później, a w noc przed wyruszeniem w podróż, rozszalała się pierwsza wiosenna burza, która praktycznie nie pozwoliła im zmrużyć oczu. Przy pierwszych promieniach słońca zerwali się z łóżka – lub, w przypadku elfów, wyszli ze śpiwora – zjedli śniadanie i dobrze wiedząc, że nie powinni zwlekać, jeśli chcą przebyć jak najdłuższą trasę za dnia, spakowali prowiant na kilka następnych dni i ruszyli po konia. Przez chwilę głowili się nad tym, jak zapakować bagaże trzech osób na jednego wierzchowca, ale problem szybko się rozwiązał. Jakby znikąd nadleciał maleńki, połyskujący ptaszek. Raksha natychmiast go rozpoznała, ale była zaskoczona. Myślała, że razem z porzuceniem swoich magicznych mocy, straciła połączenie ze swoim pupilem. Ten jednak zaczął krążyć wokół niej, domagając się uwagi... lub polecenia.
- Cześć, mały. Chcesz nam pomóc? - zapytała, kiedy usiadł jej na dłoni. - Przydałby nam się bardzo silny koń, jeśli nie masz nic przeciwko.
Koliber mrugnął na nią czarnym okiem jakby próbując jej dać coś do zrozumienia, ale nic się nie stało. Czyżby już jej nie rozumiał? Wcześniej porozumiewała się z nim instynktownie, nie musiała nic mówić, bo zwierzak sam wyczuwał, która forma była akurat najbardziej potrzebna.
- Nie żartuj. Jesteś mniejszy od mojego palca, czemu musiałeś zostać akurat ptakiem? W tym kształcie jesteś kompletnie bezużyteczny – westchnęła i sięgnęła po swój pakunek. - Trudno, będziemy jechać na zmianę. Albo pociągniemy słomki i kto wyciągnie najdłuższą dostąpi tego niebywałego zaszczytu. Możemy też spróbować bardziej prymitywnej formy eliminacji i będziemy się ścigać. Kto pierwszy dobiegnie do konia, będzie miał najlżejszą podróż.
Zanim na dobre poniosły ją wodze fantazji, Yulan zrobił krok do przodu i wystawił swoją dłoń w stronę ptaszka. Uśmiechnął się do niego zachęcająco. Koliberek po chwili zastanowienia przyjął zaproszenie i usadowił się na jego kciuku. Elf zerknął na Rakshę, a potem z powrotem zwrócił swoją uwagę na ptaszka. Popatrzył na niego intensywnie, a potem wydał z siebie kilka ćwierknięć, bardzo przypominających szczebiot małych ptaków. I bardzo nienaturalnych dla ludzkiego gardła. Kuleczka pierza wzniosła się w powietrze, zawirowała parę razy nad ich głowami i, ku wielkiemu zdumieniu wszystkich obserwujących, wylądowała na ziemi jako całkiem spory, siwy koń, z czarnymi szczotkami nad kopytami i tego samego koloru grzywą. Zarżał dumnie i obrócił się w ich stronę, jakby oczekiwał poklasku.
- To było niesamowite! - głos Neviny aż drżał z ekscytacji, kiedy spojrzała na przemienione zwierzę.
Raksha już miała zacząć się przechwalać, że po zmiennokształtnych z jej okolic trudno spodziewać się czegoś gorszego, kiedy zdała sobie sprawę, że czarownica patrzy na ciemnowłosego elfa, który wyglądał jakby chciał za wszelką cenę uniknąć bycia w centrum uwagi.
- Daj spokój, to nic takiego. Gilian też to potrafi – Yulan starał się wyglądać na bardzo zajętego przerzucaniem tobołków z jednego konia na drugiego.
Raksha, zirytowana takim obrotem sytuacji, wyjątkowo stanęła w jego obronie.
- Właśnie. Każdy elf tak robi. Jeśli chcesz, może jeszcze dla ciebie zachrumkać.
Przypadkowo dostała po głowie torbą z prowiantem, która okazała się cięższa, niż się tego spodziewała. Skrzywiła się, patrząc na Yulana i rozmasowała sobie bolące miejsce. Stojący dotąd w niepodobnej do niego ciszy Gilian, wreszcie przestał być biernym obserwatorem. Podszedł do Neviny i przytulił ją, do czego musiał się mocno nachylić. Położył dłonie na jej plecach, poklepał je lekko i odsunął się.
- Naprawdę szkoda, że nie możesz jechać z nami. Byłoby cudownie gościć cię na naszym weselu – wyprostował się i popatrzył na nią. - Mimo wszystko, życzę ci powodzenia w swoich dążeniach. I pamiętaj, będziemy czekać na listy.
- Dziękuję. Oby nic nie stanęło wam na przeszkodzie w podróży. A na nową drogę życia, życzę wam dużo siły, radości i wytrwałości. Aby żyło wam się ze sobą jak najlepiej.
Yulan pożegnał się jako drugi, również wymieniając podobne uprzejmości. Dopiero na końcu, nadszedł czas na Rakshę. I właśnie tego się obawiała. Ciężkie uczucie w jej klatce piersiowej przybrało na sile, kiedy spojrzała w smutne, ciemne oczy czarownicy. Zastała je w podobnym stanie i w takim samym je zostawia. Trudno jej było się z tym pogodzić.
- To nie jest pora na żal. Obiecałam ci, że jeszcze się zobaczymy. I słowa na pewno dotrzymam – oparła swoje czoło o czoło wyższej kobiety. - Będziemy w kontakcie. Pamiętaj, jeśli te dupki z wioski będą robić ci problemy, daj znać, a wrócę, żeby skopać im tyłki.
Nevina uśmiechnęła się słabo i kiwnęła głową. Złapała Rakshę za ręce i ścisnęła je.
- Będę na ciebie czekać. Bądź bezpieczna – mówiąc to, wsunęła jej w rękę malutki woreczek.
Raksha obejrzała go, ostrożnie obracając w palcach. Był wykonany z czarnego materiału, obwiązanego na górze niebieskim sznurkiem. Wyczuwała maleńkie kształty o łagodnych krawędziach i kilka większych, trochę bardziej obłych niż okrągłych.
- Och? Co jest w środku? - zapytała, bardzo zafascynowana nową saszetką. Wsunęła ją do wewnętrznej kieszeni w swojej pelerynie i delikatnie poklepała.
- Żołędzie, szałwia, jagody jałowca, rozmaryn, trochę soli. Parę innych rzeczy. Nie zgub go. Będzie cię chronił przed złem. Starałam się, by przynajmniej odwiódł od ciebie największe zagrożenie, ale nie wiem na ile mogę konkurować z prawdziwym bogiem.
- Dziękuję. To bardzo wiele dla mnie znaczy – przez chwilę zastanawiała się, co powinna dać w zamian. Nie posiadała żadnego silnego amuletu, bo nie miała pojęcia jak takie robić. Po chwili zastanowienia zdjęła z palca jeden ze złotych pierścieni z dużym oczkiem, połyskującym wszystkimi kolorami tęczy. - Chciałabym, żeby ci o mnie przypominał. I nie, nie przyjmuję odmowy. Twoja pomoc była warta dużo więcej niż jakaś ozdoba. Daję słowo, że wynagrodzę ci każde twoje poświęcenie, kiedy tylko załatwię swoje sprawy.
Dobrze wiedząc, jak Nevina przyjmie taką deklarację, uciekła szybko w stronę swojego wierzchowca, nim ta zdążyła się w ogóle odezwać. Wsiadła na konia, spojrzała przez ramię i pomachała czarownicy. Jechała w ten sposób, dopóki cała trójka nie zniknęła kompletnie między drzewami. Dopiero wtedy obróciła się przodem w kierunku jazdy. Przez parę chwil jechali w ciszy, każdy pogrążony w swoich myślach.
- Co to miało być, tak w ogóle? Myślałem, że tam wrosłaś – rzucił Gilian, wyprzedzając nieco Rakshę, by na nią popatrzeć. - O czym tyle szczebiotałyście? Jak urządzicie swoje mieszkanko? O imieniu waszego siódmego dziecka?
- Och, przymknij się – Raksha przewróciła oczami, choć była lekko zmieszana takimi aluzjami. - Nie wiem o co ci chodzi.
- Ojej, jak zajadle – zaśmiał się Yulan, siedzący za swoim narzeczonym. - Ale nie masz się czego wstydzić. Wreszcie znalazłaś kogoś, kto stępił twój temperament.
Była księżniczka popatrzyła na niego z obrzydzeniem i szokiem jednocześnie. Zatrzymała swojego konia.
- Jeśli cokolwiek tu jest stępione, to twoja intuicja. Nie mam pojęcia o czym mówisz. Nevina to moja przyjaciółka. Co w tym dziwnego, że żegnałam się z nią trochę dłużej, niż wy? Zajmijcie się sobą, nie macie przypadkiem ślubu do zaplanowania?
- Mówisz o naszym, czy o twoim i Neviny? - zapytał Gilian, poganiając swojego konia nieco bardziej.
Klacz bez trudu kroczyła pomiędzy drzewami po nierównym terenie nawet w takim tempie. Raksha zatrzymała się, zerwała szyszkę z pobliskiego drzewa i rzuciła nią w rudą głowę przed sobą.
- Myślałam, że wskrzeszenie to nie ponowne narodziny i nie będę musiała przechodzić przez twój okres dorastania – rzuciła, wyprzedzając klacz. - Jesteś pewien, że go chcesz?
- Niestety tak – odparł Yulan, udając bardzo przygnębionego tym stanem rzeczy, próbując jednocześnie wyplątać długie włosy swojego przyszłego męża spomiędzy łusek szyszki.
Raksha zaśmiała się, jadąc dalej przed siebie. Zostawiła sprzeczającą się parę za sobą. Byli wciąż na tyle blisko, by słyszała ich głosy, jednak nie rozumiała poszczególnych słów. Rozglądała się po lesie, który znała już jak własną kieszeń. Udawała, że szuka ścieżki, która mogłaby ich wyprowadzić z tego boru, ale tak naprawdę jej myśli krążyły wokół całkiem innych rzeczy. Przez ostatnie pół roku jakimś cudem udawało jej się odciągnąć od niewygodnego tematu, jakim były wydarzenia po śmierci Giliana. Wiedziała jednak, że niebawem nadejdzie dzień, w którym będzie musiał poznać prawdę. Naprawdę wolałaby być tą osobą, która mu o wszystkim opowie. Ale jeszcze nie dzisiaj. Być może nawet nie przed tym całym weselem. Dopiero po nim. Czemu miałaby mu zepsuć taki dzień? Tak, to była dobra decyzja. Minie wesele, sytuacja się unormuje, nadejdzie czas rozstania. Wtedy przekaże mu całą historię, wróci mieszkać z Neviną i nigdy więcej nie będą musieli na siebie patrzeć. To brzmiało jak cudowny plan. Cholernie tchórzliwy, za co czuła do siebie pogardę, ale jednak cudowny. Jedyną osobą, poza nią, która znała całą prawdę, była czarownica. A Yulan... no cóż, był całkiem bystry. Pewnie domyślił się jednego czy drugiego, ale nie działał lekkomyślnie, więc nie wprowadziłby zamętu do ich małej grupki z powodu pozbawionych dowodów przypuszczeń. Na razie jej sekret był bezpieczny.
Jechali
cały dzień, z jedną tylko przerwą, by coś zjeść. Dopiero,
kiedy zrobiło się tak ciemno, że nawet elfy przestały widzieć
wiele, zrobili postój na noc. Kiedy rozbijali swój mały obóz,
Yulan szybko rozdzielił zadania między całą trójkę. Na siebie
wziął rozłożenie śpiworów i ugotowanie kolacji, a oni mieli
znaleźć tyle suchych gałęzi, ile tylko dadzą radę. Zabronił im
wracać bez nich, więc Gilian i Raksha zagłębili się między
drzewa, szybko tracąc z oczu drugiego elfa. Przez pewien czas nie
odzywali się do siebie ani słowem, zmęczeni całodzienną podróżą.
Dopiero kiedy oboje mieli już po kilka patyków w ramionach, odezwał
się Gilian:
- Jest coś, o czym muszę ci powiedzieć – brzmiał
bardzo poważnie, na co Raksha stanęła w miejscu i popatrzyła na
niego, dając do zrozumienia, że słucha. - Chodzi o to... o to całe
wskrzeszenie.
Była księżniczka czuła, że serce na moment jej stanęło. Czy jej przyjaciel odczuwał jakieś skutki uboczne? Wcześniej na nic się nie skarżył. A co, jeśli cały rytuał miał tylko krótkotrwałą moc? Jeśli magia to za mało w zamian za życie? Spróbowała wziąć się w garść, by głos jej nie drżał, kiedy mówiła.
- Coś nie tak? Źle się czujesz?
Gilian pokręcił głową, schylając się po następne patyki.
- To nie tak. Wszystko jest w porządku. No... prawie – przerwał na chwilę, próbując znaleźć odpowiednio zwięzłe słowa. - Straciłem niektóre wspomnienia. Niektóre bardziej, niektóre mniej istotne. Przykładowo, wiem kim jest Yulan, wiem, że chcę za niego wyjść i wiem, przez co przeszedł, ale jak go poznałem? Kiedy? W jakich okolicznościach?
Spuścił ramiona, przez chwilę wyglądał na naprawdę pokonanego. Raksha podeszła do niego i złapała jego głowę, zmuszając go, by ją podniósł. Popatrzyła na niego, sama nie wiedziała czy ze złością, że mówi o tym dopiero teraz, czy z współczuciem.
- Od jak dawna? On o tym wie? - wystarczyło jedno spojrzenie w jego oczy, by poznała odpowiedź. - No jasne! - zawołała z oburzeniem, rozkładając ręce, przez co wszystkie zebrane gałęzie wylądowały na ziemi. - Po co miałbyś mówić o takich rzeczach swojemu narzeczonemu, który dodatkowo jest lekarzem? Nie pomyślałeś, że może jakoś by temu zaradził? Na pewno zna pięćdziesiąt sposobów radzenia sobie z utratą pamięci. Musisz go powiadomić, co się stanie, jeśli twój stan zacznie się pogarszać? Zaczniesz stopniowo zapominać różne rzeczy, różne osoby... Chcesz zaryzykować? Nie wiadomo, czy z czasem nie odczujesz innych objawów. Gil, ja wiem, że pewnie jak zwykle nie chcesz nikogo martwić, ale tym razem musisz pomyśleć też o sobie – jej głos nagle złagodniał. - Tak naprawdę nikt nie wie, co jeszcze może ci się przydarzyć. Masz mnóstwo szczęścia, że mamy ze sobą tak zdolnego medyka. Skorzystaj z tego.
Puściła go w końcu i zaczęła zbierać rozrzucone gałęzie. Dłonie lekko jej się trzęsły, ale mimo lekkiego rozdygotania, szybko z powrotem zebrała się w sobie.
- Nie chciałam tak na ciebie naskoczyć. Po prostu bardzo się martwię. W końcu sama cię w to wpakowałam. Nawet nie wiem, czy tego tak naprawdę chciałeś – dodała bardzo cicho. - W każdym razie, wszystkie odczuwane przez ciebie konsekwencje tego rytuału, są na moją odpowiedzialność. Nikt nie chce stracić cię po raz drugi, więc... powiedz mu o wszystkim. Chyba, że ja mam to zrobić.
Gilian przez długi czas stał praktycznie bez ruchu, słuchając uważnie każdego słowa przyjaciółki. Wiedział, że miała rację. Wiedział, że powinien był powiadomić Yulana o swoim stanie, gdy tylko się w nim zorientował. Nie tylko przez wzgląd na jego profesję, ale też dlatego, że przecież planował spędzić u jego boku resztę życia. Trzymanie takich rzeczy w tajemnicy nie wróży dobrze na nową drogę życia. On to wszystko wiedział, ale do ostatniej chwili miał nadzieję, że objawy same ustąpią i nie będzie musiał nikogo martwić. Mylił się. Co prawda na szczęście amnezja się nie pogłębiała, bo wciąż miał czarne dziury w tych samych miejscach, ale od kiedy je odkrył, nie znalazł nic, czym mógłby je wypełnić.
- Wiem... Ja... Powiem mu. Miałem nadzieję, że nie będę musiał, że po jakimś czasie zacznę sobie wszystko powoli przypominać. No i minęło tyle czasu i nic. Przecież on się wścieknie – westchnął. - Ale to na moje własne życzenie, więc nie będę narzekał. Możesz mi tylko powiedzieć, kim do cholery jest Aurel?
Raksha popatrzyła na niego z niewyraźną miną i przygryzła wargę. Ruszyła powoli w stronę, z której przyszli, z nadzieją, że ich znaleziska przypadną Yulanowi do gustu.
- Chciałabym, ale nigdy go nie spotkałam. Znam go jedynie z waszych opowieści. Yulan poznał go na studiach. Są bliskimi przyjaciółmi. To u niego się ukrywał, kiedy... no wiesz, zabili całą jego rodzinę – z ulgą przyjęła fakt, że przynajmniej tej części nie będzie musiała opowiadać, kiedy Gilian tylko pokiwał głową w zamyśleniu. - Jest jednym z książąt na południu. Z racji, że jego ojcu przypadła pod władzę stolica, Aurel odziedziczył ją po nim. Ma pod sobą całkiem spory obszar. Co prawda przez swoje zamiłowanie do sztuki, nie budził większych nadziei jako władca czegokolwiek, ale jak na razie radzi sobie całkiem przyzwoicie. To znaczy, przynajmniej Yulan tak mówi. Coś zaczyna ci świtać?
Elf zamyślił się. Próbował się skupić, by przywołać w pamięci obraz swojego rzekomego przyjaciela, ale mimo jego wysiłków, nic to nie dało. Zerknął na Rakshę kątem oka i pokręcił głową.
- Może pamięć mi się odblokuje, kiedy go zobaczę? Albo Yulan coś wymyśli... Mam nadzieję, bo powoli robi się to męczące, kiedy o czymś opowiadacie, a ja nie mogę się wtrącić, bo nie wiedziałem, że taka rzecz w ogóle się wydarzyła.
Musieli zakończyć rozmowę, bo zbliżyli się do miejsca, w którym zostawili Yulana i konie. Elf kończył właśnie kroić warzywa, które dostali ze spiżarni Neviny i wrzucał je do podróżnego rondelka, wypełnionego wodą. Słysząc ich kroki, szybko podniósł głowę, mocniej ściskając nożyk w ręce, jakby spodziewał się ataku. Widząc, że to jego towarzysze, wyraźnie odetchnął. Rozpalili ognisko, z ulgą ogrzewając się przy gorących płomieniach. Yulan ugotował zupę z warzyw, które dostali od Neviny. Przed snem rozmawiali jeszcze chwilę o swoich planach i wspominali dawniejsze czasy. Zasnęli jednak bardzo szybko, zmęczeni przebytą drogą. Następnego dnia zbudził ich deszcz, padający na nich gęsto z szarego nieba, zebrali więc szybko swoje rzeczy, wsiedli na konie i pojechali przed siebie, w poszukiwaniu jakiegoś schronienia. Las był jednak nieprzenikniony i nie widać było jego końca, a opady tylko się nasilały, utrudniając widoczność. Płaszcze z kapturami dawno im przemokły, a konie coraz częściej ślizgały się po rozmokłej ziemi. Raksha zaczęła przeklinać w myślach po raz kolejny swój niemagiczny stan. Wcześniej mogła z łatwością przesunąć burzowe chmury w innym kierunku albo utworzyć nad nimi barierę, która odpychałaby krople deszczu. Bycie zwykłym człowiekiem coraz bardziej dawało jej się we znaki i miała wrażenie, że z każdym dniem nienawidzi tego stanu jeszcze mocniej. Cała trójka miała kompletnie zepsuty humor, którego nie poprawiło nawet słońce, które wyszło zza obłoków w samo południe. Nie zatrzymali się jednak na popas, mając nadzieję, że dzięki zaoszczędzeniu czasu uda im się dotrzeć do miasteczka, które według Neviny leżało jakieś 2 dni drogi od jej wioski. I rzeczywiście, dzień zaczął chylić się ku zachodowi, a ich oczom ukazał się wysoki płot z drewnianych belek, ogradzający pierwszy cel ich podróży. W swoim planie numer jeden zamierzali zatrzymać się tu na krótką chwilę, jedynie po to, by zorientować się co do kierunku ich dalszej wędrówki i wymienić nieco kosztowności, które Raksza wciąż miała ze sobą, na rzeczywiste pieniądze. Nie wątpili, że te w końcu się przydadzą, a przez płacenie za wszystko klejnotami, prędko by zbankrutowali. Teraz jednak postanowili tu przenocować. Bramy okazały się otwarte, a strażnik, który jej pilnował, wpuścił ich do środka bo pobieżnym przepytaniu. Najwięcej pytań miał do Giliana z powodu dwóch wielkich mieczy, które ten zawsze ze sobą nosił. Trudno było go przekonać, że to wyłącznie ze względów bezpieczeństwa, a nie chcący się kłócić elf, zaproponował, że może oddać je na noc strażnikowi, a zabierze je z powrotem następnego dnia, gdy będą opuszczać miasto. Dopiero wtedy wartownik ustąpił im miejsca, całkowicie nieświadomy tego, ile mniejszych ostrzy Gilian skrzętnie ukrył w różnych fragmentach swojego odzienia.
Po przekroczeniu bramy, cała trójka zaczęła się rozglądać po najbliższej okolicy. Główna ulica była szeroka, wybrukowana szarą kostką. Pięła się lekko w górę, a w równych odstępach rozdzielała się na poboczne dróżki. Budynki przy samym wejściu nie wyglądały specjalnie zachęcająco, wykonane ze zwykłego kamienia, z dachem z czerwonej dachówki i drewnianymi okiennicami. Większość miała co najmniej jedno piętro, a gdy szli dalej, architektura niewiele się zmieniła. Ludzie patrzyli na nich z widoczną podejrzliwością, a dzieci pokazywały sobie palcami, jak jakąś turystyczną atrakcję. Z kilku stron dosłyszeli parę nieprzyjemnych komentarzy i Yulan musiał popchnąć ich w jakąś mniej uczęszczaną uliczkę, wiedząc, że w przeciwnym wypadku skończy się to bójką. Dopiero, gdy całkiem stracili z oczu tłum gapiów, odetchnęli i popatrzyli po sobie.
- Nie ma to jak ciepłe powitanie – skomentował Gilian, mierząc spojrzeniem dwie młode dziewczyny, idące drugą stroną ulicy.
Jedna pokazała go drugiej, pomachały mu i zaśmiały się perliście. Nim skręciły w lewo, obejrzały się na niego ostatni raz.
- Mówisz masz – odparł Yulan, krzywiąc się lekko. - Nie ma sensu się denerwować. Chcecie, żeby nas stąd wyrzucili? Jakby ten dzień już i tak nie dał nam w kość.
Raksha niechętnie musiała przyznać mu rację. Była przemoczona, zmęczona i wygłodniała. Awantura z jakimś motłochem tylko pogorszyłaby jej nastrój. Westchnęła, zdejmując z siebie ociekający wodą płaszcz i wykręcając go.
- Chodźmy stąd. Muszę zdobyć normalne pieniądze, a potem może uda nam się znaleźć jakiś nocleg.
Co prawda do tego drugiego nie podchodziła zbyt optymistycznie po takim przyjęciu, ale wciąż wolała spróbować. Zawiązała płaszcz na swojej torbie i ruszyła przed siebie.
- To powinno być gdzieś niedaleko. Był drogowskaz... - zaczął Yulan, rozglądając się po szyldach. - O, jest!
Gilian obejrzał się na niego. Stał przed solidnie wyglądającym, kwadratowym budynkiem ze szklaną witryną, przez którą widać było pracującego tam mężczyznę. Wydawało się, że szykuje się do zamknięcia, więc elf bez namysłu otworzył drzwi, co przykuło uwagę pracownika.
- Dobry wieczór, czym mogę pań... - patrzył na nich przez dłuższą chwilę, zmarszczył krzaczaste brwi i prychnął. - Zamknięte.
Raksha zdążyła już zanurkować ręką w otchłań swojego bagażu, w poszukiwaniu sakiewki, w której trzymała klejnoty. Słysząc ostatnie słowo, zatrzymała się, patrząc na niego z niedowierzaniem. Nim zdążyła się odezwać, do akcji wkroczył Gilian. Oparł się rękami o ladę, która aż zatrzeszczała pod jego ciężarem, nachylił się nad wyglądającym na dużo mniejszego mężczyzną i uśmiechnął.
- Spokojnie, staruszku – zaczął zwodniczo przyjaznym tonem. - Chcemy załatwić tylko jedną drobną sprawę. Nie zajmie ci to wiele czasu.
Wyciągnął rękę w stronę Rakshy, a ta szybko położyła na niej skórzany woreczek. Otworzył go i wyjął z niego pierwszy lepszy kamień. Sprawny wzrok pracownika natychmiast wyliczył, ile ten może na nim zarobić, ale wystarczyło mu jedno spojrzenie na elfy, a na jego twarz wrócił wyraz pogardy. Otrzepał się z niewidocznego kurzu i pokręcił głową, bezradnie rozkładając ręce.
- Przykro mi, ale na dzisiaj już skończyłem pracę. Jutro z rana muszę załatwić mnóstwo ważnych spraw, więc także będzie nieczynne. Musicie znaleźć inny salon – odchrząknął, próbując odsunąć się od napierającego coraz bardziej Giliana, ale wpadł na kredens za sobą. - Zapraszam do wyjścia.
Pokazał im drzwi, a potem odwrócił się tyłem, najwyraźniej chcąc wspiąć się po schodach, prowadzących na piętro. Raksha spojrzała na Yulana, a widząc, że ten tylko wzruszył ramionami, stanęła obok przyjaciela.
- Nie tak prędko – odezwała się głośno i wyraźnie, na co mężczyzna popatrzył na nią przez ramię. - Kiedy tu weszliśmy, chciałeś zapytać, w czym możesz nam pomóc. W takim razie nam pomożesz. Jakbyś przestał zachowywać się jak... - złapała się u nasady nosa, próbując się uspokoić. W ten sposób nic nie osiągnie. - Załatwmy to jak cywilizowani ludzie. My damy ci ten oto śliczny kamyczek, a ty wydasz nam jego równowartość w tutejszej walucie. Za dwie minuty już nas nie będzie, a jutro o wszystkim zapomnisz. To jak?
Mężczyzna przed nią wyglądał jakby miał odmówić po raz kolejny, ale popatrzył na Giliana. Jego potężna postura, wzrost, dzięki któremu górował nad prawie wszystkimi ludźmi i coraz bardziej zirytowana mina skutecznie zniechęciły go do dalszego upierania się przy swoim. Wydał z siebie odgłos zniecierpliwienia, skrzywił się i wyciągnął rękę po połyskujący, zielony kamień. Zacisnął na nim palce, zniknął na dłuższą chwilę za przepierzeniem, a potem wrócił, niosąc w ręce małą sakiewkę, po brzegi wypełnioną monetami. Z wyraźnym niezadowoleniem położył ją na ladzie i przesunął w stronę Rakshy. Ta otworzyła ją, by sprawdzić zawartość.
- Nie był fałszywy – odezwał się mężczyzna. - Ale więcej ode mnie nie dostaniecie. No, macie, co chcieliście, a teraz wynocha stąd!
Gilian już rwał się do powiedzenia mu paru nieprzyjemnych słów, ale Yulan złapał go za rękę i szybko wyprowadził. Raksha zabrała pieniądze i wychodząc, zamknęła za sobą drzwi. Popatrzyła na swoich towarzyszy ze zmęczeniem, wiedząc, że to dopiero początek ich małej przygody w tym mieście.
- Przyjemniaczek – skwitował Gilian. - Jeśli każdy tutaj zachowuje się tak samo w stosunku do obcych, to nic dziwnego, że turystyka w tym rejonie praktycznie nie istnieje.
Jego narzeczony też nie wyglądał na szczęśliwego. Ścisnął mocniej jego dłoń, próbując go w ten sposób uspokoić przynajmniej odrobinę.
- Spokojnie. Jutro nas tu nie będzie. Musimy tylko znaleźć jakieś miejsce do spania. Nie będzie tak źle. Pewnie mają tu chociaż jeden przyjazny kącik dla wędrowców.
Ale nawet on zaczął wątpić w odwrócenie się złej passy, kiedy wyrzucili ich z piątego z kolei przyjaznego kąciku. Zdążyła zapaść już ciemna noc, oni byli coraz bardziej zmęczeni i głodni, a do tego dochodził przymrozek, który nadszedł wraz ze zmierzchem.
- Dawno już nie rozważałam ludobójstwa – skomentowała Raksha, drżąc z zimna na całym ciele, kiedy stanęli bezradnie w przemoczonych ubraniach na środku drogi.
Obrzuciła wściekłym spojrzeniem gospodę, z której chwilę wcześniej zostali siłą wyprowadzeni przez właściciela lokalu. Kopnęła kamień, który znalazł się na jej drodze i westchnęła.
- Dawno? To znaczy, że już kiedyś rozważałaś? - zapytał Yulan, równie zaintrygowany co zaniepokojony.
- No pewnie. Jak pracujesz z ludźmi, takie myśli to część pracy – wzruszyła ramionami.
- No nie wiem. Ja też pracuję z ludźmi, a nigdy o tym nie myślałem.
Raksha zmierzyła go spojrzeniem i uśmiechnęła się przekornie.
- Może dlatego, że część z nich i tak umiera – zaśmiała się cicho, a potem zawołała: - Gil, co robimy?! Zaraz tu przymarzniemy, jak będziemy tak stać!
Elf, który nieco ich wyprzedził, rozglądając się po okolicy, machnął na nich ręką, wołając ich do siebie. Pokazał coś za zakrętem, naprzeciw którego stał. Byli już praktycznie na obrzeżach miasteczka, więc wszystkie atrakcje, o ile jakieś tu były, mieli już dawno za sobą. Uliczka, którą teraz szli wyglądała na jedną z bardziej zaniedbanych i biednych. Była brudna i śmierdziało na niej mnóstwem rzeczy, o których Raksha wolała zbyt długo nie rozmyślać. Tym bardziej była ciekawa, co interesującego Gilian mógł znaleźć w takim miejscu. Podeszła do niego szybko razem z Yulanem i popatrzyła we wskazywanym kierunku. Okazało się, że miała przed sobą ślepy zaułek, na końcu którego ktoś postawił sporych rozmiarów gospodę. Jej nazwy ciężko było się domyślić – szyld został zerwany i ze ściany wystawał tylko metalowy pręt, na którym ten niegdyś wisiał. Nie zmieniało to jednak faktu, że wnętrze wypełnione było ludźmi i ciepłym żółtym światłem. Przez otwarte drzwi dochodziła muzyka, śpiew i śmiechy, więc już samo to wystarczyło za zachętę. Cała trójka podeszła do wejścia, uznawszy, że tak czy inaczej, to ich jedyne rozwiązanie. Przed samymi drzwiami stały dwie kobiety w wymyślnych fryzurach, ubrane w suknie, które odsłaniały zbyt wiele ciała jak na tę porę roku i dnia. Rozmawiały ze sobą, co jakiś czas popalając długie fajki, trzymane w dłoniach odzianych w eleganckie rękawiczki.
Obok wejścia natknęli się na trzech młodych chłopców, którzy odebrali od nich konie, obiecując zapewnić im jak najlepszą opiekę. Potem minęli prostytutki, które uśmiechnęły się do nich zalotnie, ale szybko przekroczyli próg budynku, nie mając ochoty wdawać się w żadne pogaduszki.
- Co to za miejsce? - jęknął Yulan, oglądając się przez ramię. Najwidoczniej był w wielkim szoku. - Chyba nie mamy tu czego szukać.
- My? Rozejrzyj się, idealnie tu pasujemy – zaśmiał się Gilian, skacząc wzrokiem po najbliżej siedzących osobach.
Sala była spora, przy każdym ze stołów siedziało po kilku ludzi i większości czegoś brakowało. Jedni nie mieli nogi, drudzy stracili ucho, a trzeci parę palców u ręki. W kącie siedziała podstarzała kobieta, ubrana w zwiewne chusty, a na blacie przed nią rozłożone były karty. Mówiła coś przyciszonym głosem temu, który siedział przed nią. Kiedy wchodzili, popatrzyła na nich dłuższą chwilę i wróciła do swojego zajęcia. Najwięcej śmiechu dochodziło ze stołu przy samym wejściu, gdzie siedziała grupka mężczyzn, a największy z nich wszystkich opowiadał dowcipy, w czym nie było w stanie przeszkodzić mu nawet jąkanie się. Wszyscy tu byli różni – różny wzrost, waga, płeć, pochodzenie, kolor skóry – ale wszystkich łączyło jedno, byli dziwakami, wyrzutkami społeczeństwa. Yulan mimo wszystko nie wyglądał na przekonanego.
- Jesteś pewien?
- Czemu nie? Jeszcze nikt nas nie wyrzucił – Gilian wzruszył ramionami i ruszył w stronę baru.
Barman, którego tam zastali, miał ciemną skórę, krótko ścięte włosy i kolczyki w długich, spiczastych uszach, które nadawały mu zawadiackiego wyglądu. Ubrany był w białą koszulę z podwiniętymi rękawami i szary, zachlapany piwem fartuch. Czyścił akurat kufle, kiedy do niego podchodzili. Na ich widok uśmiechnął się szeroko, jak do starych dobrych znajomych i przywołał ich machnięciem ręki. Popatrzyli po sobie, a zachęceni takim powitaniem, usiedli na wolnych miejscach przy barze.
- Potrzebujemy dwóch pokoi na jedną noc – powiedział Gilian, przyglądając się drugiemu elfowi.
Zauważył, że na jego szyi zawieszony jest rzemyk z przezroczystym białym kamieniem, w którym utrwalono liście paproci. Uśmiechnął się pod nosem i dodał kilka słów w szorstko brzmiącym języku, który dla większości ludzi brzmiał agresywnie, bez względu na to, czy mówiło się komplement, czy życzyło śmierci. Barman przyjrzał mu się i wciąż bardzo uradowany, roześmiał się perliście.
- Venääd eru terre tullêmast gani mii. Mano navner Fergas – odpowiedział, kiwnąwszy głową w stronę obu elfów, a następnie zwrócił się do Rakshy: - Ciebie również miło mi gościć, tajemnicza towarzyszko moich braci.
Była księżniczka została nagle wyrwana ze swoich rozmyślań. Próbowała rozszyfrować jakie uwagi wymienili między sobą chwilę temu, ale chociaż słyszała Giliana rozmawiającego w swoim rodzimym języku setki razy, nigdy nie przyszło jej do głowy, by spróbować się z nim zapoznać. Szybko wróciła do rzeczywistości. Przedstawiła się uprzejmie, a potem wyjęła z torby sakiewkę, w której trzymała pieniądze. Zapłaciła za wynajem oraz krótką instrukcję, jak trafić do swoich pokoi. Podziękowali mu, a potem zamówili trzy porcje jedzenia. Barman obiecał się pospieszyć, a w trakcie, kiedy ich posiłek był przygotowywany, poszli znaleźć sobie wolny stół. Czuli na sobie wzrok wielu ludzi, ale w odróżnieniu od poprzednich miejscówek, tu nie wywoływali pogardy czy nienawiści, a zaciekawienie. Byli przekonani, że nieczęsto pojawiają się tu nowe twarze. Usiedli pod ścianą, stolik dalej od starszej kobiety, która wcześniej wróżyła z kart. Teraz siedziała całkowicie skupiona na swoim gorącym napoju, którego para buchała jej w twarz. Byli zbyt zmęczeni, by rozmawiać na jakiś konkretny temat, więc rozłożyli się jak najwygodniej, słuchając gwaru rozmów dookoła siebie i rozkoszując się ciepłem panującym w środku.
Zjedli w ciszy i chociaż zmęczenie okropnym dniem i długą podróżą tylko się wzmogło, humory mieli już dużo lepsze. Gilian i Raksha nawet dali się namówić na kilka kolejek gry w kości z podstarzałym mężczyzną, którego chwilę wcześniej opuścili towarzysze. Udało im się wyciągnąć nieco informacji o aktualnej sytuacji w mieście, kiedy napomknęli o swoich przygodach. Okazało się, że od pewnego czasu większą władzę od burmistrza, posiadają duchowni, którzy szybko i sprawnie owinęli sobie bardziej wpływowe osobistości wokół palca. Rozpoczęli indoktrynację od powolnego wpajania ludziom, że dotąd wszyscy żyli w brudzie, poprzez mieszanie się z innymi rasami i jedyną drogą, która doprowadzi ich do oczyszczenia, jest oddawanie czci ich bogu. Nie skończyli jednak na tym, ich następnym krokiem było zastraszanie tych samych ludzi wszystkim, co było inne niż oni. Czy twój mąż pochodził z kraju za bardzo wysuniętego w którąkolwiek stronę świata? Był brudny i powinnaś się wstydzić, że związałaś losy swojej rodziny z kimś takim. To przecież dzikusy. Jeśli twoja przyjaciółka za bardzo lubiła spędzać swój czas na łonie natury, rozmawiała ze zwierzętami, przytulała się do drzew i, co najgorsze, miała uszy dużo dłuższe od przeciętnych, powinieneś jak najszybciej porzucić tę znajomość! Nigdy nie wiadomo, kiedy taka szalona istota ściągnie na nas jakieś niebezpieczeństwo. Z początku mało kto w to wierzył, ale z im większym uporem powtarzano takie treści, tym większe były efekty. Początkowo kończyło się na wytykaniu palcami, na paru głupich, opartych na obrzydliwych stereotypach żartach. Jednak w końcu nadszedł moment, w którym sam burmistrz zarządził, że każdy, kto nie wpisuje się w model wzorowego obywatela, stanowi potencjalne zagrożenie dla miasta, tradycji i bezpieczeństwa. Te słowa zwolniły ostatnią blokadę, która powstrzymywała zmanipulowanych ludzi od przemocy. Dokonano wielu napaści, a kiedy wszystkie te ataki obyły się bez echa, posunięto się do gorszych czynów. Wszystko to odbywało się w bezrozumnej wierze w rzekomą czystość, do której jedyną drogą jest tępienie i pozbywanie się wszystkiego, co było inne.
Chociaż Gilian przez większość czasu zdawał się bardziej skupiony na grze, niż na słuchaniu opowieści, Rakshy nie umknęły jego mocniej zaciskające się pięści, pociemniałe spojrzenie i raz po raz przygryzana warga. Ktoś mógłby pomyśleć, że po prostu stresuje się przegraną trzecią z rzędu kolejką, ale prawda była jednak inna. Szybko skończyli ostatnią rundę, podziękowali za rozrywkę i udali się do swoich pokoi. Dopiero na szczycie schodów, była księżniczka odezwała się:
- Czy to możliwe, że to znów oni? Myślałam, że wszystkich zabiłeś.
Elf popatrzył na nią z irytacją, jakby myślał, że ma do niego pretensje za spartaczoną robotę.
- Też tak myślałem – wzruszył ramionami. - Ale kiedy teraz o tym myślę... ciężko było stwierdzić to z całą pewnością. Było ciemno, wszędzie leżały trupy, śmierdziało krwią... a ja byłem jak w transie. Jeśli komuś udało się uciec, musiał mieć naprawdę mnóstwo szczęścia. Teoretycznie jest to możliwe, zwłaszcza, że sposób działania mieli identyczny jak tutaj.
Przeszli parę metrów, które dzieliły ich od pokoi. Raksha położyła rękę na klamce, ale nim ją nacisnęła, chciała jeszcze o coś zapytać.
- Zatrzymamy się tu dłużej? Chcesz to sprawdzić?
Gilian pokręcił głową. Spojrzał na nią oczami, które teraz były już całkiem spokojne.
- Nie. Nie zrobiłem tego dla dobra ludzkości. To były prywatne porachunki. Poza tym mam teraz swoje sprawy na głowie. Wiesz... chyba nie chciałbym zaczynać drugiego życia od kolejnej rzezi.
Chociaż nie spodziewała się takiej odpowiedzi, kamień, o którym nawet nie wiedziała, spadł jej z serca. Z zadowoleniem zdała sobie sprawę, że jej przyjaciel nie cierpi już na jakiś dziwny syndrom wybawiciela. Kiedyś pierwszy gnał na pomoc komukolwiek, kto był w potrzebie, jakby z przekonaniem, że sam jeden jest w stanie zwalczyć całe zło świata. Jakby nie było, takie myślenie doprowadziło do jego śmierci. Raksha ucieszyła się, że w końcu zaczął myśleć o sobie, choć szkoda było, że musiało do tego dojść dopiero po takich wydarzeniach.
- Dobrze to słyszeć – uśmiechnęła się. - W takim razie śpij dobrze. Co prawda nie musimy wyruszać o świcie, ale i tak lepiej się pospieszyć. Wątpię, że ktoś chciałby zostać w tym miejscu na dłużej.
Weszła do swojego pokoju, który był umeblowany nieco lepiej od ostatniego, w którym była. Poza łóżkiem znajdowała się tam jeszcze mała szafka, na którą do razu odłożyła swoje rzeczy oraz spora drewniana miska, wypełniona ciepłą wodą. Z ulgą zdjęła z siebie ubranie, które odwiesiła na poręczy łóżka i zaczęła się myć. Obok miski złożono ręcznik, więc po wszystkim szybko się wytarła i położyła do łóżka. Nie miała siły, by po sobie posprzątać i zasnęła prawie od razu po tym, jak złożyła głowę na poduszce.
Następnego dnia zaraz po założeniu na siebie suchych już ubrań, zajrzała do pokoju swoich towarzyszy, ale był pusty. Zdając sobie sprawę, że prawie zawsze budzili się dużo szybciej od normalnego człowieka, bez względu na godzinę, o której zasypiali, skierowała się na dół, do znajomej już z wczoraj sali. Teraz wyglądała dziwnie, praktycznie opustoszała, nie licząc Fergasa, opierającego się o kontuar i jej przyjaciół, którzy o czymś z nim dyskutowali w swoim własnym języku. Słysząc jej kroki cała trójka nagle umilkła i zwróciła swoją uwagę na nią. Poczuła się trochę niezręcznie, jakby została przyłapana na gorącym uczynku lub jakby ktoś właśnie nieźle obsmarował jej plecy.
- Dzień dobry! Czyż nie jest dzisiaj pięknie? - zawołał właściciel przybytku, uśmiechając się do niej szeroko. - Siadaj, zaraz podam ci śniadanie. Mam nadzieję, że dobrze ci się spało. Prawdę mówiąc dawno nikt w tych pokojach nie sprzątał. Raczej nie mamy tu turystów, więc się ich nie spodziewaliśmy. Mimo to naprawdę miło zobaczyć nowe twarze, posłuchać trochę co słychać w dalekim świecie... Ach, właśnie, mówiłem właśnie twoim towarzyszom, że zanim na stałe tu osiadłem, dużo podróżowałem. Głównie dla samej przygody, szukałem tego dreszczyku emocji, sama rozumiesz. W wolnych chwilach zajmowałem się rysowaniem mapy, a że mam niezłe oko i dobrą pamięć, wyszła całkiem rzetelnie. Myślę, że może wam się przydać, skoro wyruszacie na północ, nie znając dokładnej i, co ważniejsze w tych czasach, bezpiecznej drogi.
Raksha usiadła, wciąż lekko otumaniona i nie do końca rozbudzona. Minęła chwila, nim cały słowotok dotarł do jej mózgu. Była lekko przytłoczona ilością informacji i zdegustowana żywotnością swojego rozmówcy. Chyba powinnam przywyknąć, pomyślała, widocznie każdy elf to cholerny ranny ptaszek.
- Och... Tak. Jasne – mruknęła – To znaczy, dziękuję. To bardzo hojne z twojej strony. Jest coś, co możemy dla ciebie zrobić w zamian?
Jakby nie było, taka dodatkowa pomoc nie leżała w zakresie jego usług, Raksha pomyślała więc, że Fergas będzie chciał, by wykonali dla niego jakieś zadanie. Zwykle nie spotykali na swojej drodze zbyt wiele bezinteresownych osób.
- Nie ma o czym mówić – machnął ręką i wszedł do kuchni na tyłach. Po chwili wynurzył się, niosąc miskę pełną parującego jedzenia, na które składały się głównie warzywa, kasza i grzyby – Mi i tak już do niczego się nie przyda, więc przynajmniej wy skorzystacie.
Wciąż nie będąc do końca przekonaną, kiwnęła głową i zajęła się swoim jedzeniem. Skąd w nim tyle dobroci, zwłaszcza, że żyje akurat w tym mieście? Normalnie ludzie przecież gorzknieją i tracą cały swój optymizm, kiedy spotykają się z ciągłą dyskryminacją i opresjami. I czemu powiedział, że mapa mu się nie przyda? Naprawdę chciał tu zostać? W końcu doszła do wniosku, że to nie jej sprawa i powinna po prostu skorzystać z okazji, zwłaszcza że wątpiła, że los uśmiechnie się do nich w najbliższej przyszłości. Zabawili tam jeszcze jakieś pół godziny, zostawili trochę pieniędzy w podziękowaniu za gościnę i wreszcie wyruszyli w dalszą podróż. Z zakupami odzieżowymi uporali się najszybciej jak to było możliwe, chcąc prędko znaleźć się poza murami miasta. Co prawda właściciel salonu próbował utrudnić każdą najmniejszą interakcję w każdy możliwy sposób, nie dali się wyprowadzić z równowagi, starając się ograniczyć sobie problemy. Odetchnęli dopiero dobre paręnaście metrów po tym, jak drewniane ściany miasteczka zniknęły im z oczu. Szli cały czas skrajem lasu, chcąc nacieszyć się ciepłymi promieniami słońca po wczorajszej tragicznej pogodzie. Wreszcie zatrzymali się, przywiązali konie do drzew i usiedli na omszałych głazach, chcąc wreszcie przyjrzeć się mapie. Była narysowana na materiale, który czasy swojej wspaniałości dawno miał już za sobą. W paru miejscach była wytarta do tego stopnia, że trudno było domyślić się nazw różnych miejsc. W innych miała maleńkie dziury. Niemniej jednak dało się wyciągnąć szkic tego kawałka świata, który zwiedził Fergas. Chwilę zajęło im odkrycie swojej lokalizacji, a jeszcze dłuższą wyznaczenie najkorzystniejszej trasy, razem z miejscami, w których będą się zatrzymywać. Kiedy doszli w końcu do wspólnego porozumienia, które Yulan i Raksha za wszelką cenę starali się uniemożliwić, zaczęło im burczeć w brzuchach.
- Na bogów, jakim cudem ja jeszcze z wami nie oszalałem? - zapytał Gilian, wyglądający jakby rzeczywiście był na skraju postradania zmysłów. - Trudno sobie wyobrazić, że wcześniej udało wam się współpracować. Idę się przejść, poszukam trochę drewna, może znajdę coś suchego. Idę sam. Muszę odpocząć od waszego jazgotu. Jesteście niemożliwi!
Z tymi słowami rzucił mapę na bagaże, wstał i energicznym krokiem oddalił się w stronę drzew. Po chwili zniknął między nimi, a razem z nim jego ciche podśpiewywanie. Raksha i Yulan patrzyli na jego plecy, nie odzywając się ani słowem.
- Myślisz, że przesadziliśmy? Nigdy się tak nie zachowywał – elf przerwał ciszę.
- Nieee – Raksha machnęła ręką i wystawiła buzię do ostatnich promieni słońca. - To pewnie nic takiego. W każdym razie ja dalej myślę, że powinniśmy zatrzymać się w jakimś większym mieście chociaż na chwilę. Przecież nie wyczaruję wam prezentu ślubnego z powietrza.
Usłyszała ciche jęknięcie człowieka zmęczonego życiem, nie zwiastujące nic dobrego. Otworzyła oko i zobaczyła, że Yulan stał nad nią ze skrzywioną miną i skrzyżowanymi na piersi rękami.
- I zmarnować cały dzień? Wiem, że właściwie nam się nie spieszy, ale to jeszcze nie powód, by wszystko opóźniać. Poza tym możesz coś kupić w Pagaraal. To stolica. Wszystko tam znajdziesz. Naprawdę chciałbym przybyć tam przed letnim przesileniem. To idealna data na ślub, poza tym zbiega się ze świętem miłości i... - urwał szybko, zdając sobie sprawę, że prawdziwy powód jego sprzeciwu wyszedł na światło dzienne, jednocześnie dając Rakshy amunicję do kolejnych złośliwych docinek. Westchnął – Nieważne. W każdym razie nie widzę problemu w tym, żebyś poszła na zakupy właśnie tam. Idę nakarmić konie.
Zdawał sobie sprawę z tego, jak idiotyczna była to wymówka, biorąc pod uwagę, że konie cały czas pasły się na świeżej trawie i nie wyglądały na wygłodniałe, ale zwyczajnie chciał przez chwilę pobyć sam. Zawsze opuszczała go cała pewność, kiedy odkrywał przed kimś swoje prawdziwe uczucia, a teraz zrobił to przy kimś, kto nie przepuści okazji, by mu dopiec. Jakby było coś dziwnego w tym, że kocha swojego przyszłego męża! Zrobił zaledwie parę kroków, kiedy zatrzymało go krótkie pytanie:
- Czemu nie powiedziałeś tego wcześniej? - oraz szybko dodane: - Myślałam, że jak zwykle masz trzy kije tam gdzie światło nie dochodzi i po prostu robisz mi na złość. Ale w takim razie nie mam nic przeciwko. Postaram się o jak najmniejsze opóźnienia, żebyście mogli się pobrać w tym idealnym terminie. Panie romantyku od siedmiu boleści.
Przygryzła wargę. To ostatnie mogła sobie darować. Z drugiej strony Yulan nie był znowu takim paniczykiem, żeby wziął to do siebie. Też przecież umiał się odgryźć.
- Nie chciałem, żeby słyszał takie rzeczy. Robi się wtedy trochę za bardzo entuzjastyczny – wytłumaczył elf, wracając na swoje miejsce.
Wyjął kolejną porcję suszonych warzyw i dwa małe, drewniane pudełeczka. Wziął się za krojenie, a Raksha, nie próbując nawet udawać pomocnej, wyciągnęła się trochę wygodniej i ziewnęła.
- To przecież twój przyszły mąż. Co byłoby w tym dziwnego, gdybyś mu to powiedział?
Nie dostała żadnej konkretnej odpowiedzi poza niejasnym pomrukiem, więc nie drążyła tematu. To w końcu nie jej sprawa jak wyglądał ich związek od bardziej prywatnej strony. Z resztą, szczerze mówiąc, raczej wolała nie wiedzieć. Samo myślenie o tym, jak spędzają swój czas sam na sam powodowało u niej chłodne dreszcze. Raz przypadkiem natknęła się na nich, kiedy Nevina wysłała ją do kurnika po świeże jajka. Stali parę metrów za tylną ścianą jej chatki, dużo bliżej siebie niż zwykle. Trzymali się za ręce, Yulan szeptał coś na ucho Gilianowi, którego wzrok z sekundy na sekundę robił się coraz bardziej rozmarzony. Wycofała się szybko, najciszej jak potrafiła, nie chcąc im przeszkadzać i jednocześnie mając nadzieję, że nigdy więcej nie zobaczy takiej miny na twarzy swojego przyjaciela. Co prawda była szczęśliwa, że wszystko tak się potoczyło – w końcu to był jeden z motywów jej wcześniejszych działań – jednak zdecydowanie wolała oszczędzić sobie wpadania na tak prywatne chwile z ich życia.
Chwilę później wrócił Gilian z naręczem suchych gałęzi i w towarzystwie kilku leśnych zwierzątek. Na jego ramieniu siedziała wiewiórka, której futerko prawie pokrywało się kolorystycznie z jego włosami. Wyciągnęła się na tylnych łapkach, rozglądając się dookoła, a kiedy zobaczyła towarzystwo, szybko czmychnęła pod bujną czuprynę swojego nowego opiekuna. Dookoła elfa latały trzy ptaszki, każdy w innym upierzeniu, od szarości, przez delikatny róż, po brąz. Kiedy Gilian znalazł się dostatecznie blisko, okazało się, że razem z nim maszerowały także dwa jeże i jeden duży zając, który kicał bez przerwy między jego nogami. Cudem chyba tylko udało mu się dotrzeć na miejsce i nie wybić zębów ani nie rozdeptać pełnego energii zwierzaka. Schylił się, upuszczając zebrane gałęzie i uśmiechnął się szeroko. Sięgnął ręką do tyłu, a kiedy ją wyciągnął, na dłoni siedziała mu malutka wiewiórka. Przebiegła mu po kończynie w tę i z powrotem, a następnie znów usadowiła się w swoim ulubionym miejscu na ramieniu.
- Chyba mam nowych przyjaciół – powiedział beztrosko i rozsiadł się na ziemi.
Raksha bardzo chciała podejść i pogłaskać te małe istotki, ale wiedziała, że kiedy tylko się zbliży, uciekną. Były przyjacielskie wyłącznie w stosunku do elfów, które z taką samą łatwością z jaką zdobywały zaufanie zajęcy, potrafiły poskromić rozszalałego niedźwiedzia, kiedy zaszła taka potrzeba. Zerkała z lekką zazdrością na swoich towarzyszy, bawiących się w najlepsze ze zwierzątkami, a sama wzięła się za rozpalenie ogniska. Zajęło jej to całkiem sporo czasu, gdyż nigdy wcześniej nie musiała tego robić. Widziała tylko raz, jak ktoś to robił – Yulan, dwie noce temu. Zwykle, podczas dłuższych podróży używała po prostu swojej magii, by wzniecić ogień, teraz jednak napotkała problemy. Pocierała kamienie o siebie bez większego skutku i kiedy piąty raz powtarzała sobie w myślach, że jeśli teraz jej nie wyjdzie, to ciśnie nimi najdalej jak potrafi i pójdzie spać głodna, w końcu poleciały pierwsze iskry. Niedługo potem nad ogniskiem gotowała się warzywna zupa.
Powoli mi się to nudzi, pomyślała, cały czas jemy to samo. Moglibyśmy upolować jakiegoś ptaszka czy rybę, chciałabym poznać smak mięsa. Wiedziała jednak, że za samą aluzję do zrobienia czegoś takiego, czekałabym ją dwugodzinna pogadanka na temat tego dlaczego nie mogą zabijać zwierząt, a tym bardziej ich jeść. Znała ją świetnie z poprzedniej wyprawy z Gilianem, kiedy zapytała go, czemu ciągle je samą zieleninę. Trochę męczył ją taki przymus dostosowania się do innych, bo wcześniej robiła co chciała, lub po prostu nie musiała się martwić takimi rzeczami. Zamieszała zupę i dopisała ten problem do coraz dłuższej listy przykrych rzeczy, do jakich musiała przywyknąć po utracie swoich mocy. Z nieprzyjemnych rozmyślań wyrwał ją Yulan, szturchając ją i wciskając w rękę małe naczynko, które kojarzyła z jego podręcznej apteczki. Po znajomym zapachu od razu rozpoznała tę samą miksturę, którą podawał jej codziennie, a która rzekomo miała ją wzmocnić. Co prawda upierała się, że jej nie potrzebuje, ale Yulan, nie będąc w stanie wykonać wszystkich potrzebnych badań, nie wiedział jakie straty poczyniły się w jej organizmie.
- Wiem, że tego nie lubisz, ale wypij. Czujesz się lepiej, prawda?
Czuła się wyłącznie niezręcznie, słysząc słowa pełne troski akurat od niego. Przyjacielskie przekomarzanki czy dręczenie się nawzajem potrafiła znieść bez problemu, ale to?
- Tak, dzięki wielkie – uśmiechnęła się z wdzięcznością, wypijając pierwsze łyki. - Właściwie chciałam cię o coś zapytać. Czy to o – poruszyła ręką z medykamentem – może przynieść jakieś skutki uboczne?
Spojrzał na nią lekko zaskoczony takim pytaniem i potrząsnął głową.
- Nie, jest bezpieczne. Poprzednia wersja, dużo bardziej wzmocniona... dawałem ci ją na początku, możesz nie pamiętać, bo prawie cały czas spałaś... mogłaby wywołać różne reakcje alergiczne, nudności, wysypkę, ale tylko przy dłuższym stosowaniu. Dlatego zacząłem przygotowywać łagodniejszą wersję, kiedy tylko wróciły ci siły. Po tym możesz co najwyżej dostać biegunki, ale musiałabyś wypić jakieś trzy porządne dzbanki.
Słuchając tych wyjaśnień, wpadła na pewien pomysł. Co prawda nie wiedziała, czy Gilian już zdążył powiedzieć mu o swoim problemie z pamięcią, ale można zacząć nad tym pracować trochę wcześniej, prawda?
- Przydatnych rzeczy uczą na tym uniwersytecie – zauważyła. - Masz jakieś ciekawe wspomnienia z tamtego czasu? Upierdliwych profesorków? Oblane egzaminy? Wymykanie się nocą na potajemne schadzki?
Znając Yulana, dwie ostatnie opcje odpadały już na samym początku. Był zapewne typem ucznia, dla którego każdy rodzaj testu to frajda, a jakiekolwiek naruszenie regulaminu było równoznaczne z zamachem stanu. Chociaż z drugiej strony, skoro spotykał się ze swoim aktualnym narzeczonym, może nie było to takie oderwane od rzeczywistości.
Zrobił zaskoczoną minę, marszcząc brwi.
- Czemu nagle chcesz o tym rozmawiać?
- A co, wolisz siedzieć w ciszy? Poza tym, nigdy nie byłam na żadnym uniwersytecie, chcę wiedzieć jak tam jest!
To zdawało się go przekonać. Zanim rozpoczął jakąkolwiek opowieść, przeszkodził mu Gilian, niosący w rękach dwie drewniane miski, wypełnione parującą zupą. Podał jedną Yulanowi, a drugą Rakshy, po czym nalał ostatnią porcję dla siebie. Usiadł obok nich.
- O czym tak spokojnie rozprawiacie? Trochę się zacząłem martwić, bo minęły jakieś dwie minuty, a jeszcze nie rzuciliście się sobie do gardeł.
- Widzę, że twoje błyskotliwe poczucie humoru nigdy cię nie opuszcza – Raksha przewróciła oczami, choć tak naprawdę miło było widzieć uśmiechniętego przyjaciela, nawet swoim kosztem. - Pytałam Yulana o studia, właśnie miał zacząć opowiadać.
Gilian na chwilę przestał jeść, wyraźnie dużo bardziej zaintrygowany niż przed chwilą.
- Ooo, będzie ciekawie. Założę się, że pewnych rzeczy nawet ja nie wiem.
- Mhm, a jeśli tak jest, to co sprawia, że myślisz, że powiem o nich właśnie teraz? - Yulan zmrużył oczy, ale na jego ustach błąkał się cień uśmiechu. - Jeśli coś ma pozostać sekretem, to nim pozostanie.
Zanim zdążyła wyniknąć z tego jakaś dłuższa dyskusja na niekoniecznie istotny temat, wtrąciła się Raksha:
- Dobra, dobra, opowiadaj już, sekrety możesz oszczędzić.
Przez chwilę cała trójka jadła w ciszy, w tle mając jedynie odgłosy trzaskającego ognia i pohukującej od czasu do czasu sowy. Wieczór był dość chłodny, ale siedząc tak blisko paleniska, prawie w ogóle tego nie odczuwali. To była idealna pora na różne wspominki i swobodne rozmowy na niezobowiązujące tematy. Nad sobą mieli poszarzałe niebo, które z chwili na chwilę robiło się coraz ciemniejsze, po jednej stronie las, a po drugiej trawiaste równiny sięgające horyzontu. Ten spokój był tak kojący, że Raksha bardzo chciała, by nic nigdy nie było w stanie go przerwać.
- Ach, nigdy nie wiem gdzie znaleźć początek, kiedy ktoś pyta mnie o takie rzeczy – rozległ się cichy głos Yulana. - Dużo się działo, właściwie już od pierwszego dnia. Razem ze mną rozpoczynał naukę tamtejszy książę, więc już samo to wzbudzało wielkie zainteresowanie. Wiecie, książęta raczej nie uczęszczają na uniwersytet, bo zwyczajnie uczą się wszystkiego indywidualnie. Każdy mówił tylko o tym i to nie rozpoczęcie kolejnego roku akademickiego było największą sensacją tamtego dnia, tylko właśnie obecność samego królewskiego potomka. Wszyscy byli roztargnieni i podekscytowani, a kiedy wreszcie się pojawił, usiadł po prostu wśród ludzi, a nie w jakimś specjalnym miejscu, tak jak się spodziewaliśmy. Pomyślałem, że jest trochę dziwny jak na księcia, bo większość jest zbyt dumna, by zrobić coś takiego. No, przynajmniej tak słyszałem. Sam nie wiem dlaczego zaprzyjaźnił się ze mną. Zwykle trzymałem się na uboczu, bo nie jestem najlepszy w nawiązywaniu kontaktów, poza tym wolałem skupić się na nauce.
Raksha zaśmiała się pod nosem. Tak jak przypuszczała. Pewnie chodził cały czas z nosem w książkach. Ale to nic złego, dobrzy lekarze powinni przecież być porządnie wykształceni. Uciszyła się widząc jego spojrzenie i pozwoliła mu kontynuować.
- Okazało się, że miał podobny problem. Powiedział mi kiedyś, że widząc, że nie on jeden ma takie podejście, uznał, że będzie łatwiej poznać kogoś podobnego, bo szybciej się zrozumiemy. Trochę dałem się nabrać – tym razem on się zaśmiał. - Parę tygodni później zaczął czuć się dużo swobodniej w moim towarzystwie. Ciągle odrywał mnie od książek, wyciągał na długie spacery, parę razy wniósł alkohol na teren uniwersytetu. Miał w sobie coś takiego, że nigdy nie potrafiłem mu odmówić, nawet kiedy wiedziałem, że to, co robię, jest złe. Może to dlatego, że trochę przypominał mi mojego młodszego brata. Dlatego zawsze go kryłem, słuchałem jak odgrywa postacie z ulubionych książek i grałem z nim godzinami w każdą grę, jaką wymyślił. Czasami próbowałem mu przypomnieć, że nie był tam dla zabawy, ale zwykle mnie nie słuchał i po prostu robił to, na co miał ochotę.
Zrobił krótką przerwę, a na jego twarzy widniał delikatny uśmiech. Spojrzenie miał utkwione w gorących płomieniach przed sobą, ale było to spojrzenie, którym widział całkiem inną rzeczywistość. Prawdopodobnie przeżywał ponownie którąś z pamiętnych nocnych eskapad po stolicy.
- Zdecydowanie masz słabość do beztroskich ludzi – skomentowała Raksha, kiedy cisza zaczęła się przedłużać.
Zdążyła już zjeść i leżała teraz na plecach, z rękami pod głową, wpatrzona w niebo. Pojawiły się już pierwsze gwiazdy. Obok niej leżał Gilian w identycznej pozycji, jednak oczy miał zamknięte i wyglądało na to, że śpi.
- Opowiedz o tym jak się poznaliśmy. Lubię tę historię – odezwał się nagle, uśmiechając się szeroko.
Oczywiste kłamstwo. Mówił, że w ogóle tego nie pamięta.
- Jesteś pewny? - zapytał Yulan, lekko rozbawiony. - Nie stawia cię w korzystnym świetle.
Twarz Rakshy wykrzywiła się w przebiegłym grymasie.
- Oooch, zdecydowanie musisz to opowiedzieć! Na pewno jest bardzo ciekawa!
- Dobrze, dobrze, cicho już – uciszył ją. - To była końcówka drugiego roku, więc pierwsze zajęcia praktyczne mieliśmy już za sobą i mogliśmy też pomagać przy różnych prostych przypadkach jak gorączka, zwichnięcie stawu, różne zranienia i takie tam. Nie dopuszczano nas tylko do ciężko chorych pacjentów, którzy na przykład wrócili z wojny lub chorowali na jakąś chorobę, z którą nie potrafiliśmy sobie poradzić. Wyobraź sobie, że pewnego wieczora, ledwo po ostatnich egzaminach końcowych, kiedy chciałem sobie odpocząć, do mojego pokoju wpadł Aurel i zaciągnął mnie do uniwersyteckiego szpitala, po drodze wyjaśniając dużo głośniej niż to było konieczne, że przynieśli jakiegoś pacjenta z nogą przeszytą mieczem, który odmawia pomocy od każdego i życzy sobie konkretnie, bym to ja osobiście się nim zajął. Sytuacja była dziwna, zwłaszcza, że raczej nie mogłem go znać, bo nie szukałem specjalnie przyjaciół poza tymi, z którymi studiowałem. Oczywiście, okazało się, że to Gilian – przewrócił oczami, ale po jego oczach widać było, że wspomina te czasy z miłym sentymentem. - Opatrywałem mu ranę tak jak robiłem to wiele razy wcześniej, a on nagle zapytał mnie, czy chciałbym się z nim wybrać na festyn, który miał odbyć się w mieście parę dni później. Odmówiłem, starając się go nie urazić, ale chyba zrobiłem to bardziej z zaskoczenia niż z rzeczywistej niechęci, bo kiedy każdego następnego wieczora znajdywałem pod drzwiami jakiś mały upominek, było mi bardzo miło. W końcu pojawił się osobiście, w dzień festiwalu, a wyglądał na tak pełnego nadziei, że nie miałem serca odrzucić go drugi raz.
Raksha zaśmiała się w tym samym momencie, w którym Gilian z udawanym oburzeniem szturchnął go w ramię.
- Czyli umówiłeś się ze mną z litości, tak? Mogłeś zachować takie szczegóły dla siebie – powiedział marudnym tonem. - Nawet nie wiesz ile czasu zajęło mi obmyślenie dobrego planu, by wywrzeć na tobie niezapomniane wrażenie.
Tym razem to Yulan wyglądał na rozbawionego. Złapał go za rękę i delikatnie ścisnął jego palce.
- Przecież wywarłeś. Założę się, że nikt inny nie dostał takiej propozycji w trakcie babrania sobie rąk krwią z rany, którą ktoś umyślnie sobie zadał tylko z takiego powodu.
To zdawało się zadowolić Giliana, bo przysiadł się do swojego narzeczonego i objął go swobodnie w pasie. Raksha, uznawszy, że to dobry moment, by dać im chwilę prywatności, przeszła po cichu na drugą stronę ogniska, gdzie leżały jej rzeczy. Przysunęła się trochę bliżej gorących płomieni, położyła głowę na zwiniętym płaszczu i wpatrzyła się w niebo.
Nigdy nie słyszała tej historii. Musiała przyznać, że mimo absurdalnej metody Giliana, była na swój sposób urocza. Z pewnością nadawała się do opowiedzenia rodzicom, kiedy ci zapytają o okoliczności, w których się poznali. Była prosta, lekka i miała szczęśliwe zakończenie. Raksha zastanawiała się, czy ją też kiedyś będzie czekać coś w tym stylu. Nie myślała konkretnie o związku, gdyż nigdy specjalnie jej do nich nie ciągnęło, ale chciała po prostu zwykłego życia, takie jak miała wcześniej. Bycie boskim pomocnikiem wcale nie było takie złe, choć momentami nudne. Polegało głównie na wykonywaniu poleceń istot postawionych wyżej od ciebie, czasami trzeba było spełnić modlitewne prośby jakiegoś człowieka, czasami rozliczyć złą osobę z jej uczynków, pozbyć się niebezpiecznego upiora albo pomóc komuś przejść do życia pośmiertnego. Proste prace, nic wymagającego większego wysiłku czy zdolności.
Wszystko zaczęło się komplikować, kiedy kilkaset lat temu została powołana na zastępczynię boga, który razem ze swoją siostrą ukrył się gdzieś i nikt nie dał rady go znaleźć. Normalnie w takiej sytuacji na tronie zasiadłoby najstarsze dziecko dotychczasowego władcy, przynajmniej do czasu, gdy ten się nie znajdzie, jednak nic nie mogło obejść się bez komplikacji. Jedyny syn, który miałby prawo do boskiego tronu został uwięziony i uśpiony przez własnego ojca, gdyż obawiał się on, do jakich czynów będzie zdolny ktoś z mocą o wiele potężniejszą od jego samego. Co prawda, wśród wyższych sfer chodziła też plotka, że rzekomy syn pochodził z nieprawego łoża, bo nikt nie potrafił znaleźć powodu dla którego najwyższy z bogów zniknął akurat z własną siostrą, ale Raksha nigdy w życiu nie ośmieliła się nawet brać tego pod uwagę. W każdym razie cała sytuacja skutkowała tym, że trzeba było znaleźć kogoś, kto nadawałby się na to odpowiedzialne stanowisko i chociaż pełno pomniejszych bóstw rościło sobie prawa do tronu z powodu bliższego lub dalszego pokrewieństwa czy zasług, wszyscy musieli przystać na ostatnią wolę zbiegłego władcy, który osobiście rozkazał posadzić na tronie swoją najbardziej zaufaną pomocnicę. Poza tym, sam tron odrzucał wszystkich, którzy próbowali na nim usiąść i nie byli nią. I chociaż Raksha nigdy tego nie chciała, nikt nie pozostawił przed nią innego wyjścia. Przejęła wszystkie boskie obowiązki, mając do pomocy paru kompetentnych doradców i powoli wdrażała się w nową rutynę, dopóki nie nastał dzień, w którym i to runęło, bo nagle pojawił się wściekły syn poprzedniego władcy, żądając należnego mu prawa do tronu. To podzieliło wszystkie boskie stworzenia, część z nich stanęła po jego stronie, a część, obawiająca się jego mocy, została przy Rakshy. W efekcie tego wybuchła bitwa, w trakcie której umarł Gilian, a Raksha wymordowała prawie wszystkich obecnych na polu walki. Została uciekinierką, która bez przerwy musiała oglądać się za siebie w napięciu, niepewna czy wróg nie depcze jej po piętach, by ją wykończyć. O ile wcześniej miała po swojej stronie sporą część bóstw i duchów, tak po jej pięknym przedstawieniu, podczas którego wysadziła całe wojsko, nawet oni zaczęli jej nienawidzić i opowiedzieli się po stronie boskiego syna.
Z tego powodu bardzo nie chciała podróżować z Gilianem i Yulanem, zwłaszcza, że pozbawiona mocy, była już kompletnie bezbronna i wystarczył byle demon, by wykończyć całą trójkę. Jednak ani jeden ani drugi nie chcieli o tym słyszeć, więc wzięli ją ze sobą, a żadne argumenty do nich nie trafiały, więc Raksha w końcu przestała próbować. Ciągle jednak szukała jakichkolwiek znaków wskazujących potencjalne niebezpieczeństwo, ale ani razu na nic się nie natknęła. Wbrew pozorom właśnie to niepokoiło ją najbardziej. Usypiają jej czujność?
Tak czy inaczej, po takich przejściach marzyła o prostym życiu boskiej panienki na posyłki. Chciała wrócić do tego spokojnego rytmu życia, ale widziała, że najgorsze jest najprawdopodobniej dopiero przed nią. Zmęczona takimi bezowocnymi rozmyślaniami w końcu zasnęła, zastanawiając się, kiedy znów wszystko legnie w gruzach.
Następne parę dni było dość nudnych. Podróżowali spokojnie na północ, nie spiesząc się, ale też nie chcąc specjalnie marnować czasu. Dotarli w końcu do rzeki, która według mapy Fergasa stanowiła granicę kraju i stopniowo zaczęli widywać coraz bardziej rozwinięte miasta. Co prawda przez większość podróży i tak oglądali rozległe pola, łąki i wzgórza, ale kiedy mijali już jakieś ludzkie osady, były one na zdecydowanie wyższym poziomie, niż te wcześniej. Coś, co od razu rzuciło się w oczy, to sprawny i wszechobecny handel. Nie było dnia, by nie minęło ich kilka wozów z kupcami, wiozącymi różnorakie towary w cztery strony świata. Oznaczało to też, że wzrastało tu też ryzyko zostania napadniętym i okradzionym, więc korzystając z tego, parę razy robili za ochroniarzy, by w zamian dostać dach nad głową w trakcie kolejnej deszczowej nocy, jedzenie lub po prostu pieniądze. Zazwyczaj już sam widok dwumetrowego, muskularnego mężczyzny, dzierżącego dwa potężne miecze wystarczał, by większość złodziejaszków porzucała swoje niecne plany. Niektórzy jednak byli albo bardzo zdesperowani albo pewni swoich szans, bo odważnie rzucali się do walki, co szybko okazywało się błędem.
Były noce, które spędzali w gospodach, pijąc lokalny alkohol i próbując nowego jedzenia, ale kiedy tylko robiło się zbyt głośno, Yulan znikał w swoim pokoju, zostawiając dwójkę swoich towarzyszy. Nikt oczywiście nie miał mu tego za złe, ale to on sam następnego dnia pluł sobie w brodę, musząc się wstydzić, kiedy wysłuchiwał co takiego wyczyniali, kiedy tylko pozostawali bez kontroli. Co prawda wiedział, że nie różnili się za bardzo od innych ludzi, którzy robili głupstwa pod wpływem alkoholu, ale przysięgał, że jeśli jeszcze raz będzie musiał opłacać odszkodowanie za zniszczone mienie, bo kogoś lekko poniosło w trakcie bójki...
Wreszcie i takie atrakcje dobiegły końca, kiedy dotarli do wiejskich terenów. Wszelkie solidne zabudowania ostatni raz minęli jakieś trzy dni temu, a teraz napotykali jedynie skupione w niewielkich grupach chatki należące do rolników. Takie małe osady zwykle nie były niczym otoczone, więc zdziwili się, kiedy któregoś dnia natrafili na wysoki drewniany płot, przy którym wbito tabliczkę z nazwą wioski. Zdziwili się tym bardziej, że od dłuższego czasu nie widzieli żadnego człowieka, który wykonywałby jakąkolwiek pracę na roli czy chociażby spacerował, brakowało też zwierząt. Nie tylko krów, kur czy psów, które zwykle strzegły ludzkich siedzib, ale dopiero przed prowizoryczną bramą zdali sobie sprawę, że od kilku kilometrów nie słyszeli nawet żadnego ptaka. Ta cisza wydała im się bardzo dziwna, zwłaszcza, że tereny wyglądały na całkiem urodzajne i normalnie tętniłyby rolniczym życiem. Popatrzyli po sobie i zostawiając konie przed wejściem, wstąpili do osady. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że była od dawna porzucona. Wszechobecna cisza i bezruch świadczyły o tym, że prawdopodobnie byli tu sami. Weszli do kilku pierwszych domów, by się przekonać czy mają rację, ale poza poprzewracanymi meblami i niedojedzonymi posiłkami na stołach nie znaleźli nic wartego uwagi. Po stanie jedzenia widać było, że mieszkańcy opuścili wioskę dawno temu i w ogromnym pośpiechu. Opuścili, a może zostali wygnani? Coś się bardzo nie zgadzało. Poprzedniej nocy zatrzymali się u rodziny wieśniaków, po tym jak Yulan nastawił złamaną nogę ich najmłodszego syna i chociaż gospodyni była bardzo rozmowna, ani słowem nie wspomniała o tym miejscu, kiedy pytali ją o okolicę. Na mapie też nie było zaznaczone.
- Nie ma tu nic ciekawego. Może ziemia przestała rodzić plony i się wynieśli – powiedział Yulan, chociaż nie wyglądał na do końca przekonanego. - Po co tu weszliśmy? Marnujemy tylko czas.
Wszedł za pozostałą dwójką do kolejnego domu, który na pierwszy rzut oka nie różnił się od poprzednich. Od razu poczuł jakiś nieprzyjemny, budzący mdłości odór, który szybko zidentyfikował jako rozkładające się mięso. Usłyszał cicho jęk z kąta, w którym stała Raksha i popatrzył tam, gdzie ona. Mimo swojego lekarskiego doświadczenia w oglądaniu ludzkiego ciała w prawie każdym możliwym stanie, czegoś takiego jeszcze nie widział.
Na podłodze leżały zwłoki mężczyzny. Były pokryte zaschniętą krwią, a nad gnijącą dziurą w brzuchu, z której wylały się wnętrzności, unosiła się chmara bzyczących much. Samo to wystarczyło, by spowodować u kogoś utratę przyjemności, ale Yulan nie mógł oderwać wzroku. Powędrował nim wyżej, ale głowa trupa ukryta była w cieniu, więc zbliżył się, zasłaniając sobie usta i nos rękawem koszuli. Szybko pożałował swojej ciekawości, kiedy dotarło do niego, na co patrzy. Głowa była całkowicie zdeformowana, zupełnie jakby ktoś zmiażdżył ją z całej siły. Na resztkach mózgu żerowały białe, wijące się larwy, a w oczodole brakowało jednego oka. Wycofał się i podszedł do okna, które otworzył, by odetchnąć świeżym powietrzem. Patrzył z dystansu jak najpierw Gilian a potem Raksha idą w jego ślady. Obejrzeli zwłoki, a potem z wyrazem pełnego obrzydzenia na twarzy podeszli do niego. Raksha wyglądała, jakby miała lada chwila zwymiotować.
- Paskudna robota. Ciekawe kto mu to zrobił – powiedział Gilian.
Po chwili podszedł do trupa i, ku przerażeniu Yulana, po prostu przeciągnął go do światła. Kucnął przy nim i zaczął inspekcję, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem.
- Co... Co ty robisz?! - syknął Yulan, ale nie próbował go powstrzymać. - Zostaw go!
- Patrzcie na te rany. Najpierw myślałem, że to może sprawka jakiegoś dzikiego zwierzęcia, ale to niemożliwe. Nie pamiętam, kiedy widzieliśmy ostatnio jakiś las, więc musiałoby być bardzo zagubione. Poza tym niedźwiedź nie zmieściłby się w tych drzwiach, a nie widzę, by były w jakiś sposób uszkodzone. Wilki nie zostawiają po sobie tylu resztek, no i zazwyczaj unikają ludzkich siedzib.
Raksha nie do końca wiedząc jak ma się czuć w takiej sytuacji, powoli zbliżyła się do przyjaciela, zatykając nos. O ile sekundę wcześniej chciała stąd wyjść i nigdy nie wrócić, tak teraz poczuła się zainteresowana. Moment później Yulan poszedł w jej ślady. Przyjrzeli się temu, na co wskazywał Gilian, chociaż wszechobecne robactwo utrudniało widoczność. Pod zakrwawioną koszulą znajdowały się wyraźne ślady nadgryzień. Miały kształt półkola i tworzyły je małe ranki. W paru miejscach skóra była wyrwana razem z mięsem. Raksha nie wiedziała na co patrzy... albo wiedziała, ale nie z jakiegoś powodu nie chciała do siebie dopuścić tej myśli. Brzmiała przecież absurdalnie.
Już miała powiedzieć, że owszem, wszystko to jest niesamowicie interesujące, ale nie mają czasu na takie rzeczy. Wielkie mi halo, ktoś umarł. Ludzie codzienne umierają w mniej lub bardziej brutalny sposób, a ten ktoś miał po prostu wyjątkowego pecha. W chwili, w której otworzyła usta, usłyszeli dziwny odgłos, jakby coś ciężkiego upadło na podłogę. Cała trójka natychmiast wyostrzyła zmysły, nie wiedząc, czy to coś niebezpiecznego. Gilian natychmiast wstał i wyciągnął jeden z mieczy. Wyszedł jako pierwszy i przeszedł parę metrów w stronę, z której dochodził odgłos. Owszem, mógł on świadczyć o zagrożeniu, ale mogła to też być osoba, która potrzebowała pomocy. Albo zwyczajnie coś się przewróciło. Zrobił jeszcze parę kroków i usłyszał chlupnięcie. Zacisnął usta w wąską linię i popatrzył na dół. Tak jak się spodziewał, nie była to kałuża. Wszedł prosto w mieszankę krwi i flaków, a po rozejrzeniu się dookoła, zorientował się, że podobne dekoracje zdobią wejścia do większości domów aż do końca ulicy. Zupełnie jakby ktoś wybebeszył każdego mieszkańca wioski, a potem rozniósł wszystkie narządy i jelita od drzwi do drzwi.
- Nie patrzcie pod nogi – powiedział, chociaż wiedział, że takie słowa zawsze mają odwrotny skutek.
Sekundę później usłyszał za sobą słabe odgłosy obrzydzenia i narzekania, więc wiedział, że miał rację. Jego nos powoli przyzwyczajał się do wszechobecnego już smrodu, dzięki czemu ten przestał być aż tak uciążliwy. Wreszcie dotarł do domu, z którego doszedł huk i wszedł do środka ostrożnie, rozglądając się czujnie. Ostrze wciąż trzymał w pogotowiu, na wypadek gdyby musiał go szybko użyć. To, co zastał w środku, dosłownie wmurowało go w podłogę. Chyba po raz pierwszy w życiu czuł, że nie daje rady się ruszyć, chociaż bardzo chce. Niczego tak bardzo nie pragnął, jak złapanie Yulana i Rakshy i odciągnięcie ich od tego, co za chwilę też mieli ujrzeć. Kiedy w końcu postawił kolejny krok, było już za późno. Jego towarzysze zjawili się zaraz obok niego, nie robiąc prawie żadnego hałasu. Był im wdzięczny. Nie wiedział, czy istota przed nimi była szybka czy wolna, a nie do końca ufał teraz swojemu instynktowi.
Za przewróconym stołem, na środku sporych rozmiarów pokoju, klęczał człowiek. W każdym razie coś, co człowieka przypominało. Wydawał z siebie ohydne rzężenie, jak ktoś z chorymi płucami, przeplatane z odgłosami przeżuwania. Skórę miał koloru szarozielonego, w niektórych miejscach popękaną i zaropiałą, z kilku ranek ciekła powoli ciemna krew. Wychudzone ręce pokryte w całości czerwoną cieczą, trzymały coś malutkiego, pomarszczonego, co połączone było jakimś sznureczkiem z ciałem leżącym na podłodze. Dopiero po kilku sekundach do Giliana dotarło, że coś, co początkowo wziął za sznureczek, w rzeczywistości było pępowiną. A to oznaczało, że stwór przed nim musiał pożerać wydarte z brzucha ciężarnej kobiety niemowlę. Nie płakało ani nie wydawało żadnych innych odgłosów, choć zjadana była dopiero jedna z nóżek. Elf zdał sobie sprawę, że główka dziecka zgięta była pod bardzo nienaturalnym kątem.
Nim zdążył podejść i rozprawić się z... tym czymś, czymkolwiek to było, usłyszał tylko cichy szczęk metalu, towarzyszący wyjmowanemu ostrzu i zobaczył, jak Raksha, w jednej chwili stojąca dobre pół metra za nim, nagle znalazła się tuż przy niebezpiecznej istocie. Złapała ją za szyję na odległość wyciągniętej ręki, a dłoń z nożem skierowała na jej czoło.
- Co robisz?! - syknął – Zwariowałaś?
Całkowicie go zignorowała, patrząc w oczy temu czemuś, co klęczało przed nią. Wypuściło z rąk drobne ciałko i wyrwało się w jej stronę, widocznie czując świeże mięso. Raksha wzmocniła uścisk na szyi, ale nie zrobiła nic, by się osłonić. Koniuszki palców musnęły jej koszulę, zostawiając na niej ślady świeżutkiej krwi. Pozostała niewzruszona, wciąż przyglądając się stworowi przed sobą. W końcu siła naporu zrobiła się zbyt wielka, nóż w jej ręce przebił skórę na czole potwora i uderzył końcówką w kość, ale nie zrobiło to na nim wrażenia. Wcisnęła ostrze trochę głębiej. Weszło bez problemu, jakby zamiast czaszki napotkało gąbkę, ale nawet to na niewiele się zdało. W końcu, z lekką irytacją, wbiła nóż po samą rękojeść, a potem pociągnęła ją do góry. Wstrętne odgłosy ucichły na dobre dopiero wtedy, kiedy mózgowa breja znalazła się na ścianie, a truchło runęło obok zwłok kobiety. Kilka kropel znalazło się na jej twarzy i natychmiast starła je wierzchem dłoni. Wstała na drżących nogach i popatrzyła na przyjaciół.
- Nic mi nie jest, Gil, nie panikuj. Nie jestem taka bezbronna jak ci się wydaje.
Zastanawiała się jakim cudem takie coś znalazło się tutaj. Z tego, co się orientowała, tutejsze kraje miały swój przydział potworów, uprzykrzających życie ludziom. Były na przykład takie, które pod postacią różnych zwierząt dusiły ich we śnie, takie, które wysysały krew albo topiły. Chodzące trupy były raczej domeną krajów wschodnich. Co prawda można było takiego stworzyć w sposób sztuczny, za pomocą magii, ale wtedy nie umarłby tak łatwo – by pozbyć się magicznego monstrum, należało zabić tego, który powołał je do życia. Czy to możliwe, by jej wróg miał z tym coś wspólnego? Ale w takim razie po co miałby atakować jakąś przypadkową wioskę pośrodku niczego, a nie ich konkretnie? To nie miało sensu. Kiedy ruszyła w kierunku drzwi, w oczy rzuciła jej się biała plama na podłodze. Schyliła się, chcąc ją zbadać i okazało się, że była to chusteczka, którą przed atakiem musiała trzymać zmarła kobieta. Delikatnie wysunęła ją spomiędzy chłodniejących już palców i przyjrzała się. W jednym z rogów miała wyhaftowany czerwoną nicią wzór. Przedstawiał głowę słonia i trzy kwiaty po jej lewej stronie. Wszystko zamykało się w trójkątnym kształcie z lekko wypukłymi bokami. Przypominało trochę jakiś herb... coś co znajduje się na flagach lub tarczach wojowników, ale znikąd go nie kojarzyła. Słoń był jednym ze zwierząt, którym w jej stronach oddawano szczególny szacunek, więc gdyby był to znak rozpoznawczy któregokolwiek ze wschodnich krajów, na pewno by o tym wiedziała. Wątpiła natomiast, by jakaś prosta wieśniaczka z miejsca oddalonego o setki kilometrów od jej domu kiedykolwiek widziała takie zwierzę. Postanowiła, że głębsze rozważania na ten temat zostawi na później. Odór unoszący się ze zgniłego trupa skutecznie rozpraszał jej myśli. Podniosła się i odwróciła w stronę przyjaciół, chowając chusteczkę do swojej torby.
- Już zapomniałam, jakie one są cuchnące. Wyjdźmy na świeże powietrze – mruknęła i wyprzedziła ich.
Sytuacja na zewnątrz wcale nie rysowała się dużo lepiej. Porozwlekane po ulicach wnętrzności i resztki ciał także zaczynały już śmierdzieć, poza tym sam ich widok nie należał do przyjemnych.
- Uch... Myślisz, że jest ich tu więcej? Może powinniśmy sprawdzić? Co, jeśli zaczną zabijać ludzi z innych wiosek? - usłyszała za sobą pytanie Giliana, który najwidoczniej odzyskał już kontrolę nad całym sobą.
- Nie chcę tego mówić, ale zgadzam się. Skoro i tak już się w to wpakowaliśmy, nie możemy tak po prostu tego zostawić. Ci ludzie nie dadzą sobie rady z czymś takim.
Wtedy zdała sobie sprawę, że jej towarzysze najwyraźniej nigdy w życiu nie mieli do czynienia z taką istotą. Po części im zazdrościła, bo pozbywanie się ich było parszywą i niewdzięczną robotą. Szczęśliwie przynajmniej do tego była przyzwyczajona.
- Niemożliwe – pokręciła głową. - Gdyby było ich tu więcej, wszyscy w okolicy byliby już dawno zjedzeni. Ten jeden musiał znaleźć się tu całkiem niedawno. Inaczej ktoś na pewno by o nim wspomniał, ludzie próbowaliby się go pozbyć, no, ogółem byłoby o tym głośno.
Stanęła przed wyjściem z wioski i rzuciła na nią ostatnie spojrzenie. Trochę tego pożałowała. Coś, co kiedyś może było pełną życia osadą, teraz zamieniło się w cichy, napawający smutkiem widok. Trudno było jej sobie wyobrazić ile osób zginęło z ręki tego potwora i ile jeszcze czekał podobny los. Co prawda widywała podobne rzeczy już wcześniej, ale nawet jej nabyty wstręt do ludzi nie potrafił sprawić, by przeszła obok tego kompletnie obojętnie. Klęknęła i schyliwszy głowę, dotknęła ziemi. Wyszeptała pod nosem krótką prośbę o przyjęcie dusz zmarłych w zaświaty i wstała. Miała nadzieję, że to pomoże, chociaż teraz, jako zwykły człowiek, mocno w to powątpiewała. Aż za dobrze wiedziała jak wygląda spełnianie życzeń zawartych w modlitwach.
- Chcesz mi powiedzieć, że wystarczyło jedno... to coś, żeby urządzić taką masakrę?
- Oczywiście – kiwnęła głową. - W moich stronach mówi się na nich casad hiyawi. To znaczy ożywiony trup, czego już się chyba domyśliliście. Powstają, kiedy ktoś umrze w brutalny sposób, na przykład zostanie zamordowany. Żądna zemsty i krwi dusza wraca do ciała, ale to już jest martwe, dlatego te stwory są kompletnie bezmyślne oraz ślepie. Kierują się tylko swoim słuchem i węchem. Przepełnione nienawiścią zaatakują każdego, kto zwróci ich uwagę. Jeśli ktoś nigdy nie miał z żadnym do czynienia, najlepiej jest się schować i czekać na ratunek. Trzeba uważać, by nie hałasować, bo są całkiem szybkie. No, przynajmniej większość z nich. Kiedy się najedzą, stają się ociężałe, bo ich mściwość została tymczasowo zaspokojona. Zwykle pozbywamy się ich w inny sposób, ale zwykłym ludziom pozostaje tylko zadać celny cios prosto w mózg.
Yulan wyglądał na potwornie obrzydzonego. Widocznie po widoku ludzkich wnętrzności, różnych guzów, wysypek, wszelkich możliwych fluidów, jakie człowiek jest w stanie z siebie wyprodukować, ożywione trupy stanowiły limit jego tolerancji dla ohydy. Nie dziwiła mu się, miała z nimi do czynienia przez setki lat wcześniej, a wciąż była pełna odrazy na samo ich wspomnienie. Gilian natomiast szybko otrząsnął się z pierwszego szoku i teraz zdawał się być zaciekawiony tematem. Wytarł użyty sztylet o trawę i schował go z powrotem do pochwy. Obejrzał się przez ramię.
- Wiecie, nigdy nie miałem do czynienia z czymś takim, więc w pierwszej chwili całkiem zapomniałem, co robić. Zawsze walczyłem wyłącznie z ludźmi – widocznie czuł potrzebę wytłumaczenia się ze swojej chwili zawahania. - Ale skoro spotkaliśmy na swojej drodze takie dziadostwo, na przyszłość będę już przygotowany.
Raksha uśmiechnęła się i położyła dłoń na jego przedramieniu, chcąc przekazać, że nie musi niczego wyjaśniać.
- W porządku. Każdemu może się zdarzyć coś takiego. Poza tym, to nie była cała wataha, tylko jeden. Nikomu nic nie groziło.
- Podrapał się z zakłopotaniem po tyle głowy, wciąż nie będąc do końca przekonanym.
- Ale mogła być.
- Taak, ale nie była. Wszyscy jesteśmy cali. Poza tym, nie robisz za naszą ochronę. My też umiemy co nieco – wtrącił Yulan.
Zaskoczył tym Rakshę. Yulan? Ten pokojowo, by nie powiedzieć tchórzliwie, nastawiony do każdego niebezpieczeństwa elf? Nigdy nie widziała go z niczym bardziej niebezpiecznym od szpitalnego ostrza, którego używał wyłącznie zgodnie z przeznaczeniem. Chciała go zapytać co takiego potrafi i jaka jest jego broń, ale sekundę po otwarciu ust uznała, że lepiej będzie zrobić sobie niespodziankę i zobaczyć na własne oczy. O ile kiedykolwiek dojdzie do sytuacji, w której elf będzie do tego stopnia przyparty do ściany, że pozostanie mu jedynie obrona.
- Zaskoczona? - zmrużył oczy, uśmiechając się podstępnie i przechodząc obok niej.
Oczywiście, że momentalna zmiana mimiki nie umknęła jego uwadze, choć Raksha mogłaby przysiąc, że powróciła do neutralnego wyrazu twarzy prawie natychmiast.
- Szczerze? Jak cholera – odparła, szybko go doganiając. - Prawdę mówiąc trudno mi sobie ciebie wyobrazić z czymś groźniejszym od noża.
- Och? A skąd przypuszczenie, że potrzebuję jakiegoś narzędzia, by wyrządzić komuś krzywdę?
Zaśmiała się, początkowo nie biorąc to za żarty, ale widząc całkowicie poważnego przyjaciela, zrobiła wielkie oczy.
- Poważnie? W takim razie czemu...
Nie pozwolił jej dokończyć, aż za dobrze wiedząc, o co chciała zapytać. Wtedy do niej dotarło, że prawdopodobnie jej wścibskość była kompletnie nie na miejscu. Był czas i miejsce na takie rozmowy, a wybita wioska, pełna śmierdzących zwłok z pewnością do nich nie należała.
- Czasy się zmieniły. I ja też, jak przypuszczam. Nie wiem jeszcze jak bardzo, ale nie chcę dalej uciekać przed zagrożeniem. Straciłem wszystko i jeśli... - oczy mu się lekko zaszkliły, co prędko próbował zakryć długimi włosami. - Nie dam go sobie odebrać po raz drugi.
Przez chwilę panowała bardzo niezręczna cisza. Raksha nie do końca potrafiła sobie poradzić z osobami w takim stanie, a teraz sama do tego doprowadziła. Brawo.
- Hej, ja... przepraszam. Nie chciałam, żebyś poczuł się osaczony – zaczęła i zmarszczyła brwi, starając się dobrać odpowiednie słowa. - Rozumiem, że możesz nie chcieć o tym rozmawiać. Zachowałam się bezmyślnie.
Otarł oczy i popatrzył na nią, próbując się uśmiechnąć.
- Trochę. Kiedyś pewnie będę chciał o tym pogadać, ale chyba jest za wcześnie – nabrał głęboko powietrza. - W każdym razie wydaje mi się, że dzisiaj pora na ciebie jeśli chodzi o przygotowanie kolacji.
- Przeginasz! - zawołała, choć tak naprawdę nie miała nic przeciwko. - Dobrze wiesz, że wszystkich otruję.
- Spokojnie, wynajdę antidotum.
Ich chwilowe rozbawienie przerwał Gilian, który podbiegł do nich z wyrazem niepokoju na twarzy. Za nim posłusznie dreptały oba konie, dużo bardziej spokojne i zrelaksowane.
- Wołam was i wołam. Spójrzcie za siebie i powiedzcie mi, czy wy też to widzicie. No, patrzcie!
Pokazał palcem w stronę wioski, którą chwilę temu opuścili. Kłopot i sedno zachowania rudego elfa leżało w tym, że teraz wioski nie było. Tam, gdzie wcześniej stał drewniany płot, okalający domostwa, była zwykła łąka, tak jak wszędzie dookoła, jak po horyzont wzrokiem sięgnąć. Ani śladu otwartej bramy, wydeptanej ścieżki czy przekrzywionego znaku z niewyraźną nazwą osady. Cała trójka wpatrywała się w falującą trawę jakby pomiędzy jej źdźbłami znajdowała się odpowiedź na każde, a zwłaszcza najbardziej skomplikowane, pytanie wielkich myślicieli. Żadne z nich nie wiedziało, co powiedzieć, aż w końcu usłyszeli cichy głos Yulana:
- Tam.. tam była wioska, prawda? Pełna martwych ciał. Upewniam się, bo albo wszyscy mieliśmy ten sam, dziwny sen, z którego właśnie się obudziliśmy, albo to tylko z moim umysłem dzieje się coś podejrzanego.
- Jeśli z twoim, to i z moim. Własnoręcznie rozerwałam łeb żywemu trupowi. Wciąż mam na koszuli krople jego rozmiękłego mózgu.
Usłyszała ciche jęknięcie, co stanowiło potwierdzenie tego, co wszyscy myśleli. Jakimś cudem znaleźli się w miejscu, którego zaledwie dwie minuty później nigdzie nie było. Rzeczywiście, takie rzeczy nie zdarzały się codziennie i nawet Raksha, której całe życie było połączone z magią, nie potrafiła tego wyjaśnić. Rzeczy, a zwłaszcza całe ludzkie osady, nie znikały po prostu od tak sobie! Pozbycie się tak wielkiego obiektu wymagało naprawdę potężnych pokładów mocy, a przecież cały czas podążali samotnie. Była tego pewna, miała za towarzyszy dwóch elfów, których słuch i wzrok był powyżej przeciętnej. Gdyby mieli towarzystwo, dowiedzieliby się o tym natychmiast. Mimo tej pewności, rozejrzała się dookoła. Być może, uspokojeni praktycznie bezproblemową podróżą stracili czujność. Z drugiej strony jak ktoś chciałby się ukryć na kompletnie płaskim terenie? Jeśli nie posiadł zdolności stawania się niewidzialnym, było to całkowicie niemożliwe, a jedyna osoba, która mogłaby teraz ich śledzić na pewno tego nie potrafiła. Raksha spojrzała w górę, ale po niebie posuwało się tylko parę białych obłoczków. Westchnęła.
- Przyznaję, to trochę odbiega od normy, ale jestem zmęczona, głodna i cała śmierdzę zgniłym trupem. Zastanowimy się nad tym później, co wy na to?
Usłyszała głośny, znajomy śmiech i lekko zdezorientowała spojrzała na Giliana. Cała jego wcześniejsza obawa zdawała się odejść w zapomnienie w ułamku sekundy.
- Czasami zapominam, że takie rzeczy, to pewnie dla ciebie codzienność – powiedział, kiedy trochę się uspokoił. - No wiesz, znikające wioski, zwierzęta mówiące ludzkim głosem, wchodzenie ludziom do głów i poznawanie ich najmroczniejszych sekretów... Dlatego skoro teraz zachowujesz się, jakby nie było się czym martwić, to widocznie tak jest.
Posłała mu pokrzepiający uśmiech, chociaż nie do końca miał rację. Wolała nie siać zbędnej paniki. Na szczęście od kłamliwej odpowiedzi wybawił ją Yulan.
- Mimo wszystko odjedźmy kawałek. Czuję się mało przyjemnie w tym miejscu.
Wyprzedził ich nieco, a oni pozostawieni bez innego wyjścia, ruszyli za nim.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz