sobota, 18 lipca 2020

Rozdział I

    Zdając sobie sprawę, że po raz kolejny zapatrzyła się w przestrzeń, spróbowała otrząsnąć się z nieproszonych myśli. Spoglądanie w przeszłość oraz roztrząsanie ponownie każdego momentu, w którym mogła coś zmienić było całkiem pozbawione sensu teraz, kiedy przyszło jej zmierzyć się z konsekwencjami. Co z tego, że m o g ł a postąpić inaczej, skoro tego nie zrobiła? Myślenie o takich rzeczach niczego nie zmieni. Niestety, tak jak się spodziewała, natrętne wspomnienia nie zamierzały jej opuścić, podążały za nią krok w krok, jak wierny pies za swoim właścicielem.
    Z westchnieniem usiadła na wilgotnej, zimnej ziemi pod najbliższym drzewem. Przez ostatnie miesiące zwiedziła więcej świata, niż w całym swoim wcześniejszym życiu, ale nigdzie nie mogła znaleźć odpowiedzi na to, co właściwie ma teraz zrobić. Jakiś głos w jej głowie uciążliwie powtarzał, że bardzo możliwe, że nie ma czegoś takiego, że chwyta się złudnej nadziei. W końcu nikt wcześniej nie słyszał, by czegoś takiego próbowano. Ale potem drugi głos (czy nie było ich trochę za dużo jak na jedną osobę?) szybko zauważał, że fakt, iż nikt nie słyszał, nie oznacza wcale, że nie posunięto się do takich praktyk. No bo kto chwaliłby się na prawo i lewo, że przywraca ludzi do życia? Biorąc pod uwagę standardy tolerancji na magię, szybko uporanoby się z takim osobnikiem, niekoniecznie w humanitarny sposób. Powszechnie uważano, że magia powinna służyć tylko dobrym, prawym, a przede wszystkim pomocnym celom. Grzebanie w świecie umarłych nie bardzo należało do żadnej z tych kategorii. Teoretycznie. Skoro ktoś tam trafił, to musiał być jakiś sposób, by go stamtąd wyciągnąć. A przynajmniej tak sobie powtarzała, bo stanowiło to jej jedyną nadzieję, bez której, obawiała się, że kompletnie zwariuje.

    A jeśli o wariowaniu mowa, skutki jej ostatniego wybuchu dalej były odczuwalne, głównie w tym jak słabo czuła magię w swoim ciele. Nigdy nie przypuszczała, że dojdzie do takiego momentu, w którym całkowicie straci kontrolę nad tym, co robi, co myśli i co się z nią dzieje, jednak kiedy ta chwila nadeszła, nie była szczególnie zaskoczona, że wszystko tak się potoczyło. Na moment jej świadomość cofnęła ją o kilka miesięcy, do najbardziej krwawego dnia w jej życiu. Przed oczami stanęła jej scena, w której przebiwszy szablą kolejnego przeciwnika, obróciła się, by stawić czoło dziesiątkom następnych, tylko po to, by zobaczyć, jak osoba, której najbardziej ufała zostaje rozdarta na pół przez wielkiego, podobnego do lwa potwora. Nie myśląc nad tym, co robi, odrzuciła swoje ostrze i podbiegła, by złapać ciało przyjaciela. To było wtedy, pomyślała, kiedy poczułam na rękach jego krew, kiedy zobaczyłam jego wnętrzności i poczułam na twarzy jego ostatni oddech. W tym właśnie momencie ogarnęła ją taka wściekłość, której nie sposób było opisać słowami. Straciła pamięć... na ile? Nie miała pojęcia. Wiedziała tylko, że gdy znów była przy zdrowych zmysłach, stała wciąż z dużo większym, cięższym ciałem a ramionach, a wszyscy dookoła leżeli na ziemi. Martwi. Jej sojusznicy i wrogowie. Czuła się wtedy tak bezsilna, że zaczęła płakać, choć nie pamiętała, kiedy ostatnio jej się to zdarzyło. Mimo drżących kolan oraz wszechogarniającego osłabienia, wykrzesała z siebie resztkę mocy, która pomogła jej umieścić Giliana w bezpiecznym miejscu.

    Zdała sobie sprawę, że znowu pozwala wspomnieniom przejąć kontrolę, kiedy łzy zmoczyły jej dłonie. Wzięła kilka głębokich oddechów, próbując się uspokoić, ale było już za późno. Dawno nie czuła się tak bezużyteczna. Każdy jej wysiłek był na marne, tak naprawdę z dnia na dzień coraz mniej wierzyła, że będzie w stanie cokolwiek znaleźć. Przepełniała ją nienawiść do samej siebie i poczucie beznadziejności. On poświęcił dla niej życie, które w końcu zeszło na tory, o jakich marzył od dawna, a ona? Jedyne, czego dokonała, to zastraszanie każdego, kto dawał jej najmniejszą nadzieję na znalezienie rozwiązania. No, może nie tylko, była tak zdesperowana, że zastraszanie nie było jedyną rzeczą, do jakiej się posuwała, kiedy jej poszukiwania nie dawały skutku. Ale czy przejmowała się tym? Niespecjalnie, biorąc pod uwagę, że poniekąd jej serce zdrętwiało. Miała cel, liczyło się tylko to, by go zrealizować. Bez względu na straconą twarz, koszty, zarówno materialne jak i w odebranych życiach. Z resztą, stracona twarz była ostatnią rzeczą o jakiej myślała. Odebrano jej królestwo, oczywiście, że razem z nim obdarto ją z jakiejkolwiek godności.

    Zebrała się w sobie dopiero, gdy niebo pomiędzy drzewami zaczęło robić się ciemniejsze, a ona sama z trudem widziała na więcej niż parę metrów dookoła siebie. Potrzebowała szybko wydostać się z tego lasu, nim zapadnie zmierzch. Nie miała czasu na robienie postojów z przypadkowych powodów. Po raz kolejny przeklęła swoje osłabienie. Gdyby tylko była w pełni swoich sił magicznych, nie musiałaby odpoczywać, dzięki czemu podróżowałaby dużo szybciej. Oczywiście stać ją było na zakup konia, całego stada, gdyby sobie zażyczyła, z sakiewką pełną drogocenności, które wzięła na swoją poprzednią wyprawę. Pamiętała jednak, że jej przyjaciel stanowczo sprzeciwiał się wykorzystywaniu zwierząt dla ludzkiej wygody i nawet ją zdołał przekonać do swoich poglądów, przez co całkiem odzwyczaiła się od takich form podróży. Teraz tym bardziej wydawały jej się niewłaściwe, choć, oczywiście, dużo bardziej praktyczne.

    Otrzepała spodnie i wyprostowała przód szaty, którą miała na sobie, a potem się rozejrzała. Nie była pewna, w którą stronę powinna się udać, by znaleźć najbliższe miasto. Po zastanowieniu, ruszyła na północ. Kierunek dobry jak każdy, a gdzieś w końcu dotrze, prawda? Całe szczęście, że ta resztka magii, która jej nie opuściła, pozwalała jej nadal prowadzić życie bez marnowania czasu na sen czy jedzenie. No, przynajmniej po części, musiała odpocząć od czasu do czasu. Teraz było dużo lepiej, biorąc pod uwagę, że na samym początku swojej podróży była zmuszana do medytacji przynajmniej raz dziennie. Wciąż pamiętała pierwszy tydzień, kiedy po pokonaniu zaledwie paru kilometrów prawie straciła przytomność. Tak, medytacja oraz zbieranie sił zajęły jej wtedy całe trzy dni i noce. Od tamtego wydarzenia zaczęła się trochę bardziej oszczędzać.
    Chociaż las wydawał się być gęsty i nieprzenikniony, okazało się to być tylko mylnym wrażeniem, spowodowanym szybko zapadającą ciemnością. Niecałą godzinę później odnalazła wydeptaną, zasypaną suchymi liśćmi oraz igłami ścieżkę, widoczną tylko dzięki temu, że jej wzrok był dużo lepszy od wzroku przeciętnego człowieka. Nie mając pojęcia, dokąd ją to zaprowadzi, ale bez innych perspektyw, weszła na szlak, a niebawem jej oczom ukazał się zarys kamiennych domów, z kominów których unosił się dym. Wioska otoczona była wysokim drewnianym płotem, a przy szerokiej bramie stało kilku strażników. Widocznie nie była to wcale taka mało istotna wioska, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Nie należała do największych, co można było zauważyć już po zbliżeniu się na kilka metrów do murów, więc albo panował tu jakiegoś rodzaju stan wyjątkowy, albo przebywała tu tymczasowo ważna osobistość. Ale po co?
A kogo to obchodzi, przeszło jej przez myśl i zrobiła jeszcze parę kroków. Z tej odległości mogła już usłyszeć rozmowę strażników, ogrzewających się przy jednym z dwóch ognisk znajdujących się przed bramą.
- … ona już nie wróci, mówię ci. Sam widziałem, jak zginęła, cholera, cała wieś widziała. - mówił ten bardziej barczysty, z wąsem, pocierając dłonie i przestępując nerwowo z nogi na nogę. - Po co mamy tu tak sterczeć? Bo ktoś usłyszał jakąś plotkę, że niby widziano jak podniosła się z popiołu? Na moje oko, to bajeczka do straszenia złośliwych bachorów.
- A na moje oko, to ty jesteś przestraszony. I to tak, że prawie szczasz w gacie. - odparł ten drugi, bez specjalnego zaangażowania w tonie. - Płacą nam za stanie, to stój. Niedługo przyjdzie zmiana.
    Raksha zmarszczyła lekko brwi. To o czym rozmawiali nie było dla niej do końca jasne, ale lekko ją zaintrygowało. Podnoszenie się z popiołu? Czy ktoś tu spłonął? Jeśli tak i jeśli faktycznie wąsaty strażnik miał rację, to naprawdę mają się czego bać. Ogień to okropna śmierć. Prawie tak, jak bycie przeciętym wpół, z tą tylko różnicą, że dłuższa i boleśniejsza.
    Podeszła jeszcze bliżej, naciągając kaptur na twarz. Miała nadzieję, że mimo późnej godziny i widocznie zaostrzonej ochrony, uda jej się dostać do środka.
- Ej! Coś ty za jeden? Teraz już nikogo nie wpuszczamy, musisz zawrócić albo czekać do świtu.
Westchnęła. Naprawdę nie miała humoru na potyczki słowne, przekupstwo czy, nie daj boże, oferowanie różnego rodzaju usług w zamian za przepuszczenie. Całe szczęście, spotykała się z takim przyjęciem już wcześniej, więc wiedziała jak sobie poradzić.
- Myślę, że zrobicie wyjątek. - mruknęła do siebie i machnęła ręką na strażników ruchem, którym zwykle strzepuje się okruchy z ubrania.
    Prawie natychmiast wszyscy trzej mężczyźni rozeszli się na boki, robiąc jej miejsce bez dłuższych sprzeciwów. Przeszła szybko obok nich, nie zwracając uwagi na ich nieobecne spojrzenia. Tak jak się spodziewała, wioska naprawdę była niewielka. Szeroka, błotnista droga była słabo oświetlona głównie światłem padającym z okien licznych, małych domostw. W oddali widać było ognisko, podobne do tych przed bramą. Uznawszy, że czas na lepsze rozpoznanie będzie miała rano, skierowała swoje kroki do miejsca, które jako jedyne tętniło życiem. O ile można tak powiedzieć o odgłosach awantury i nieco bardziej stłumionych śpiewach. Tak jak się spodziewała, źródłem hałasu była gospoda. Nad wejściem wisiał szyld przedstawiający jakieś drzewo, a pod nim wyryte znaki, które, choć obce, wyglądały znajomo. Nie poświęcając czasu, by odczytać nazwę, weszła do środka i rozejrzała się. Wewnątrz stało kilka stołów, w większości pustych. Przy szynkwasie grubszy, łysiejący jegomość nalewał alkoholu do kufli. Bez namysłu skierowała się właśnie do niego, chcąc wynająć pokój.

    Oberżysta spojrzał na nią, kiedy skończył, wycierając dłonie w mokrą już ścierę. Jego mina natychmiast zmieniła się. Bardzo płynnie przeszedł z szerokiego uśmiechu do odrętwiałego przerażenia. Szybko jednak przywrócił na twarz w miarę neutralny wyraz.
- Nie wiem jak się tu dostałaś, nie moja w tym głowa. Ale jeśli cenisz sobie życie i spokój, powinnaś jak najszybciej zniknąć, nim ktoś mniej przychylny cię zobaczy.
    Czarownica uniosła brew. Mężczyzna nie brzmiał jakby jej groził, bardziej jakby ją ostrzegał. Wykazując brak jakiegokolwiek zaalarmowania, usiadła na drewnianym stołku.

- To znaczy? - zapytała, próbując zrzucić kaptur z głowy, jednak przeszkodziła jej w tym ręka barmana, zaciskająca się dość mocno na jej nadgarstku.

- Lepiej tego nie rób. Ludzie tu nie są tak przyjaźni jak niegdyś. Zwłaszcza dla takich jak ty - chrząknął. - Nie miej mi za złe, próbuję jedynie chronić siebie i rodzinę. Nie dalej jak pięć dni temu zakończono polowania. Kłopoty to ostatnie, czego mi potrzeba.

    Zanim zdążyła dopytać o coś jeszcze, ktoś z głębi sali zakrzyknął mocno zniecierpliwiony, karczmarz odpowiedział coś mało życzliwie, po czym wziął w ręce dwa kufle i zaniósł je hałaśliwemu delikwentowi.

    Raksha zastanowiła się. Najpierw ta dziwna rozmowa strażników przed bramą, a teraz to. Biorąc pod uwagę prawie nieistniejący ruch w gospodzie, właściciel powinien ucieszyć się na widok gościa. Na pierwszy rzut oka było widać, że choć ubrana w skromne, żałobne szaty, należała raczej do wyżej urodzonych, a co za tym idzie, karczmarz mógłby nieźle zarobić. Dodatkowa gotówka na pewno by mu się przydała. Zamiast tego próbował się jej pozbyć, nim zdążyła się odezwać. Chwilę zajęło jej połączenie wszystkich faktów. Wędrując po świecie nasłuchała się różnych rzeczy. Jednak, im dalej na zachód, tym częściej przewijał się jeden temat. Czarownice. A, ściślej mówiąc, sposoby ich wykrywania i pozbywania się. Palenie na stosie było jednym z nich, do tego najczęściej praktykowanym. Była świadoma, że rośnie liczba ludzi, którzy popierali takie czyny, byli święcie przekonani, że czary i magia nie służą niczemu dobremu, a wywołują jedynie nieszczęście oraz choroby. Zastanawiając się nad tym dłużej, przypomniała sobie, że po drodze mijała co jakiś czas sterty niedopalonego drewna i czarnego popiołu z wysokimi palami pośrodku, ale nie poświęcała temu zbyt wiele uwagi. Jej myśli zaprzątnięte były zupełnie czymś innym.

    Rozumiejąc już w czym problem, rzuciła na siebie urok, zmieniający wygląd. Jej skóra nie była już błękitna jak niebo, oczy przestały lśnić złotem, a biel jej włosów zmieniła się w ciemny brąz. Jedyne, co zostało z jej poprzedniego wyglądu, to piegi na okrągłych policzkach i złote znamię, ukryte pod warstwami ubrań. Gdyby weszła tak na ulice swojego byłego już królestwa, nikt nie byłby w stanie odróżnić jej od dziesiątek innych kobiet. Tu jednak wciąż się wyróżniała. Ludzie z zachodu byli jasnoskórzy, z przeważnie, równie jasnymi oczami, jednakże była pewna, że na tych terenach lepiej uchodzić za bogatą podróżniczkę z dalekiego kraju, niż za dziwadło w mało ludzkiej kolorystyce. Skoro nienawiść do czarownic była tu chlebem powszednim, wolała nie myśleć, co chcieliby zrobić z nią, gdyby poznali prawdę. Albo wymyślili swoją, prawdopodobnie bardziej niewiarygodną niż rzeczywistość.

    Kiedy karczmarz wrócił, chciał wypchnąć ją za drzwi, ale widząc zmianę jej wizerunku, tylko machnął ręką. Jeśli był zaskoczony, to nie dał tego po sobie poznać.

- Masz szczęście, że trafiłaś na mnie. Moja żona zaraz by cię pogoniła, robiąc raban na całą wieś. Ale winić jej nie można, urodziła niedawno. Teraz każdy tu o sobie myśli, nikt nie chce ryzykować. Jakby się kto dowiedział, że trzymam pod dachem... no, wiadomo, zaraz by wyrżnęli całą rodzinę, a, kto wie, może i sąsiadów. - widocznie nieco bardziej zrelaksowany, barman zrobił się też bardziej rozmowny. - Dziwić się możesz, że skoro swoich tępią, to czemu z obcymi mieliby robić wyjątek, co? Ano dlatego, że łasi na złoto są. A ty ubrana w jedwabie, złotem ozdobiona. Najdalej o świcie rządca dowie się, żeś tu była, a tedy przyjdzie i jak najlepszego przyjaciela traktować cię zacznie.
- W takim razie o świcie już mnie tu nie będzie. Potrzebuję pokoju na ledwie parę godzin. Zmęczona podróżą jestem, a jeśli chodzi o zapłatę, dostaniesz ją i za udzielenie mi schronienia i podjęcie ryzyka, jakie na ciebie ściągnęłam. Zakładam, że jest tu jakaś wolna izba? - zapytała, sięgając po sakiewkę.

    Chciała zapytać o wiele rzeczy, skoro gospodarz okazał się bardziej gościnny, niż wskazywało na to jego podejście kilkanaście minut wcześniej, ale wyczuwając, że temat, który ją interesował, nie należał do bezpiecznych, wolała go przemilczeć.

- A jest, a jakże. Pustki wszędzie, jak widać. Ludzie ze strachu nosów za drzwi własnych chałup nie wystawiają po zmroku. Zwłaszcza teraz – przez chwilę wyglądał jakby sam nie wiedział, ile może powiedzieć, a w końcu uznał, że lepiej będzie nie mówić nic. - Po schodach na górę, a potem w lewo. - poinformował. - Piwa?
    Zamrugała, nie spodziewając się takiego pytania. Zdążyła zapomnieć, kiedy ostatnio miała w ustach jakiś alkohol. W końcu skinęła głową. Trunki bez względu na swoją moc, nie wpływały w żadnym stopniu na jej świadomość, dzięki, a może przez, magię, wypłukującą każdy rodzaj trucizny z jej krwi, zanim ta zdążyła wyrządzić jakiekolwiek szkody, ale uznała, że jeśli posiedzi tu jeszcze chwilę, to może karczmarz wyrzuci z siebie kolejne informacje.

    Przesunęła w jego stronę dwa połyskujące czerwienią kamienie, które szybko zniknęły w kieszeni gospodarza. Wyglądał na już całkiem usatysfakcjonowanego. Nalał ciemnego, pieniącego się alkoholu do kufla, po czym podał go jej, a biała piana spłynęła na drewniany blat.

- Strażnicy wydawali się nieco zaniepokojeni - zauważyła, zanurzając usta w napoju.

    Prawie się zakrztusiła. Był gęsty i mocny. Odkaszlnęła i otarła usta wierzchem dłoni.

- Mało kto kręci się tu o takiej porze. Jak kto ma jaką sprawę, woli czekać aż się jasno zrobi, chyba że trzeba życie ratować. - chłopi, którzy wcześniej tak donośnie domagali się dolewki robili się coraz głośniejsi, przez co gospodarz też musiał pochylić się, by mogła go usłyszeć. - Zmiana polityczna nastąpiła, a co za tym idzie, nowy rządca nowego wroga znalazł. Z dnia na dzień okazało się, że wiedźmy wszystkie to złe są i klęskę na nas sprowadzą. Było ich tu kilka, trzy, cztery, może trochę więcej. Teraz już nikt dokładnie nie wie. Żadna się nie uchowała, choć nigdy żem nie widział, żeby klątwy jakieś rzucały czy złe uroki. Przeciwnie! Kobietom rodzić pomagały, starców leczyły, jak zaszła potrzeba, dziatwy pilnowały. Sprowadzały szczęście i urodzaj na nasze pola. Dlatego ludzie pomagali im jak mogli, kiedy polowania się zaczęły, ale znaleźli się i tacy, co woleli względy u władzy mieć, więc zaczęło się donosicielstwo. I wtedy to każdy, kto się krzywo spojrzał, nagle z miejsca czarownicą zostawał, a stąd już prosta droga na stryczek. Całe dwa lata to trwało, a ledwie ostatnie popioły ostygły, plotki się rozeszły.

    Tak jak się spodziewała, oberżysta okazał się źródłem cennych informacji, których wcale nie trzeba było siłą z niego wyciągać. Musiała przyznać sama przed sobą, że o ile przed śmiercią Giliana chętnie wysłuchiwała lokalnych historyjek, czasem nawet pomagała ludziom w ich problemach, ot tak, dla zabicia nudy, tak teraz, ciężko było jej się przejąć całą tą opowieścią. Na czymś jednak chciała się skupić, bo powracający raz po raz obraz bezwładnego ciała i krwi na rękach stawał się męczący. Poza tym całe to „wstawanie z popiołów”, choć brzmiało naiwnie, z jakiegoś powodu przykuło jej uwagę. Bardziej wiarygodne poszlaki okazały się prowadzić do ślepego zaułka, a brak innych perspektyw nie pozostawiał jej wyboru.

- Plotki? - podniosła spojrzenie na mężczyznę przed sobą.
- Ano – skinął głową. - Mieliśmy tu taką starowinkę. Nieszkodliwa, tyle, że ciekawska strasznie a i ludzie mówili, że w głowie źle miała. To od niej się wszystko zaczęło. Nocą, jak już wszyscy dawno spali, wymknęła się z chałupy. A po co? - wzruszył ramionami, rozkładając bezradnie ręce. - Nie mnie to wiedzieć. Jej wnuczek znalazł ją całą roztrzęsioną, włosy sobie z głowy rwała i mamrotała coś pod nosem. Ciężko było zrozumieć coś więcej niż „złe duchy” i „ona żyje”.
    Czarownica westchnęła. Ciężko było polegać na majakach stukniętej staruszki. Mimo swoich wątpliwości i rosnącej rezygnacji postanowiła zaczekać jeszcze chwilę.
- Och? I co dalej? Co stało się z tą kobietą? - zapytała dopijając resztę piwa.
- Zaginęła następnego dnia i nikt jej więcej nie widział. Rodzina szukała i szukała, cały las obeszli, ale na darmo. A teraz zima idzie, mówią że zgubiła się i zamarzła nim zdążyli ją znaleźć. Ale mnie się widzi – ściszył głos, tak, że teraz Raksha musiała się mocno nachylić, by cokolwiek usłyszeć – że to rządca załatwił sprawę, coby uniknąć niewygodnych plotek. Ale na dobre to nie wyszło, bo i tak wszyscy teraz wiedzą. A kto odważniejszy, wybrał się ten stos obejrzeć. Śladu po spaleniu nie było. Nic, jakby kto ładnie wszyściuchno powymiatał, a nikt na tyle odważny nie był, żeby to zrobić.

    To było już zupełnie co innego. Znikające prochy? I kilku świadków o zdrowych zmysłach? Co prawda można to było zrzucić na chęć podkolorowania rzeczywistości, bo tak naprawdę nic takiego nie miało miejsca, ale nic nie stało na przeszkodzie, by to sprawdzić.

- Dzięki wielkie za przybliżenie mi wydarzeń, które kryją się za tą niepozorną wioską. - zsunęła się ze stołka i poprawiła swoją szatę. - Mam jeszcze tylko jedno pytanie. Gdzie mieszkała owa „ona”, która miała zmartwychwstać?

    Spojrzenie karczmarza dało jej do zrozumienia, że mężczyzna woli nie odpowiadać, bo, kto wie, co mogłoby go spotkać za dzielenie się takimi informacjami, gdyby ktoś się dowiedział, skinęła głową. Uśmiechnęła się lekko, dziękując jeszcze raz za jego uprzejmość, a on westchnął i przechylił nieznacznie głowę. Z początku nie zrozumiała o co chodzi, ale wędrując oczami za jego spojrzeniem, zdała sobie sprawę, że patrzył na las. Ten człowiek był widocznie bardzo nieodpowiedzialny. Mówić o tylu rzeczach kompletnie obcej osobie? Skąd miał pewność, że przybyła tu w pokojowych celach? A może wszystko to zmyślił? Z tymi i wieloma innymi pytaniami w głowie, skierowała się do swojego pokoju.

    Był niewielki, zmieściło się w nim jedynie wąskie łóżko i mały stół, na którym stała miska. Dobrze wiedząc, że nic z tych rzeczy jej się nie przyda, zrzuciła z siebie płaszcz i podeszła do niewielkiego okienka. Widok wychodził na ulicę, którą tu doszła. Teraz była już całkiem pogrążona w mroku. W oknach większości domów też nie paliło się światło.

    Czarownica próbowała skupić myśli. Chłodne powietrze wpadające do pokoju uspokajało ją i po kilku głębszych wdechach i wydechach osunęła się na podłogę. Miała pełno wątpliwości i nikogo, kto mógłby je rozwiać, albo przynajmniej na moment oderwać od nich jej uwagę. Czy to, co robiła, miało w ogóle jakiś sens? Czy do czegoś ją doprowadzi? Co potem? A co, jeśli nie będzie żadnego potem? Zamknęła oczy, ale pomimo wysiłku, nie mogła zapaść w trans. Jeśli jej się uda, co będzie z Gilianem? Czy będzie taki sam, jak przed śmiercią? Spotkała już na swojej drodze czarnoksiężników, którzy przywoływali trupy do życia, tyle że... wciąż były trupami. Bezmyślnymi, martwymi lalkami, sterowanymi przez swoich panów. Żadnego z nich nie zostawiła przy życiu, nie mogąc pogodzić się z kolejnym niepowodzeniem. Przy okazji uratowała od wybicia kilka większych i mniejszych miasteczek. Jeśli jej przyjaciel wróciłby, ale w taki sposób, musiałaby się go pozbyć, ale czy byłaby do tego zdolna? Szczerze w to wątpiła, dlatego szukała bardziej skutecznego sposobu, choć nikt nie wiedział, czy taki w ogóle istnieje. Powoli traciła nadzieję, a każda nieudana próba obdzierała ją z determinacji. Jakby brakowało jej zmartwień, dochodziła jeszcze cała sprawa z utratą królestwa. Daleko jej było do odbicia go, nie wiedziała nawet, czy chce. W tej chwili było jej to kompletnie obojętne, ale zastanawiała się, czy wysłano za nią jakiś pościg. Co prawda przez całą swoją podróż nie wyczuła ani nie zauważyła nikogo podejrzanego, nikt nie próbował jej zaatakować, ale... ten spokój właśnie martwił ją najbardziej. Chociaż z drugiej strony, jakie niby stanowiła zagrożenie? Była sama, bez sprzymierzeńców, bez armii, dużo słabsza niż kiedyś. Brakowało jej też planu, ale przeciwnik mógł myśleć inaczej.

    Udało jej się odpłynąć dużo później niż chciała, a skupiona była tak słabo, że do rzeczywistości przywróciły ją pierwsze, odległe odgłosy poranka; piane koguta, głośne rozmowy piętro niżej i stukot garnków. Opadła łagodnie na podłogę, otwierając oczy. Słońce dopiero wschodziło. Niebo nie było już szare, ale pierwsze promienie dopiero rozjaśniały horyzont. Przeciągnęła się, założyła płaszcz, a potem, pamiętając ostrzeżenie gospodarza, z powrotem zaczarowała swój wygląd. Zeszła na dół, by oddać klucz, jednak zamiast mężczyzny z wczoraj, za kontuarem spotkała niską, pulchną kobietę z długim blond warkoczem wystającym spod białej chusty na głowie. Oddała jej klucz, dziękując za nocleg i żegnając się. Zignorowała całkiem ciekawskie spojrzenia, jakie śledziły ją aż do bramy. Chwilowo oślepieni strażnicy nie stanowili żadnej przeszkody. Odzyskali wzrok dopiero po tym, jak zdążyła zniknąć pomiędzy drzewami. Co prawda wątpiła, by zaczepili kogoś, kto opuszczał ich wioskę, ale wolała przyciągać jak najmniej uwagi.

    Kierując się wskazówką, którą dostała od karczmarza, znalazła się w lesie. Ale co dalej? W którą stronę ma iść, czego szukać? Czy żywa-martwa czarownica, o której wczoraj słuchała mieszkała w normalnym domu? I, o ile oczywiście to wszystko to prawda, czy była dostatecznie przytomna i rozumna, by do niego wrócić? Natknięcie się na śmierdzącego, chodzącego trupa z samego rana należało do wydarzeń, których wolała uniknąć. Chciała rozciągnąć najpierw mięśnie stężałe po nocy spędzonej w jednej pozycji.

    Szła i szła, temperatura zdążyła wzrosnąć nieznacznie, słońce wspięło się na sam szczyt nieba, a potem zaczęło opadać, a Raksha miała wrażenie, że nie zrobiła ani kroku naprzód. To znaczy, stawiała kroki, ale jednocześnie stała w miejscu, widok dookoła zlewał się w jedno, a wszelkie odgłosy lasu stały się w końcu jednostajnym szumem. Czuła się otępiała, jakby nie do końca była w stanie przyswoić otaczający ją świat. Jej wizja zaczęła się rozmywać, a kształty rozlewać. Chciała przetrzeć twarz, ale zdała sobie sprawę, że nie ma rąk. Spojrzała w dół. Nóg też nie było widać. Lekko zaskoczona próbowała wymacać resztę swojego ciała, brzuch, ramiona, głowę, ale na darmo. Czy wciąż istniała? Czuła się naprawdę dziwnie, oderwana całkiem od tego, co wokół niej, ale wciąż się czuła, czyli chyba istniała. Dopiero kiedy dookoła siebie zobaczyła swoje kopie, do jej otumanionego umysłu dostała się myśl, że coś tu było nie tak. Z tym mogła już jakoś pracować. Zmusiła się całą swoją siłą woli do odparcia uroku, pod którego była wpływem. Kiedy już wróciła jej świadomość, pokonanie czaru okazało się całkiem proste, co wykluczyło z grona podejrzanych jej głównego wroga. Magia była silna, bo nie wiedziała nawet kiedy ją trafiła, ale daleko jej było do boskich mocy. Ktoś widocznie bardzo jej tu nie chciał. A to pozostawiało tylko jedną możliwość: gdzieś niedaleko jest całkiem potężna czarownica, która najwidoczniej nie należy do gościnnych.

    Będąc już przygotowaną na następne ataki, ruszyła w stronę, z której wyczuwała największe skupienie magii. Tym sposobem szybko dotarła na skraj lasu, na polankę otoczoną świerkami, na środku której stała mała chatka ogrodzona prowizorycznym płotem. W oddali skrzyła się powierzchnia stawu, co zwróciło jej uwagę na to, że słońce wcale nie zachodziło. Przeciwnie, był dopiero środek dnia. W takim razie urok zaczął działać dużo wcześniej, niż myślała. Była pod wrażeniem umiejętności tej czarownicy. Jeśli ktoś taki jak ona rzeczywiście powstał z martwych, to chyba cieszę się, że jestem sobą, a nie tym kretynem, który z nią zadarł, pomyślała, zbliżając się do uchylonej furtki. Tutaj odczuła finalne uderzenie magii. Przez jej głowę przemknął nagły ból, ale zniknął tak szybko jak się pojawił. Czym prędzej podeszła do drzwi i nie namyślając się dłużej, zapukała. Co prawda nie było zza nich słychać żadnych odgłosów, ale to jeszcze nie było żadnym dowodem. Ktoś, kto zadał sobie trud ustawienia takiej bariery zwodzącej woli pozostać w ukryciu.

- Jest tam ktoś? - zapytała, ponownie uderzając pięścią w drzwi. Nieco więcej siły, a się rozlecą. - Przybywam z pokojowym nastawieniem, chcę jedynie porozmawiać.

    Po dłuższej chwili ciszy usłyszała jak ktoś powoli podszedł pod drzwi.

- Odejdź stąd! Nie potrzeba mi tu gości – głos z pewnością należał do młodej kobiety, ale brzmiał strasznie słabo, niewyraźnie, jakby przed chwilą wybudziła się z głębokiego snu.

    Spodziewając się takiego obrotu spraw, Raksha nie myślała nawet o usłuchaniu prośby.

- Nie przychodzę w gości, szukam tylko rady. I pomocy, jeśli jesteś skora mi jej udzielić. - zaczęła, ostrożnie wybierając słowa. - Skoro doszłam aż tutaj, to pewnie już wiesz, że jestem czarownicą. Przyznaję, że nie zgłębiłam dokładnie kultury twojego kraju, ale słyszałam o zasadzie siostrzeństwa. Czy nie polega ona na wyciągnięciu pomocnej dłoni i wsparciu drugiej czarownicy, kiedy ta jest w potrzebie?

    Następna chwila ciszy, tym razem tak długa, że Raksha była pewna, że została zignorowana. Trzymając swoje nerwy na wodzy, miała już podjąć następną próbę, gdy wreszcie dostała odpowiedź:

- Skoro nie jesteś stąd, to odejdź i szukaj pomocy w swoich stronach! Skąd mam mieć pewność, że jesteś tą, za którą się podajesz?

    Była księżniczka w zaskoczeniu uniosła brwi, zastanawiając się nad odpowiedzią. Racja. Jeśli osoba za drzwiami faktycznie została spalona na stosie, to miała wszelkie prawa, by być podejrzliwą. Magia, na którą natknęła się idąc tu, nie została rzucona, by atakować, tylko by się chronić. Ta myśl prawie natychmiast uspokoiła ją, ale zalała też falą współczucia. Ciężko było jej uwierzyć, że ktoś, kto był tak przerażony i nieufny był w stanie być złą osobą w swoim poprzednim życiu.

- Hm. No dobrze. Co ty na to? Cofnę się pod furtkę. Ty otworzysz drzwi i jeśli wydam ci się w jakimkolwiek stopniu podejrzana czy wrogo nastawiona, będziesz miała dość czasu, by mnie zaatakować. A jeśli okaże się, że jestem tym, kim mówiłam, wysłuchasz mnie, dobrze?

    Nie wiedziała czy traktowanie drugiej czarownicy jak zaszczutej sarenki to dobra taktyka, ale postawiła wszystko na jedną kartę. Jeśli to nie zadziała, nerwy jej puszczą i będzie musiała rozwalić wszystko dookoła, a informacje z kobiety zza drzwi wydobyć siłą. Skoro dobrocią i cierpliwością wiele nie wskóra, musiała uciec się do przemocy, czego kiedyś szczerze nienawidziła.

    Brak odpowiedzi uznała za zgodę, więc zrobiła parę kroków do tyłu, aż na plecach wyczuła szczeble płotu, które lekko odchyliły się pod jej ciężarem. Krzyknęła, dając znać tej drugiej, że dopełniła swojej części umowy, ale nic się nie wydarzyło. Będąc już nieźle poirytowaną, miała przejść do planu numer dwa, ale wtedy drzwiczki skrzypnęły i pojawiła się w nich niska postać.

    Przez długą chwilę obie mierzyły się spojrzeniem. Czarownica z chatki miała długie, splątane czarne włosy, równie ciemne oczy, podkrążone tak mocno, jakby ostatnio spała dzień po swoich narodzinach i brudną, w wielu miejscach poprzecieraną szarą sukienkę. Stała w wejściu skulona, ściskając w dłoniach równie zniszczony fartuch i patrzyła na nią podejrzliwie, z przestrachem, jak porzucony, wygłodzony kundel, który mimo swego stanu gotowy jest rzucić się do gardła, nawet jeśli będzie to ostatnia rzecz w jego życiu. Bardziej jednak od tego wszystkiego, w oczy rzucała się jej skóra. Blada, wręcz biała, co jeszcze bardziej uwydatniało cienie pod jej oczami. Był to niezdrowy odcień, taki sam jak miał on, kiedy go ostatnio widziała. Poczuła lekką falę mdłości na samo wspomnienie, więc musiała odwrócić wzrok. Albo taka była uroda jej nowej znajomej, albo plotki były prawdziwe i stał przed nią żywy dowód na istnienie życia po śmierci.

- To fakt. - usłyszała, co zwróciło jej uwagę z powrotem na drugą kobietę. - Nie jesteś miejscowa. Ale to jeszcze nie potwierdza twoich intencji.
- Och daj spokój. Jestem tutaj, a to znaczy, że jestem albo równie potężna jak ty, albo potężniejsza. Gdybym więc chciała cię skrzywdzić, do czego nie mam żadnego powodu, to zrobiłabym to w dużo mniej kulturalny sposób, bez zwracania twojej uwagi.

    To chyba w końcu ją przekonało przynajmniej na tyle, by otworzyła drzwi szerzej, niemo zapraszając ją do środka. Raksha powoli podeszła, a gdy mijała drugą czarownicę, poczuła słaby zapach palonego drewna i dymu. Była pewna, że gdyby dotknęła jej skóry, ta okazałaby się zupełnie sztywna i lodowata, pomimo zupełnie innych skojarzeń węchowych.

    Wnętrze chatki stanowiła jedna duża izba, w której stało palenisko, stół, trzy krzesła i łóżko. Na ścianach wisiały związane bukiety suszonych ziół i kwiatów. Podłogę stanowiły zimne płyty kamienne, a jedynym źródłem światła były dwa okna: jedno od strony kuchennej, wychodzące na staw, a drugie znajdujące się nad łóżkiem. Rozchodził się z niego widok na las, a dokładniej na drogę, którą tu dotarła. Pomieszczenie wypełniał odór zgnilizny, którego źródło szybko udało jej się zlokalizować. Kosz, stojący na stole, wypełniony był zepsutymi owocami i warzywami, w których zalęgło się robactwo.

    W pierwszym odruchu chciała szybko wyrzucić to ohydztwo przez okno, ale nie była przecież u siebie. I nie po to tu przyszła.

    Drzwi znów skrzypnęły, a Raksha nagle poczuła się boleśnie świadoma tego, kto stoi za nią. Chociaż nie miała się czego bać, poczuła zimny dreszcz przechodzący jej ciało, kiedy druga czarownica przeszła obok niej.

- Usiądź proszę. - powiedziała, podchodząc do gnijących owoców.

    Na skutek zbyt wybujałej wyobraźni Raksha pomyślała, że zaraz zostanie poczęstowana robaczywym jabłkiem, które dni swojej świetności miało dawno za sobą. Na samą myśl lekko się wzdrygnęła. Całe życie nic nie jadła i jeśli miałaby czegoś spróbować, wolałaby, by było to coś bez białych, wijących się larw w środku.

    Zamiast tego, druga czarownica podniosła koszyk i z obojętnością, za którą była księżniczka miała ochotę jej pogratulować, po prostu wrzuciła go w ogień palący się pod kociołkiem. W środku, co zauważyła ze skrywaną ulgą, nie gotowała się zupa z zębów i gąsienic, tylko najzwyklejsza, czysta woda.

    Przypominając sobie o zaproszeniu, usiadła na krześle. Przez moment przyglądała się drugiej kobiecie. Teraz, w świetle promieni słonecznych wyglądała nieco żywiej, ale wyraz jej twarzy sprawiał wrażenie, jakby ona sama była gdzieś daleko stąd.

- Przepraszam za to – zrobiła ruch ręką w stronę paleniska, gdzie skwierczały ostatnie robaki. - Ostatnio... czułam się trochę gorzej.

    Całkiem delikatne określenie na bycie martwą, pomyślała Raksha.

- Więc? Co cię tu sprowadza? Jakiej prośby mam wysłuchać?

    Zdając sobie sprawę, że milczy odkąd weszła do chatki, chrząknęła. Oderwała natrętne spojrzenie od swojej rozmówczyni i zebrała myśli.

Zeszłego wieczoru prawie zgubiłam się w lesie. Jakimś cudem odnalazłam drogę, prowadzącą do wioski, gdzie dowiedziałam się o czarownicy, która ma wyjątkową moc. - widząc, że twarz ciemnowłosej kobiety stężała nagle, skłamała uspokajająco: - Nikt nie wie, że tu jestem. Z resztą, wątpię, by ktoś przedarł się przez twoją zasłonę. W każdym razie, ja też posługuję się magią, jeśli będziemy w tarapatach, to obie.

- Dość mam tarapatów – pierwszy raz dało się usłyszeć w jej głosie jakąś emocję. Brzmiała, jakby tym razem to ona traciła cierpliwość. - Przejdź do rzeczy. Do czego potrzebujesz mojej pomocy, skoro bez problemu poradziłaś sobie z moimi sidłami?

    Rozumiejąc, że komplementami daleko nie zajdzie, Raksha postawiła sprawę jasno:

- Tak, jestem całkiem silna, ale moja moc ma granice, których twoja zdaje się nie trzymać. Powiedz, czy to prawda, że udało ci się wrócić z martwych?

    Wcześniej zmarszczone brwi drugiej czarownicy, wróciły do poprzedniej pozycji, a jej twarz znów przybrała obojętny wyraz. Wyglądała na jeszcze bardziej zmęczoną niż przed minutą, przez co Raksha poczuła lekkie wyrzuty sumienia. Szybko odsunęła je od siebie. Nie czas teraz na skrupuły.

- Jeśli o to chodzi, to nie mogę ci pomóc.

    Wydawało jej się, że była przygotowana na te słowa, ale i tak poczuła, jakby podłoga usunęła się jej spod stóp, a ona zaczęła spadać. Wstała i trzasnęła dłonią w stół.

- Nie możesz, czy nie chcesz? Wysłuchaj najpierw o co chodzi, a decyduj później!

    Cierpliwość zawsze była tą cnotą, której niedobór każdy jej wypominał, a od kiedy straciła jedyną pewną w swoim życiu, zdawała się zniknąć zupełnie. Teraz, kiedy wreszcie znalazła dowód, że wszystkie jej nadzieje miały szansę się ziścić, nic nie było w stanie odciągnąć jej od celu. 

    Była nieco niższa od drugiej czarownicy i na pewno o wiele drobniejsza w budowie, dlatego ludzie często traktowali ją pobłażliwie, nie zważając na jej słowa. To tam właśnie popełniali błąd. Gdyby to od niej zależało, ciało, do którego została przywołana, wyglądałoby całkiem inaczej. Czasami naprawdę wolała wyglądać na kogoś, kogo trzeba się bać. Chociażby po to, by nie musieć udowadniać swojej siły praktycznie za każdym razem, gdy chciała coś osiągnąć. W tych czasach mało kto pomagał innym z dobroci serca.

- Słuchaj, przeszłam prawie pół świata, znosiłam obleśnych typów, użerałam się z aroganckimi dupkami i zapatrzonymi w siebie gnojami. Żaden z nich nie był specjalnie milusi, częściej niżbym chciała musiałam wyciągać z nich wszystko siłą. Kiedy trzeba było, nie cofnęłam się przed pozbawieniem ich różnych części ciała albo świadomości. Uciekłam z różnych więzień, manipulowałam ludzi, którzy myśleli, że jeśli mają władzę, to będą mną pomiatać. Nie wiem czy potrafię doliczyć się ile razy próbowano mnie zabić, oszukać albo wykorzystać. I możesz mi wierzyć, że po tym wszystkim nie ma rzeczy, której bym nie zrobiła. Więc teraz ty masz tylko jedno rozwiązanie, jeśli chcesz wyjść z naszego spotkania cało: opowiesz mi jakim cudem wciąż jesteś żywa, chociaż nie tak dawno usmażono cię jak kurczaka ku uciesze tłumu, ja zabiorę tę wiedzę ze sobą i nigdy więcej się nie zobaczymy.

    Popatrzyła w końcu w oczy drugiej wiedźmy i z zaskoczeniem zauważyła, że jej mina nie zmieniła się nawet odrobinę. Wciąż obserwowała ją bez większego zainteresowania. Gdy w końcu w pomieszczeniu zapanowała cisza, westchnęła i podniosła się. Zdjęła kociołek znad ognia, a potem przeszła do części kuchennej, całkiem ignorując obecność swojego gościa. Stanęła plecami do Rakshy, więc trudno było powiedzieć, co robi, ale po chwili krzątania się przy ziołach, wróciła z dwoma glinianymi kubkami pełnymi gorącego napoju.

- Proszę. To melisa i rumianek, uspokoją twoje nerwy - powiedziała uprzejmie. Z powrotem usiadła na krześle. - Pozwól, że teraz wysłuchasz mnie. Zastraszanie i groźby mogą zadziałać na tych, których wymieniłaś, ale nie na mnie. Po tym jak czułam, jak płonę, jak moja skóra skwierczy i odpada od ciała, jak każdy mięsień się smaży i kości zmieniają w proch mało jest rzeczy, których się obawiam. Jedyne, co mogłam zrobić, to krzyczeć, ale nie przyniosło to żadnej ulgi. Świadomość straciłam dopiero wtedy, kiedy udusiłam się dymem. Gdyby nie to wybawienie, pamiętałabym każdą następną sekundę bólu, dopóki moja czaszka nie zostałaby strawiona przez płomienie. Śmiało więc, jeśli wymyślisz torturę, która gorsza będzie od tego, chętnie się jej poddam. Jeśli rozchodzi się o odbieranie świadomości, możesz mi wierzyć, że niczego bardziej nie pragnę, niż pozbycia się swoich wspomnień, więc jeśli naprawdę jesteś w stanie tego dokonać, to proszę, oddaję się w twoje ręce z największą przyjemnością. Sądzę jednak, że okrucieństwo, to twoja ostatnia deska ratunku. Już przed wejściem tu brzmiałaś na wyjątkowo zdesperowaną. Uspokój swoje nerwy, opowiedz na czym polega twój problem, a ja obiecuję, że dam ci szczerą odpowiedź czy jestem w stanie pomóc.

    Raksha wysłuchała tego ze szczerym zdumieniem. Jej ton ani słowa zdawały się nie robić na drugiej czarownicy żadnego wrażenia. Mogła się uciec do podstępnego triku z użyciem magii, była to jedna z broni ostatecznych, po które sięgała przy wyjątkowo upartych rozmówcach, ale coś jej mówiło, że tym razem to nie miało sensu. Wiedźmy są przygotowane na takie sztuczki w swoim towarzystwie. Zbyt zmęczona a także skuszona wizją pokojowego rozpatrzenia swojej prośby kiwnęła w końcu głową.

- Zawsze z ciebie taka dyplomatka? - zapytała z przekąsem. - Poznam w końcu twoje imię?
- Nevina.

    Imię brzmiało naprawdę egzotycznie. I prosto. Łatwo będzie je zapamiętać.

    Potem Raksha zaczęła swoją opowieść. Starała się skrócić ją jak najbardziej, ale czarownica przerywała jej co parę zdań, dopytując o to czy tamto. Kiedy dotarła do śmierci Giliana musiała na moment zamilknąć i napić się ziołowego naparu, który zdążył już wystygnąć. Co prawda nie było szans, że w jakikolwiek sposób ukoi jej nerwy, ale potrzebowała krótkiej przerwy w swojej opowieści, by zebrać myśli. Chciała pominąć ten fragment, bo dalej ciężko znosiła wspominanie tego wydarzenia, a Nevina widząc jej niechęć skinęła głową, dając do zrozumienia, że pojęła o co chodzi i kazała mówić co było dalej.

    Po historii z ukrywaniem ciała przeszła do skrócenia swojej podróży, która przywiodła ją już tutaj. Przerwała dopiero, gdy usłyszała głośne burczenie z brzucha drugiej kobiety. Och, no tak. Czasem wciąż zapominała o typowo ludzkich potrzebach.

- Przepraszam. Spałam, kiedy do mnie przyszłaś i nie zdążyłam nic dzisiaj zjeść.

    Nevina wyglądała na zakłopotaną swoim stanem. Rozejrzała się dookoła siebie, jakby spodziewając się, że gotowy posiłek znajdzie gdzieś na podłodze czy łóżku, a potem spuściła głowę.

    Sądząc po stanie tamtego koszyka, nie jadła od naprawdę dawna. Gdybym miała przy sobie coś więcej, niż sakiewkę wypchaną złotem, to mogłabym jej oddać.

- Przypuszczam, że nie masz tu nic jadalnego? - zapytała, wstając. W odpowiedzi dostała nieśmiałe spuszczenie wzroku. - Nie ma powodu do wstydu. Co ty na to, żebym wróciła do wioski i przyniosła ci coś do jedzenia?

    Obawiała się, że na wzmiankę o powrocie do wioski Nevina dostanie szału albo przynajmniej zacznie panikować, ale chyba udało jej się zdobyć odrobinę zaufania. Po trzykrotnym zapewnieniu, że to żaden problem, bo i tak chętnie się przespaceruje, mając trochę rzeczy do przemyślenia, została w końcu wypuszczona.

    Świeże powietrze, choć z dnia na dzień chłodniejsze, było naprawdę przyjemne po zaduchu panującym w chatce. Nevina obiecała posprzątać trochę przed jej powrotem, tłumacząc się, że po zmartwychwstaniu trudno jej było znaleźć siły i motywację do jakiegoś działania. Jakby ktoś musiał tłumaczyć się ze śmierci.

      W drodze na targ zdała sobie sprawę, że odczuła ulgę, wyrzuciwszy z siebie większość bolączek, które sprowadziło na nią morderstwo przyjaciela. Chociaż czarownica była wciąż praktycznie obcą osobą, w dodatku taką, z którą miały ją łączyć tylko interesy, okazała się dobrą słuchaczką i nawet jeśli nie mówiła zbyt wiele, sama jej obecność w jakiś sposób działała uspokajająco. Dopiero wracając z jedzeniem, zdała sobie sprawę, że dała uspokoić się trochę za bardzo i nie otrzymała obiecanej odpowiedzi. Mimo tego, miała niezrozumiałą pewność, że nie zostanie oszukana, choć ta bardziej rozsądna część jej osobowości podpowiadała jej, by następnym razem była ostrożniejsza. Głupio byłoby zaprzepaścić taką szansę z powodu swojej naiwności.

      Po wejściu do chatki, ledwie ją poznała. Okna były otwarte, przez co cały smród zgnilizny i stęchlizny zdążył wywietrzeć. Co prawda w środku było dużo chłodniej, niż zdolna była zaakceptować, ale wolała zmarznąć niż spędzić więcej czasu w tym zaduchu. Stół został wytarty, naczynia umyte praktycznie lśniły susząc się w ostatnich promieniach słonecznych, popiół z paleniska wyniesiono, a pościel była właśnie w trakcie prania. Nevina miała ręce zanurzone po łokcie w gęstej pianie, wypływającej z drewnianej bali na podłogę, a jej brudna sukienka była teraz dodatkowo mokra. Szorowała gruby materiał, ochlapując się wodą i była tak zaangażowana w swoje zadanie, że nawet nie zauważyła powrotu Rakshy.

- Widzę, że nie próżnowałaś – skomentowała była księżniczka. - No i mam nadzieję, że przemyślałaś swoją decyzję.

    Odłożyła kosz na stół i rozsiadła się przy nim jak ciężko zmęczony człowiek po całym dniu pracy na budowie. Dopiero jej słowa przykuły uwagę czarownicy, która natychmiast podniosła głowę. Jej policzki wciąż były strasznie białe i jeszcze bardziej wyglądała jak ktoś o krok od omdlenia.

- Och, no tak. Jest jeden sposób, który mógłby zwrócić życie twojemu przyjacielowi, ale muszę cię ostrzec, że chyba nikt wcześniej tego nie próbował. Nie wiadomo, czy zadziała. Poza tym to nie jest tak, że dostałam drugą szansę za darmo. Rytuał, który odprawiłam, niesie za sobą spore koszta. Sam w sobie nie jest bolesny, a chodzi w nim tylko o to, że kiedy umarłam przedwcześnie, nie miałam szansy przeżyć tych wszystkich lat, które były jeszcze przede mną. Musiałam poświęcić ich znaczną część, by móc znów stąpać po tej ziemi. Nie mam pojęcia ile tych lat było, a co za tym idzie, mogę umrzeć nim skończę to zdanie, albo dopiero za dwa dziesięciolecia.

    Raksha spodziewała się czegoś takiego. W końcu życie było całkiem wartościowe, by je odzyskać trzeba było oddać w zamian coś równie cennego. Ale... skoro Gilian jest już martwy, co takiego mógłby wymienić? Nevina chyba domyślając się, o co chciała zapytać, kontynuowała:

- Sposób, o którym mówię, nie jest nigdzie spisany ani potwierdzony. Jest to bardziej teoria, krążąca w mojej rodzinie od pokoleń. Otóż zdolność wracania do żywych jest dziedziczona z matki na najstarszą córkę. Już tutaj mamy konflikt, twój przyjaciel nie jest moim krewnym. Jednak skoro zdolność ta przenosi się z krwią... jedna z moich babek, dawno, dawno temu, bardzo interesowała się działaniem ludzkiego organizmu. Wpadła na pomysł, że możliwe byłoby poszerzenia grona ludzi z tym darem, oddając im trochę swojej krwi. Została potem nazwana wariatką za szerzenie takich teorii, bo przyznasz, nie brzmi to bezpiecznie. Tak więc nie próbowano tego wcześniej, w obawie przed konsekwencjami na żywych ludziach. Ale... biorąc pod uwagę, że... - westchnęła, próbując w delikatnych słowach ująć „skoro on już i tak umarł”, ale poddała się i zwiesiła ramiona – raczej nie wyrządzi mu to większej krzywdy. A jeśli chodzi o sam rytuał, pokażę ci, jak go wykonać. Musisz się tylko zastanowić, czy jesteś na to gotowa i co byłabyś w stanie poświęcić.
- Skoro o tym mowa, dla niego jestem w stanie poświęcić tyle, ile on poświęcił dla mnie. Wszystko.

    Nevina wyglądała na zaskoczoną taką odpowiedzią. Jakby spodziewała się rezygnacji albo przynajmniej prośby o czas do namysłu.

        Bez słowa wyjęła z wody pościel, pod ciężarem której lekko się zatoczyła, a potem wyszła przed dom, by rozwiesić ją na płocie z tyłu ogródka. Przez okno Raksha dostrzegła, że coś w nim rosło, ale nie poznała w tych roślinach niczego jadalnego. Kiedy czarownica wróciła, wylała brudną wodę przez okno, a potem zamknęła je, odcinając dostęp świeżego powietrza.

- Przyznaję, wywarłaś na mnie wrażenie. Jesteś naprawdę oddaną osobą. Zastanów się tylko, czy ktoś, kto umarł, by cię chronić, byłby szczęśliwy, wróciwszy do świata, w którym ciebie nie ma.

        Raksha skrzywiła się, na końcu języka mając kilka słów o tym, że to tylko jej sprawa za kogo odda swoje życie i jakim prawem osoba postronna wtrąca się w jej wybory, ale zamknęła usta, zanim cokolwiek się z nich wydobyło. Nevina nie była dłużej osobą postronną, skoro zgodziła się wziąć w tym udział, a w jej słowach było trochę racji. Cały ten czas, przez wszystkie miesiące, brała pod uwagę tylko siebie i to, co ona sama myślała o tej sprawie. Ani razu nie przyszło jej do głowy, by zastanowić się nad tym, co poczuje Gilian, kiedy otworzy oczy i okaże się, że jej nie będzie. Miała wcześniej niesamowity mętlik w głowie, ale jeśli była pewna jednej rzeczy, było nią to, że prawdopodobnie nie przeżyje, by zobaczyć swojego przyjaciela. Zaakceptowała to całkiem szybko. Chciała dużo, a wiedziała, że coś takiego nie przychodzi za darmo. Teraz jednak odczuwała lekki dyskomfort myślowy. Słowa czarownicy wprawiły ją w ten stan, więc przez chwilę miała ochotę mocno trzepnąć ją w głowę.

- Taa... Idź się wykąp, a ja się przejdę – machnęła ręką, a potem wyleciała z chatki jakby się paliło.

    Resztę popołudnia spędziła nad stawem. Latało tam pełno owadów, od wody ciągnęło chłodem, a ciemne chmury na horyzoncie nie zapowiadały pięknego wieczoru, ale w żadnym stopniu jej to nie przeszkadzało. Siedziała na samym brzegu, mokra ziemia z oblepiła jej jasne szaty, a ona przyglądała się zachodzącemu słońcu w skupieniu. Myślała o miejscu, w którym zostawiła zakonserwowane ciało Giliana, o tym, czy to, co robi jest słuszne. Wypadałoby wysłać jakąś wiadomość do jego narzeczonego, mógłby się w końcu na coś przydać. Z jednej strony rozumiała i akceptowała jego żałobę, wiedziała, jak ważny jest to okres w ich kulturze i mimo poczucia obowiązku w informowaniu go o swoich postępach, nie zakłóciła jej ani razu. Teraz jednak nastąpił przełom, więc rozpacz rozpaczą, ale była robota do wykonania.

        Kontemplacje i planowanie przerwała jej czarnowłosa czarownica, wołając ją na kolację. Chociaż nie potrzebowała jedzenia, poszła za nią do środka, a przy posiłku, którego odmówiła, rozmawiały głównie o niej. Nevina miała pełno pytań, zwłaszcza, że nigdy wcześniej nie poznała nikogo o takim wyglądzie. Kiedy dowiedziała się, że ma do czynienia z duchem, powołanym do istnienia przez boga, była lekko onieśmielona, ale szybko jej przeszło, bo zaczęła ją zasypywać następnymi pytaniami. Raksha też chciała dowiedzieć się jeszcze kilku rzeczy. Najbardziej nurtowało ją jedno: dlaczego ktoś dobrowolnie skazał się na bycie bombą, która może wybuchnąć w każdej chwili? Miała jakiś cel? Chciała kogoś chronić? Czy aż tak bardzo nie chciała umrzeć, że trzymała się życia za wszelką cenę, nawet jeśli było to kompletnie bez sensu?

    Postanowiła, że to, tak jak i pisanie listu do Yulana będzie jutrzejszym problemem. Kiedy Nevina spała już na łóżku, przykryta grubym futrem z jakiegoś leśnego zwierzęcia, Raksha usiadła na podłodze, skrzyżowała nogi i zapadała w trans. Dookoła było spokojnie, poza okazyjnym pohukiwaniem sowy nic nie zakłócało ciszy, a dobre wiadomości z minionego dnia zapewniły jej dużo łatwiejsze odcięcie się od rzeczywistości niż ostatnimi czasy.


    Chmury, które widziała pod wieczór, zdawały się krążyć i krążyć przez całą noc, ale deszcz spadł dopiero nad ranem. Rakshę wybudziło dopiero trzaśnięcie drzwi, a kiedy się rozejrzała, okazało się, że jest sama. Za oknem dopiero robiło się jasno, więc chciała powrócić do przerwanej czynności jeszcze na kilka godzin, ale wyciszenie było teraz trudniejsze, kiedy przed chwilą została z niego wyrwana tak gwałtownie. Poza tym zaczęło też grzmieć i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się prawdziwa burza. Westchnęła, podnosząc się na nogi. Zamierzała poczekać na Nevinę – swoją drogą, gdzie ją poniosło w taką pogodę? - a potem poprosić ją o kawałek pergaminu i coś do pisania. Im szybciej powiadomi Yulana tym lepiej, poza tym, gdyby jej ślub został anulowany w taki sposób, chciałaby być na miejscu, gdyby ktoś próbował wskrzeszać jej narzeczonego.

    Po rozprostowaniu kości, stwierdziła, że dołoży trochę drewna, bo ogień w palenisku prawie całkowicie się wypalił. Chociaż chłód nie był w stanie wyrządzić jej żadnej krzywdy, trudno było jej ścierpieć różnicę temperatur między tym miejscem, a jej byłym królestwem. Tam zawsze było gorąco, mimo otaczających pałac chmur. Rozejrzała się w poszukiwaniu tego czegoś, czym czarownica rozpalała wczoraj ogień, ale szybko się zniecierpliwiła i po prostu strzeliła palcami. Pomieszczenie od razu wypełnił odgłos trzaskających bierwion, a kilka iskier wzleciało w powietrze. Raksha potarła dłonie o siebie. Dzisiejsza medytacja napełniła ją spokojem i mocą, jakiej już dawno nie czuła. Mrowienie magii w jej żyłach było tak odczuwalne, iż miała wrażenie, że będzie widoczne gołym okiem. Po raz pierwszy od dawna w jej umyśle zakiełkowała pozytywna myśl: teraz już wszystko będzie dobrze. W ciągu nocy spłynął na nią pomysł, który, być może, pozwoliłby na ominięcie poświęcenie życia. Żeby zdobyć pewność, musiała jednak przedyskutować to z Neviną.

    Znudzona czekaniem, już miała po nią wyjść, kiedy usłyszała za sobą:
- Wiem, że nie robi ci to różnicy, ale na śniadanie będą jajka.

    Musiała się aż odwrócić, bo prawie nie poznała jej głosu. Nevina wyglądała dużo lepiej niż wczoraj. Chociaż wciąż była blada i miała cienie pod oczami, wydawały się dzisiaj odrobinę jaśniejsze, a na jej policzkach widniał cień rumieńca. Włosy nadal skołtunione, opadały jej wilgotnymi strąkami na twarz, na której widniał szeroki uśmiech. Raksha mimowolnie odpowiedziała tym samym, natychmiast się podnosząc.

- Skąd je masz? Ukradłaś? - zapytała zdziwiona, patrząc jak wiedźma ostrożnie odkłada jajka schowane dotąd w fałdach świeżej pościeli.
- Zgłupiałaś? W promieniu paru dobrych kilometrów nie ma żywej duszy. Mam kury – wyjaśniła z dumą, zaczynając krzątać się w kuchni.
- Och – odparła Raksha w zamyśleniu – Smacznego.

    Nie do końca wiedziała jak zacząć temat tego całego rytuału, więc uznała, że najlepiej będzie poruszyć coś lżejszego tak z samego rana.

- Pomyślałam, że chciałabym napisać do narzeczonego mojego przyjaciela. No wiesz, powinien chyba wiedzieć, że w końcu coś ruszyło w tej sprawie. Masz może kawałek pergaminu?

    Pytanie było przecież całkiem niewinne i normalne, więc zupełnie nie rozumiała tego nagłego wybuchu rozbawienia ze strony Neviny.

- A czy ja ci wyglądam na uczoną? Oczywiście, że nie mam. Z resztą, po co? Nawet nie umiem pisać – wzruszyła ramionami. - Nie możesz sobie wyczarować?

    No pięknie, nie śpię od jakichś dziesięciu minut, a ona już dwa razy zdążyła mi dopiec, pomyślała wszechpotężna księżniczka.

- Mogę cię nauczyć, jeśli chcesz – wypaliła zamiast jakiejś riposty. - No, i jakbym mogła, to bym to przecież zrobiła. Daleko mi do boga, żebym wyczarowała coś z niczego.

    Przez moment było słychać jedynie odgłosy krojenia i smażenia. Raksha była już pewna, że dostanie odmowę. Sama nie wiedziała czemu ta myśl nagle ją przybiła.

- Jeśli będziesz chciała. Pisanie mogłoby mi znacznie ułatwić zapamiętanie wszystkich zaklęć, przepisów i rytuałów.

    Nagłe przygnębienie nagle gdzieś zniknęło i po chwili namysłu Raksha oderwała kawałek swojej szaty. Czas ją gonił i jeśli miała być szczera, nie chciała go tracić na podróże do i z wioski w poszukiwaniu pergaminu. Z resztą wątpiła, by go tam znalazła. Z brakiem tuszu miała większy problem, a po przetrząśnięciu części kuchennej i kilku zapewnieniach od Neviny, że niczego podobnego tu nie znajdzie, wzięła miskę, rozcięła sobie skórę na przedramieniu, a potem poczekała, aż odpowiednia ilość krwi spłynie do naczynia. Rana szybko się zasklepiła, a Raksha zamoczyła palca w cieczy, która okazała się ciemnoniebieska. Zaczęła szybko kreślić jakieś znaki na kawałku materiału, a kiedy skończyła, zwinęła go w rulonik. Wystawiła prawą rękę, jakby w oczekiwaniu, aż ktoś jej coś poda, a parę sekund później na jej palcu pojawił się malutki ptaszek, szybko machający skrzydełkami. Odgłos, który temu towarzyszył, przypominał brzęczenie pszczół nad ukwieconym ogrodem. Ptak miał biały brzuch, a pióra na grzbiecie i skrzydłach były ciemnoniebieskie. Zdawały się połyskiwać jak malutkie klejnociki. Raksha uśmiechnęła się do niego, pogłaskała go po główce, a następnie włożyła mu złożony materiał w długi, cieniutki dzióbek. Przez chwilę wydawać się mogło, że ptaszek nie da rady podnieść się z dodatkowym obciążeniem, ale sekundę później wyleciał przez okno i szybko zniknął z zasięgu wzroku.

- Myślałam, że takie rzeczy są poza twoimi zdolnościami – powiedziała Nevina, która obserwowała to wszystko najpierw z dozą obrzydzenia, a potem zdumienia.
- Och, ja go tylko zawołałam. To moja... - była księżniczka przez moment szukała odpowiedniego słowa – istota. Przybiera taki kształt, jakiego akurat potrzebuję. Całkiem wygodne.
- Istota? Ma jakieś imię? - zapytała czarownica.

    Zdążyła już zjeść i teraz siedziała na łóżku, próbując rozczesać swoje gęste włosy. Raksha poczuła nagłą chęć zanurzenia w nich palców. Chociaż były strasznie splątane, miała wrażenie, że tak naprawdę są miękkie i delikatne. Poza tym lśniły delikatnie w pierwszych promieniach słońca, a ona zawsze lubiła błyskotki. Zastanawiała się jakim cudem udało jej się utrzymać je w tak dobrym stanie mimo tego, co przeszła. Czy to możliwe, że po wskrzeszeniu się, ciało wraca do swojej najlepszej, najzdrowszej wersji? W takim razie czy paskudna blizna Giliana, ciągnąca się od czubka głowy aż po biodro, zniknie?

    Zamyśliła się nad tym tak głęboko, że prawie zapomniała, że powinna odpowiedzieć na jakieś pytanie.

- Uch, ja... Nie... nie pomyślałam o tym – po czym, załamując mentalnie ręce nad swoją zanikającą elokwencją, dodała: - Znając mnie nadałabym mu jakieś głupie, jak Imbir albo Orzeszek.

    Nevina zachichotała cicho, a potem wydała jęk bólu, kiedy przez przypadek pociągnęła włosy trochę za mocno. Powstrzymując nagłą ochotę do wzięcia sprawy w swoje ręce, wyrwania szczotki z dłoni czarownicy i rozczesania jej kołtunów osobiście, Raksha usiadła obok niej z cichym westchnieniem.

- W nocy przyszło mi coś do głowy. W sprawie tego całego wskrzeszania i tak dalej – próbowała zabrzmieć spokojnie, ale trudno było jej ukryć napięcie w głosie, który zadrżał przy ostatnim zdaniu. - To jest tylko taki pomysł, prawdopodobnie z zerowymi szansami na powodzenie, ale chciałam wiedzieć, co ty o tym myślisz. Popraw mnie, jeśli się mylę, ale większość czarownic czerpie swoją moc z zewnętrznego świata, prawda? Rzadko która rodzi się magiczna.

    Spojrzała w oczy Neviny, by znaleźć tam zapewnienie. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że to, co wczoraj wzięła co najwyżej za bardzo ciemny brąz, w rzeczywistości było najgłębszą czernią, w jaką patrzyła. Na myśl natychmiast przyszły jej połacie lasów wypalone przez smoka. Samej kreatury nigdy w życiu nie widziała, gdyż nie należały do szczególnie towarzyskich, ale na jej dzieło natknęła się raz, podróżując jeszcze z Gilianem. Po jednej stronie była świeża, zielona trawa, a po drugiej czerń jak okiem sięgnąć. Trawa, ziemia, drzewa, wszystkie żyjące między nimi stworzenia, wszystko to zostało unicestwione zapewne jednym niszczącym oddechem. Pamiętała, że trudno było jej oderwać spojrzenie od tego obrazu destrukcji i teraz czuła się tak samo. Przytłoczona, bezsilna, ale jednak przyciągana jakąś dziwną mocą. Nie wiedziała ile czasu tak siedziała, zatracając się w oczach czarownicy, ale w końcu mrugnęła, lekko speszona i wyjrzała przez okno. Czy coś mówiła? Dlaczego nic nie słyszałam? Zupełnie nie mogłam oderwać od niej wzroku, ale przecież to niemożliwe, żeby mnie zahipnotyzowała. Co się ze mną dzieje? To pewnie przez stres tak tracę kontakt z rzeczywistością, pomyślała Raksha.

- Wszystko w porządku? Przez chwilę byłaś gdzieś indziej – zauważyła Nevina, na moment odrywając się od swoich włosów i kładąc dłoń na ręce byłej księżniczki.

    Raksha wzdrygnęła się,bardziej z zaskoczenia niż czegokolwiek innego, a potem delikatnie uśmiechnęła.

- To nic takiego. Mówiłaś coś? - zapytała, ostrożnie wysuwając palce z uścisku czarownicy.

    Wstała i zaczęła chodzić po małej izbie. Wciąż była lekko podenerwowana swoim zachowaniem oraz dziwnie przyspieszonym biciem serca. Miała też wrażenie, że policzki zrobiły jej się jakieś cieplejsze. Zdecydowanie potrzebowała wyjść, ale jak na złość pogoda kompletnie nie sprzyjała spacerom.

- Tylko tyle, że masz rację. Z tym, że nasza moc nie jest tak naprawdę nasza. Ona jest dookoła, my tylko wiemy jak z niej skorzystać.
- Och. No właśnie. W takim razie użycie bardzo wielkiej ilości byłoby praktycznie niemożliwe, prawda? Mogłaby się wymknąć spod kontroli, albo coś takiego... - zrobiła bliżej nieokreślony gest dłonią. - Chodzi mi o to, że moja magia jest trochę inna. Ona... jest we mnie, jest częścią mnie, czuję ją w swoim ciele cały czas. Mam nad nią całkowitą władzę.

    Wolała przemilczeć incydent sprzed kilku miesięcy, kiedy właściwie wysadziła całe swoje wojsko i armię przeciwnika. Coś takiego zdarzało się tylko pod wpływem silnego impulsu, wielkiego szoku, wstrząsu. W przeciwnym wypadku byłaby chodzącym ładunkiem wybuchowym przez całe swoje życie. Szybciej pulsująca krew w jej żyłach przenosiła szybko większe ilości magii w jej ciele, która skumulowana w ten sposób musiała znaleźć sobie jakieś ujście. Pech chciał, że przez takie „ujście” najczęściej dochodziło do tragedii. Z tego powodu mało kto okazywał tyle głupoty, by mocno zdenerwować ducha jej pokroju. W niebie zniszczenia szybko się regenerowały, ziemia pod tym względem była całkiem inna. Ona była pierwszym przypadkiem swojego gatunku w tym miejscu, więc nikt nie był świadomy ryzyka.

- Twoje wczorajsze słowa dały mi widocznie trochę do myślenia. Jeśli Gilian był w stanie oddać za mnie swoje życie, pewnie strasznie by się wkurzył, gdyby zobaczył mojego trupa, gdy tylko otworzy oczy - próbowała się uśmiechnąć, ale słabo jej poszło. - Chodzi o to, czy jest możliwość wymiany mojej mocy na jego powrót? To jest tak samo część mnie, jak moje życie.

    Oczekiwała, że Nevina spuści wzrok, pokręci głową i, być może, jeszcze raz złapie ją za rękę w geście pocieszenia, co pewnie przyniosłoby spodziewany efekt przynajmniej na krótką chwilę. Odetchnęła z ulgą, widząc uśmiech i błysk w ciemnych oczach.

- Oczywiście. Prawdę powiedziawszy, możesz wymienić co tylko chcesz. W mojej rodzinie używało się zwykle własnych lat, bo mało kto odważy się ryzykować wykorzystaniem życia innej osoby. Poza tym, to igranie nie tylko z wolą drugiego człowieka, ale też wytwarzanie złej energii, która po wszystkim zwykła oddawać z nawiązką. Cały rytuał polega na powtórzeniu zaklęcia, które sama napiszesz. Tyle, nic więcej. Musisz jedynie złożyć je tak, by było konkretnie wiadomo o co chodzi.
- Rozumiem – Raksha pokiwała głową w zamyśleniu. - Ale jednak nie do końca. Skoro w tym przypadku mówisz o wytworzeniu negatywnej energii, to czemu nie użyłaś żyć tych ludzi, którzy podpalili stos? Nie musiałabyś nic wytwarzać, bo oni byli nią przecież przepełnieni. Mogłaś wrócić bez ponoszenia strat, dodatkowo karząc ich śmiercią.

    Nevina uśmiechnęła się, ale tym razem nie było w tym uśmiechu ani odrobiny ciepła.

- Taka śmierć, to dla nich za mało.

    Rakshę przeszedł zimny dreszcz. Te słowa w połączeniu z wyrazem twarzy czarownicy naprawdę nie wróżyły niczego dobrego. Było to zaskakujące, Nevina od pierwszych chwil sprawiała wrażenie prostej, dobrodusznej i bezinteresownej osoby. Czy była to tylko maska, a tak naprawdę chowała ogromną urazę za to, co ją spotkało? To byłoby całkiem zrozumiałe, łatwe do przewidzenia, dlatego Raksha była na początku zdumiona brakiem uwagi, jaki Nevina zdawała się poświęcać swojej śmierci.


*


    W ciągu następnych kilku tygodni, czarownice doszły do jako takiego porozumienia. Nevina wreszcie zdradziła, co tak naprawdę stało za jej niezmordowaną determinacją i chociaż Raksha natychmiast wyciągnęła pomocną dłoń, ta szybko zgasiła jej zapał. Kazała jej zbierać siły i nie martwić się nieswoimi problemami. Spędzały ze sobą naprawdę dużo czasu, poznając się lepiej oraz ucząc się od siebie nowych rzeczy. Nevina zabierała swoją gościnię na długie spacery po lesie, w trakcie których opowiadała o ziołach i kwiatach, które zbierała. Przybliżyła jej sposób, w jaki działa jej magia, zabawiała historiami o zaklęciach, które jej nie wyszły, a któregoś dnia udzieliła jej dostępu do kuchni i pozwoliła pomóc sobie w gotowaniu. W zamian Raksha szkoliła swoją nową przyjaciółkę z dwóch języków naraz, co o dziwo nie sprawiało jej większych trudności mimo natłoku innych zajęć. Wieczorami siadały przy palenisku, najczęściej pod przykryciem, bo noce robiły się coraz chłodniejsze, a czarownica zasypiała na ramieniu byłej księżniczki w trakcie słuchania o świecie, z którego ta pochodziła.

    Któregoś mroźnego poranka, kiedy Raksha akurat dokarmiała kury, na jej ramieniu wylądował malutki ptaszek. Uśmiechnęła się i odwiązała przyczepiony do jego nogi liścik. Idealnie naskrobane litery świadczyły, że jego autorem był Yulan – co nie było żadnym zaskoczeniem, bo był on jej jedynym kontaktem ze światem zewnętrznym. Zaczęła czytać szybko, zastanawiając się, czemu odpowiedź nadeszła tak późno. Gdyby to jej martwy narzeczony miał powrócić z zaświatów, stawiłaby się na miejscu natychmiast. Trochę ją to zirytowało i wcale nie miało to nic wspólnego z tym, że Yulan irytował ją od samego początku, zresztą z wzajemnością. W liście jednak nie podał żadnej słabej wymówki, czego po części oczekiwała. Nie bał się, tak jak miał to w zwyczaju. Opóźnienie wynikało wyłącznie z tego, że czekał na dostarczenie jakichś rzadkich roślin, z których zamierzał zrobić cokolwiek, co mogłoby pomóc żywemu już Gilianowi jak najszybciej wrócić do pełni sił. Podróżował konno, więc obiecywał zjawić się u Neviny lada dzień.

    Uśmiechnęła się i schowała zwinięty papier do kieszeni. Jeśli Yulan wybrał taki środek transportu, to był naprawdę zdesperowany. Trudno było jej ocenić ile czasu zajmie mu przybycie na miejsce, ale liczyła, że rzeczywiście zjawi się jak najszybciej. Dzień, który wybrała na przeprowadzenie rytuału miał nastąpić pojutrze i zależało jej na tym, by jej przyjaciel miał przy sobie kogoś bliskiego w tym czasie.

    Wiadomość poprawiła jej humor i szybko wróciła do chatki, by podzielić się nią z czarownicą, ale nigdzie jej nie zastała. Usłyszała za to głośno recytowane słowa dochodzące spod podłogi, więc domyśliła się, że Nevina zeszła do piwnicy, w której zawsze pracowała. Od dwóch tygodni każdego ranka i wieczora czarownica znikała pod ukrytą w podłodze klapą. Znajdowała się ona pod stołem, który teraz był odsunięty na bok, ale zwykle zasłaniał ją idealnie. Przez chwilę nasłuchiwała, a słysząc to samo, co ostatnio, westchnęła. Nevina ciężko pracowała nad tą klątwą, każdego dnia rzucając ją na kogoś innego, według sobie tylko znanej kolejności. Naprawdę nie zazdrościła celom tego zaklęcia, ale wiedziała, że na nic lepszego nie zasługują.

    Czekając aż Nevina wyjdzie z piwnicy napisała szybką odpowiedź do Yulana na odwrocie jego listu i wysłała go od razu. Poinformowała go o dacie przeprowadzenia rytuału i ponagliła. Usiadła na łóżku i jeszcze raz w myślach powtórzyła sobie cały proces rzucania zaklęcia. Najpierw musiała oczywiście sprowadzić ciało Giliana oraz upewnić się, czy nie zostało w żaden sposób uszkodzone. Potem, przed czym wzdragała się chyba najbardziej, powinna wypić lub w inny sposób przyjąć krew czarownicy. Następnie powinna podać ją przyjacielowi – liczyła, że Yulan przywiezie ze sobą parę strzykawek, co znacznie ułatwiłoby całe zadanie. Po odczekaniu kilku godzin, by upewnić się, że zmieszanie krwi nie wywoła żadnych komplikacji należało przejść do punktu trzeciego: rzucenia zaklęcia i wyobrażenia sobie, że już się spełniło. Na tym jej wiedza się kończyła. Reszta zależała tylko od tego, czy wszystko się powiedzie. Wszystko to napawało ją niepewnością, była świadoma tego, ile rzeczy może pójść nie tak przez jeden mały błąd, jedno lekkomyślne niedopatrzenie lub zrozumienie czegoś opacznie. Była jednak w stanie zaryzykować.

    Słysząc skrzypnięcie zawiasów szybko przerwała swoje niewesołe przemyślenia i wzięła się do pomocy przy czyszczeniu i krojeniu grzybów, które udało im się znaleźć wczoraj wieczorem. Dzień upłynął im tak jak wszystkie poprzednie a przez natłok obowiązków dopiero o zachodzie słońca Raksha przypomniała sobie o liście, który dostała rankiem. Poprosiła Nevinę o zdjęcie bariery ochronnej, tak by Yulan mógł bez problemu dostać się na miejsce. Co prawda minęło sporo czasu, od kiedy ktokolwiek z wioski w ogóle zbliżył się do ich terenu, jednak ostrożność kazała czarownicy wciąż mieć się na baczności. Zgodziła się tylko dlatego, że Raksha obiecała chronić je obie przed jakimikolwiek nieprzyjemnościami.


*


    Noc dawno już zapadła i w lesie rządziły teraz wszystkie te zwierzęta, które wyszły na polowanie. Ponure pohukiwanie sowy, gałązki łamiące się pod łapami, skrzypiące stare konary drzew czy nawet nieprzenikniony mrok były w stanie przepędzić największych nawet chojraków i skutecznie zniechęcić ich od wycieczek o tak później porze. Był jednak ktoś, dla kogo właśnie takie otoczenie, razem z każdym insektem żyjącym w pniach i między trawą, stanowiło rzecz najbliższą domowi. Ten ktoś kroczył powoli przez wilgotny od spadłego niedawno deszczu gąszcz, rozglądając się dookoła i co jakiś czas rzucając jakąś uwagą w stronę konia, który odpowiadał cichym parskaniem.

- Spójrz, kuna! Tak dawno żadnej nie widziałem – jego głos był przyciszony, jakby nie chciał zakłócać spokoju lasu, który żył własnym życiem. - Ciekawe, czy uda mi się spotkać jeża. Nie pamiętam, kiedy ostatnio mogłem tak swobodnie spacerować między drzewami.

    Jego wypowiedź nie doczekała się reakcji. Po przejściu następnych kilkunastu metrów koń zatrzymał się i trącił go pyskiem w ramię, a potem zarżał, jakby próbował coś zasygnalizować. Jego towarzysz odwrócił się od dziupli w drzewie, w którą przed chwilą zaglądał i spojrzał w stronę wskazywaną przez zwierzę.

- Och, mówisz, że to tutaj? Jesteś pewna? - zrobił jeszcze parę kroków i znalazł się na oświetlonej jedynie gwiazdami wolnej przestrzeni. 
    Przed nim rysował się czarny kształt małego domku ogrodzonego czymś, co czasy swojej świetności miało już dawno za sobą. Mężczyzna poklepał konia po karku i westchnął. Mruknął kilka słów pod nosem i zbliżył się do chatki, a jego wierzchowiec podążył za nim. Przeszedł przez płot, ślizgając się na błocie, zatrzymał pod drzwiami i przygryzł wargę. Podniósł zaciśniętą pięść, chcąc zapukać, a potem spojrzał w niebo.

    Jest środek nocy. Jeśli to nie tutaj, to tylko zdenerwuję osobę, która tu mieszka. Może powinienem zaczekać do rana?

    Długie ziewnięcie przerwało jego rozmyślania. Od trzech nocy prawie nie spał, podróżując praktycznie bez przerwy, wyczerpując zarówno siebie jak i swoją klacz. Spojrzał na nią przez ramię. Jeśli nie o siebie, to powinien zatroszczyć się przynajmniej o nią. Tutaj na pewno dostanie coś do jedzenia oraz miejsce do wypoczynku... o ile trafił do właściwego człowieka. W przeciwnym wypadku mogą liczyć na kilka przekleństw i dostanie miotłą po głowach. Pogoniony ponownym rżeniem, tym razem dużo głośniejszym, odwrócił się z powrotem twarzą do drzwi.

- No już, już. Spokojnie.

    Wziął głęboki oddech i zapukał. Spodziewając się, że mieszkańcy domku śpią, zapukał ponownie, tym razem głośniej. Tym razem po krótkiej chwili usłyszał kroki, a potem drzwi otworzyły się na całą szerokość i mógł zobaczyć, kto wyszedł go powitać. Była to niska, pulchna kobieta, po której nie było widać żadnych szczególnych oznak starości. Trzymała w ręce kaganek z zapaloną świecą, która oświetlała ciepłym blaskiem swoje najbliższe otoczenie. Przez chwilę oboje mierzyli się jednakowo śpiącymi spojrzeniami, a kiedy w końcu dotarło do niego, że to on naszedł kogoś przed świtem i że to on powinien się przedstawić oraz wyjaśnić powód swojej wizyty, odchrząknął.

- Witaj. Jestem Yulan. Szukam czarownicy o imieniu Nevina. Wybacz tak późną porę, ale mam naprawdę poważny powód. Moja klacz przyprowadziła mnie do ciebie. Wiesz może, gdzie mieszka ta wiedźma?
- Mieszka tutaj. Stoi właśnie przed tobą – otworzyła drzwi szerzej, zapraszając go do środka. - Wejdź. Jest tu trochę mało miejsca, ale mam nadzieję, że zmieścimy się w trójkę.

    Yulan zrobił krok na przód, ale zawahał się i obejrzał na swojego konia. Podszedł do niego, zdjął z grzbietu wszystkie pakunki i położył dłoń na jego czole, mówiąc kilka słów w języku, którego Nevina nie zrozumiała. Klacz parsknęła i odeszła kawałek, by posilić się trawą. Mężczyzna wrócił do chatki, w której czarownica zdążyła ponownie rozpalić dogasające ognisko. Od razu w oczy rzuciła mu się kolejna postać, siedząca ze skrzyżowanymi nogami na środku podłogi. Miała białe włosy, chude ciało i błękitną skórę. Uśmiechnął się delikatnie, upewniwszy się, że na pewno trafił tam, gdzie powinien. Chciał się z nią przywitać, ale wiedział, że w tym stanie nie powinien jej budzić.

    Odłożył swoje bagaże i podszedł do czarownicy, która zajmowała się czymś przy piecu. Za oknem powoli robiło się szaro, ale to wcale nie umniejszyło jego zmęczenia.

- Czy znalazłabyś miejsce, w którym mógłbym się trochę przespać? Nie zmrużyłem oka od trzech dni – mówiąc to zrzucił w końcu kaptur z głowy i rozpiął wilgotny od deszczu płaszcz.

    Dopiero teraz Nevina mogła dostrzec wyraźnie jego twarz. Gdyby miała opisać ją jednym słowem, bez namysłu odrzekłaby, że była piękna: trójkątna, o delikatnych rysach, ale w mocnym podbródkiem. Miał mały nos i tak samo niewielkie usta, a nad dużymi ciemnoniebieskimi oczami znajdowały się dwie cienkie, aktualnie zmarszczone brwi. Najbardziej jednak w oczy rzucały się długie uszy, zakończone szpicem, wystające spomiędzy sięgających do kolan połyskujących, brązowych włosów. Na policzki opadały mu dwa krótsze kosmyki, które co chwilę odgarniał za ucho. Była pewna, że mało kto mógłby przejść obok niego obojętnie. I nie chodziło jej wyłącznie o wygląd. Jego wzrost także robił wrażenie, Yulan musiał stać lekko zgarbiony, by nie uderzyć głową w sufit.

    Zmierzyła go krytycznym spojrzeniem, a potem zerknęła na swoje łóżko. Gościnność nakazywała jej zaproponować mu własne posłanie, ale na pierwszy rzut oka było widać, że gdyby się w nim położył, nogi wystawałyby mu daleko poza krawędź.

- Kiedy Raksha wspominała o tobie, nie mówiła, że jesteś gigantem. Przykro mi, ale będzie musiała wystarczyć ci podłoga. Jeśli chcesz, przyniosę ci ciepłe koce i może znajdę jakąś poduszkę.

    Czuła się naprawdę niezręcznie oferując tak niewiele, ale jej gość wydawał się wniebowzięty. Uśmiechnął się szeroko i pokręcił głową.

- To żaden problem. Dziękuję i za to. Pościelą się nie przejmuj, mój przyjaciel zadbał o wszystkie potrzebne rzeczy, kiedy go opuszczałem. Jestem pewien, że zostało mi też sporo jedzenia z podróży, więc chętnie się nim podzielę w zamian za dach nad głową.

    Otworzył jeden z większych pakunków i wyjął połowę chleba, suszone owoce i warzywa oraz orzechy. Następnie wypakował zwinięty połyskujący materiał w odcieniu tak pięknego błękitu, jakiego Nevina nigdy jeszcze nigdzie nie widziała i tak po prostu rozłożył go na brudnej podłodze. Czarownica skrzywiła się, chcąc zaprotestować. Ciężko było jej zrozumieć jak ktoś w tak lekkomyślny sposób mógł niszczyć tak piękną rzecz. Yulan rozpiął posrebrzane guziki przy krótszej krawędzi materiału, zrzucił z siebie płaszcz i wsunął się do środka.

- Obudź mnie, jeśli będziecie potrzebować z czymś pomocy. Potrzebuję tylko krótkiej drzemki, by zregenerować siły – powiedział, układając się wygodniej.

    Kobieta kiwnęła głową, ale nie odpowiedziała nic, chcąc dać mu spokój. Poczuła się strasznie nie na miejscu. Jej chatka w porównaniu ze śpiworem, w którym spał jej gość przypominała bardziej zaniedbaną stodołę niż miejsce odpowiednie do mieszkania. Zajęła się swoimi sprawami, starając się wytwarzać jak najmniej hałasu, bo nie wiedziała jak głęboko spał Yulan. Trudno było jej jednak nie wracać spojrzeniem do śpiącego mężczyzny. On cały wydawał się zupełnie nie z jej świata. Mogła się domyślić, że znajomi Rakshy, mającej przecież królewskie korzenie, nie mogą być wcale gorsi. Ale ta nic o tym nie wspomniała! Zapewne wszyscy jej przyjaciele są wysoko postawieni. Sama ta myśl sprawiła, że przeleciał ją dreszcz strachu. Jutro miał tu zjawić się kolejny, a ona nie miała na to warunków ani miejsca. Jakim cudem dała się wciągnąć w coś takiego? Była przecież prostą wiedźmą, nigdy nie zaznała luksusów ale wcale ich też nie szukała. A teraz przyszło jej gościć książęta z drugiego końca świata. Jęknęła cicho, przytłoczona swoim położeniem i zbliżyła się do śpiącego elfa. Przyjrzała się jeszcze raz jego twarzy, ale wciąż dochodziła do tych samych wniosków. Ktoś z taką twarzą na pewno musiał pochodzić z rodziny królewskiej. No i ten jego śpiwór. Drżącą dłonią dotknęła delikatnego materiału, powoli przejeżdżając palcami po zdobieniach wyszytych srebrną nicią.

- To na pewno kosztuje więcej niż cała moja wioska – szepnęła cicho i wstała, chcąc wrócić do swoich prozaicznych zajęć.
- Wątpię. Dałabym za to najwyżej dwie kury i może beczkę twojego wina z malin. To tylko aksamit, a ty umiesz uszyć ładniejsze zdobienia.

    Nevina prawie podskoczyła słysząc za sobą znajomy głos. Odwróciła się, mając nadzieję, że policzków nie ma tak czerwonych jak sądziła.

- Myślałam, że jeszcze śpisz – odparła przyciszonym głosem. - Zjawił się tu nad ranem. Obiecałam go obudzić, kiedy coś się wydarzy, ale mówił, że jest wyczerpany, więc porozmawiacie później, dobrze?
- Pewnie. Teraz i tak chciałam zobaczyć się ze swoimi ulubienicami – Raksha uśmiechnęła się szeroko, łapiąc swoją białą pelerynę, teraz udekorowaną kolorowymi kwiatami uszytymi przez czarownicę. - Nakarmię je, rozprostuję kości i trochę ci pomogę.

    Nim dostała jakąkolwiek odpowiedź, chwyciła gliniany dzban wypełniony ziarnem i wyszła na zewnątrz. Nevina westchnęła bezradnie i usiadła na łóżku, by zapleść swoje włosy, jednak jej myśli bez przerwy kręciły się wokół nowego gościa.


*


    Obudziły go przytłumione głosy dwóch osób, które najwidoczniej niespecjalnie dbały o dyskrecję. Natychmiast rozpoznał oba – jeden należał do jego gospodyni a drugi do osoby, za którą specjalnie nie przepadał, jednak teraz zmuszony był do współpracy. Być może lekko przesadzał, mówiąc, że trudno mu tolerować obecność Rakshy, bo prawdę mówiąc zwyczajnie ciężko było im znaleźć nic porozumienia między sobą. W rzeczywiści jednak doceniał bardzo jej pracę, zdolności i wysiłek, jaki włożyła w znalezienie sposobu na sprowadzenie Giliana. Skrycie żywił nadzieję, że jej niechęć do niego także jest wywołana jedynie niezgodnością charakterów, ale prędzej dałby sobie obciąć włosy przy samej głowie, niż ją o to zapytał.

    Wyszedł ze śpiwora, a potem złożył go tak, by zajmował jak najmniej miejsca. Czuł się lekko otępiały z powodu przerwanego snu, ale był dużo bardziej wypoczęty. Rozejrzał się po wnętrzu chatki. Dopiero w promieniach słonecznych był w stanie dostrzec to, czego nie zauważył wczoraj. I bardzo mu się to spodobało. Jego uwagę natychmiast przykuły wiszące na każdej ścianie zasuszone zioła i kwiaty, niektóre były dla niego tak znajome jak lawenda, rumianek czy szałwia, a niektóre wyglądały całkiem obco. Przez jakiś czas chodził po pomieszczeniu, przyglądając się każdej z roślin, ale analizę przerwało mu burczenie w brzuchu. Wziął ze stołu garść owoców, które w nocy sam tam położył, a potem wyszedł przed dom, chcąc znaleźć Rakshę i Nevinę. Długo nie musiał szukać, gdyż obie kobiety siedziały na wąskiej ławeczce stojącej przy ścianie i wyglądało na to, że ta druga czegoś się uczy. Ich uwagę zwróciło dopiero trzaśnięcie drzwi, na co odskoczyły od siebie gwałtownie, jakby zostały przyłapane na czymś niedozwolonym, a Raksha wydała z siebie zirytowane prychnięcie.

- Mi też miło cię widzieć – przywitał się, unosząc brwi.

    O co jej chodzi? Przecież ledwie co wyszedłem.

    Podszedł do nich i dopiero wtedy zobaczył trzymany przez Nevinę dość spory kawałek kory z wyrytymi na nim różnymi słowami, pisanymi dość niewprawioną ręką. Ta próbowała go schować, widocznie zawstydzona swoimi miernymi osiągnięciami, ale powstrzymała ją dłoń Rakshy.

- Uczymy się – odpowiedziała na jego pytające spojrzenie.
- To wspaniale! Potrzebujecie może atramentu i pergaminu? Przywiozłem ze sobą małe zapasy. Aurel gdyby mógł, wcisnąłby mi jeszcze pół biblioteki.

    Usiadł obok nich i przyjrzał się zapisanym słowom. W trakcie studiowania poza swoją specjalizacją musiał wybrać też przynajmniej jeden obcy język, co z początku wydało mu się głupotą i zapychaczem, ale z czasem zrozumiał, że trudno będzie mu się osiedlić w jednym miejscu. Przynajmniej na samym początku. I miał rację, bo kiedy ukończył naukę, jego życie mocno się skomplikowało. Dlatego dziękował swojej zapobiegawczej naturze, bo mimo niechęci, zdecydował się na poznanie dwóch głównych języków na kontynencie. O ile z pierwszym, należącym do ludów północy, nie miał większych problemów, ponieważ jego niedoszły mąż pochodził właśnie z tamtych terenów i zawsze chętnie mu pomagał, tak jeśli chodziło o wschód... Potrafił się porozumieć, załatwić najpilniejsze potrzeby, przeprowadzić pogawędkę na jakiś błahy temat, ale miał świadomość tego, jak obco brzmiał jego akcent. Słowa w tym języku były długie, brzmiące melodyjnie, ale przez swój szeleszczący wydźwięk sprawiały problemy nawet najzdolniejszym uczniom. Wolał unikać używania ich, kiedy tylko było to możliwe, nie chcąc kompromitować się już na starcie. Zawsze uważał, że jeśli nie jest w czymś dobry, nie ma sensu się tym chwalić. A teraz znajdował się twarzą w twarz z kimś, kto od urodzenia rozmawiał właśnie w tym języku. Jego poczucie własnej wartości usiadło na dnie.

- Przyda się, ale to potem. Dobrze, że w końcu wstałeś. Musimy coś z tobą skonsultować – Raksha włożyła ręce pod głowę i oparła się o ścianę domu. - Założę się, że jak usłyszysz cały plan, to się na niego nie zgodzisz, bo sama wiem, że jest ryzykowny, chociaż brak mi wiedzy medycznej takiej jak twoja. - - --- Prawdę mówiąc im więcej o nim myślę, tym bardziej szalony mi się wydaje, ale trudno, to nasza jedyna szansa. Jestem gotowa wcielić go w życie, ale nie zrobię niczego bez twojej zgody.
No to mnie uspokoiłaś – mruknął Yulan, nagle tracąc całą ochotę na suszone jabłka. - Bądźmy szczerzy. Czym tak właściwie ryzykujemy? Przecież on już jest martwy.

    Spodziewał się, że powiedzenie tego na głos po raz pierwszy sprawi mu niesamowitą trudność i ból i po części tak było. Okres żałoby, który był już za nim minął, a w trakcie do jakiegoś stopnia pogodził się z pożerającą go tęsknotą. Zaakceptował też to, że nigdy się jej nie pozbędzie i prawdopodobnie stanie się ona powodem jego śmierci.

- Noo, trochę tego jest. - usłyszał po dłuższej chwili głos Rakshy, z lekkim zaskoczeniem odnotował, że brzmiała w nim niepewność. - Najpierw Nevina będzie musiała spuścić nieco swojej krwi, bo ona jest kluczem do całej reszty. Potem trzeba będzie wtłoczyć ją w żyły moje i Giliana, ja wypowiem zaklęcie i jeśli zadziała, jeszcze tego samego dnia odzyskamy go.

    To wszystko brzmiało zbyt prosto. Pomijając fakt ryzykownej transfuzji krwi, która mogła się skończyć źle dla jego narzeczonego, jeśli ten się wybudzi, nie pasowało mu coś jeszcze.

- I to tyle? Czemu skąpisz mi wyjaśnień? Chyba mam prawo znać szczegóły. Dlaczego akurat krew Neviny? Co jest w niej takiego specjalnego? Mów konkretnie, bo wiem, że coś jeszcze przede mną ukrywasz.

    Widząc, że Raksha była o krok od wybuchu złości, Nevina szybko złapała ją za rękę, co od razu ją uspokoiło. Czarownica posłała jej ledwo widoczny uśmiech i tym razem to ona zabrała głos. Opowiedziała mu skróconą historię swojej rodziny; a dokładniej tylko te elementy, dotyczące ich pokoleniowej zdolności. Pamiętała też, by wspomnieć o tym, że tak naprawdę nie mają żadnej innej gwarancji na ziszczenie swojego planu poza zapiskami jej babki, bo nikt nie odważył się spróbować czegoś takiego. Ku zwiększonej irytacji Rakshy powiedziała mu też, że ryzyko jest spore – o ile Gilianowi nic już nie zagrażało, dawczyni energii mogła mocno ucierpieć przez tak nagłe osłabienie. Ciężko było stwierdzić jakie miała szanse przeżycia całego procesu.

    W trakcie całej opowieści Yulan starał się zachować spokój, chociaż po jego napiętych mięśniach oraz chmurnym spojrzeniu widać było, że graniczy to z cudem. Kiedy czarownica wypowiedziała ostatnie słowo, zapadła dość długa cisza, w trakcie której elf próbował jakoś zebrać myśli.

- To znaczy... Chcecie mi powiedzieć... Przecież to jest szaleństwo! Wyobrażacie sobie jakie niebezpieczeństwo niesie ze sobą transfuzja krwi? Nawet jeśli Gilian się obudzi, czy ktoś może być pewien, że jego organizm zaakceptuje obcą krew? Wiecie co się stanie, gdy tak nie będzie? On umrze, ponownie. Całe twoje poświęcenie pójdzie na marne, bo tym razem ja nie będę w stanie mu pomóc.

    Po jego pełnych emocji słowach zapadła krótka cisza, którą przerwało zmęczone westchnienie Rakshy.

- Posłuchaj. Rozumiem, że się obawiasz, dlatego nie wymagam od ciebie podjęcia decyzji w tej chwili. Jeśli się zgodzisz, przeprowadzimy wszystko jutro rano. Jeśli odmówisz, po prostu się rozejdziemy. Powinieneś jednak wiedzieć, że to jest prawdopodobnie jedyna szansa, by go odzyskać – następnie, po chwili przerwy, dodała słowa, których pożałowała prawie natychmiast. – On na pewno chciałby z tobą tu być.

    Chciała cofnąć je, gdy tylko dotarł do niej ich sens. Takie manipulacyjne zagrania, choć jak najbardziej w jej stylu, zawsze wymierzała jedynie w ludzi, którzy mocno zaszli jej za skórę. Wykorzystywanie czyichś uczuć oraz ledwo skończonej żałoby, by osiągnąć swój cel było naprawdę obrzydliwe. Zignorowała całkiem odgłos zaskoczenia dochodzący od strony Neviny i otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale w tej samej chwili Yulan kiwnął głową.

- Masz rację. Zgadzam się. To nie jest czas na wybrzydzanie. Druga taka szansa się nie powtórzy – a potem zwrócił się do czarownicy. - Najpierw chcę jednak zadać ci kilka pytań, żeby wyeliminować największe ryzyko, dobrze?
- Och, no pewnie. Chodźmy do środka, bo robi się zimno.

    Raksha została sama ze swoimi myślami. Dlaczego powiedziała coś takiego? Oczywiście, zależało jej na powrocie przyjaciela, ale do tego stopnia, by igrać uczuciami jego narzeczonego? Wcześniej szła po trupach do celu, ale przeważnie były to trupy ludzi złych do szpiku kości, groźnych kryminalistów lub zwariowanych czarodziejów, pragnących władzy nad wszystkim, na co padł ich wzrok. Zdecydowanie nie planowała dokładać do tej nieciekawej ferajny trupa kogoś, kto choć nie był jej ulubioną osobą pod słońcem, to nigdy w żaden sposób jej nie skrzywdził. Od zawsze słyszała, że jest strasznie rozpieszczona, ale dopiero teraz dotarło do niej jak bardzo.

    Z westchnieniem podniosła z ławki kawałek kory i podeszła do konia, który stał parę metrów dalej, skubiąc trawę. Naszła ją ochota na przejażdżkę (ucieczkę, podpowiedział jakiś złośliwy głosik w jej głowie, ucieczkę od zmian, które w tobie zachodzą. Nie podoba ci się, kim się stajesz). Najpierw zanurzyła palce w gęstej, jasnej grzywie zwierzęcia, a potem pogłaskała je za uchem. Klacz potrząsnęła łbem i podniosła na nią swoje spojrzenie, jakby chciała powiedzieć, by zostawić ją w spokoju. Nic sobie z tego nie robiąc, Raksha zaciskając palce trochę mocniej, próbowała przerzucić nogę przez grzbiet konia, ale ten stanął gwałtownie na tylnych nogach, wywracając ją na plecy.

- Głupia chabeta – mruknęła księżniczka, rozcierając sobie pośladki.

    Klacz parsknęła głośno w odpowiedzi i oddaliła się zgrabnie w kierunku stawu, by napić się wody. Raksha podniosła się, czując ból w całym ciele. To ją trochę oprzytomniło. Chciała uciec? Dobre sobie. Niby dokąd? I po co? Najpierw robi sobie wycieczkę przez pół świata, a jak już jest o krok od zrealizowania celu, to rezygnuje? Było za późno, by się z tego wycofać.

    Powróciła do chatki pogrążona w głębokich rozmyślaniach. Rozmowę Neviny i Yulana słyszała jak przez mgłę. Dochodziły do niej pojedyncze słowa, ale były przytłumione, jakby dzieliła ich od niej spora odległość. Usiadła ciężko na krześle i zamknęła oczy. Prawie natychmiast przeniosła się do świata swojej świadomości, całkowicie tracąc kontakt z rzeczywistością.


*


    Z tego błogiego stanu została wyrwana bardzo gwałtownie, gdy ktoś złapał ją za rękę. Szybko otworzyła oczy i już miała na końcu języka kilka mało cenzuralnych słów, kiedy zdała sobie sprawę, że kuca przed nią czarnowłosa czarownica. Cała złość natychmiast z niej uleciała. Odpowiedziała na niepewne spojrzenie Neviny ciepłym uśmiechem i ścisnęła delikatnie jej palce. Zdając sobie sprawę, że to prawdopodobnie ostatnie chwile, kiedy będzie mogła użyć swoich mocy, wstała, wciąż trzymając dłoń czarownicy i podeszła z nią do okna. Z zaskoczeniem zauważyła, że zamiast nocnego nieba, widzi wschodzące słońce, ale to wcale nie pokrzyżowało jej planów. Wyciągnęła rękę w stronę promieni i zaczęła machać palcami w powietrzu, jakby próbowała przesunąć coś nieszczególnie ciężkiego. Potem wykonała jeszcze trochę bardziej opływowych ruchów, a chmury podążały za szlakiem wyznaczonym przez jej palce, przybierając takie kształty, jakie im kazała. Tym sposobem narysowała na różowym niebie sylwetki ich obu, siedzących na księżycu. Kiedyś by pomyślała, że takie rzeczy są dla jakichś naiwnych romantyków i jeśli miałaby wybrać sposób na ośmieszenie się, zdecydowałaby się na coś bardziej widowiskowego, żeby przynajmniej prości ludzie mieli o czym rozmawiać przez następne tygodnie. Obecność czarownicy w jej życiu odblokowała jednak drzwi, o których sama nie miała pojęcia. Chciała robić tandetne rysunki z chmur, pleść wianki z kwiatów i śpiewać piosenki o łabędziach razem z Neviną. Czuła, że daje jej to spokój i poczucie stabilności, coś czego ostatnimi czasy bardzo jej brakowało. Była wdzięczna, że udało jej się znaleźć taką przyjaciółkę. Chciała oddać jej z nawiązką za wszystkie te dobre rzeczy, które ją spotkały odkąd się poznały. Była też jednak boleśnie świadoma, że niebawem nadejdzie czas rozstania. Być może straci życie już za kilka godzin, oddając swoją moc w zamian za życie Giliana. A jeśli nie to, to całkiem możliwe, że ten zaciągnie ją ze sobą i Yulanem w podróż w jakieś kompletnie absurdalne miejsce. Oczywiście, chciała tu zostać, ale znała też siebie. Po tak długiej rozłące z przyjacielem, nie będzie w stanie stawić mu oporu. Obawiała się, że jeśli tylko uda jej się przetrwać rytuał, rozklei się na widok żywego Giliana, ale mało ją obchodziło zachowanie twarzy. Na samą myśl o tym, co stanie się już tak niedługo poczuła wzrastającą w niej ekscytację.

- To bardzo ładne – usłyszała obok siebie i szybko wróciła na ziemię. - Ale myślę, że już dość się napatrzyłyśmy. Myślę, że Yulan bardzo się niecierpliwi. Nalegał, żebym cię obudziła, chociaż mówiłam mu, że nie wolno.
- Nie przejmuj się tym. Gdzie on jest? - rozejrzała się po pomieszczeniu, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że były same.
- Czeka na zewnątrz. Rozmawia ze swoim koniem.

    Dla kogoś innego takie zdanie podałoby w wątpliwość stan zdrowotny Yulana, ale zarówno Raksha, jak i teraz już Nevina wiedziały, że elfy miały wyjątkowy kontakt z naturą. Pogawędki ze zwierzętami oraz przywracanie uschniętych roślin do życia należały do jednych z najpopularniejszych objawów.

    Księżniczka wyszła przed dom w samej lekkiej szacie i od razu tego pożałowała. Jeśli myślała, że wcześniej było zimno, to teraz musiała znajdować się pod lodowcem. Zadrżała i podeszła do rozgadanego mężczyzny. Klepnęła go w ramię, do którego ledwo dosięgnęła, na co natychmiast się obrócił.

- Słuchaj. Jeśli chodzi o wczoraj, naprawdę nie wiem co...
- Nieważne. Potem mi powiesz. Możemy już zacząć? - Yulan był w zdecydowanie dobrym humorze, praktycznie podskakiwał w miejscu z rozsadzającej go radości na samą myśl o zobaczeniu swojego narzeczonego. Raksha, widząc ogromną nadzieję w jego oczach, nie miała już serca,by próbować wytłumaczyć wczorajsze zajście, choć elf zdawał się być niczego nieświadomy. - Wybacz, że proszę tak bezpośrednio, ale naprawdę nie mogę się doczekać. No. I jeszcze jedno. Chociaż trudno przewidzieć jak to wszystko się potoczy, będę miał cię pod opieką. Będziesz bezpieczna.

    Księżniczka uśmiechnęła się, choć była pewna, że wyszło to dość krzywo. Od razu mi lepiej, pomyślała, wzdychając. Mimo wszystko czuła wdzięczność za te słowa, choć zdecydowanie nie w jej stylu było być pod czyjąś opieką. To zadanie od zawsze należało do niej. Poza tym musiała być szczera przynajmniej sama ze sobą. Im bliżej było do przeprowadzenia rytuału, tym cięższą czuła obawę przed konsekwencjami. Wciąż była zdecydowana, że chce to zrobić, ale odkąd zaczęła zastanawiać się nad następstwami zaklęcia i swoim życiem po nim, coraz częściej dochodziła do wniosku, że może lepiej by było... Oooch, nieważne. Lepiej wezmę się do roboty.

- Muszę otworzyć portal, w którym umieściłam Giliana. Czas płynie tam dużo wolniej niż tutaj, więc jego ciało jest w takim samym stanie, w jakim go zostawiłam, ale myślę, że mimo wszystko powinieneś się przejść. Chyba nie powinieneś go oglądać w takim stanie.
- Daj spokój. Jestem lekarzem, widziałem mnóstwo zwłok.
- Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi – księżniczka nie dawała za wygraną.
- Dam radę.

    Lekko zaskoczona uporem i pewnością siebie, jaka brzmiała w głosie Yulana, Raksha jedynie wzruszyła ramionami. Wyciągnęła przed siebie rękę, zamknęła oczy i zmarszczyła brwi w skupieniu. Przez długą chwilę nic się nie działo, ale w końcu w powietrzu pojawiło się malutkie, białe światełko. Zaczęło się ono rozrastać, a w jego wnętrzu widać było piaszczysty krajobraz. Kiedy bijące blaskiem okienko przybrało rozmiar dorosłego człowieka i kształt dziury po meteorycie, księżniczka otworzyła oczy i opuściła rękę.

- To może chwilę potrwać. Poczekaj tutaj – mówiąc te słowa, wskoczyła w dziurę między światami.
- Czekaj, co... - Yulan wyciągnął dłoń, chcąc ją złapać, ale nie zdążył.

    Wejście do równoległego wymiaru zniknęło, tak jak i Raksha. Elf westchnął. Przestąpił z nogi na nogę. Czas mijał i nic się nie działo. W pewnym momencie zaczął już wątpić w wiarygodność swojej znajomej. Czyż nie byłaby to ucieczka idealna? Trochę sobą gardził za takie myślenie, dobrze wiedział, że jeśli była osoba, której zależało na Gilianie równie mocno, co jemu, to była to właśnie ona. Takie bezczynne czekanie jednak nie motywowało do pozytywnych refleksji.

- Mówiła, że czas płynie tam wolniej. Ale czy to znaczy, że wszystkie czynności, które tam wykonuje, postępują w zwolnionym tempie? Czy po prostu wszystko toczy się normalnym rytmem i, załóżmy, mimie pięć minut, a u nas będzie to pięć miesięcy? Ach, nigdy nie byłem w stanie pojąć jak to wszystko działa, co za abstrakcja.

    Nie zauważył, kiedy znów zaczął mówić sam do siebie. Gdy tylko się zorientował, speszony rozejrzał się dookoła, ale na szczęście Nevina wciąż była w chatce. Zrobił parę kroków w lewo, potem zawrócił i pomaszerował w prawo. Wciąż nic się nie działo. W końcu usiadł na zimnej ziemi i zaczął jeszcze raz powtarzać w myślach cały plan. Był akurat w trakcie trzeciego z kolei wyliczania każdego punktu, kiedy w powietrzu ponownie rozbłysło białe światło, a po kilkunastu sekundach ze sporej dziury wyskoczyła Raksha. Przechyliła się przez krawędź wszechświatów i złapała coś – co okazało się muskularnymi ramionami – z wielkim wysiłkiem próbując wciągnąć bezwładne ciało do właściwej rzeczywistości.

- Nie pogniewam się, jeśli zechcesz pomóc – wysapała, kiedy z otworu wychyliła się najpierw rudowłosa głowa, a potem szyja oraz szerokie ramiona.

    Yulan otrząsnął się z zaskoczenia. Podbiegł do księżniczki i złapał swojego narzeczonego pod pachami. Udało mu się wciągnąć go bez większego trudu w ostatniej chwili, bo kiedy tylko stopy Giliana uderzyły o ziemię, portal się zamknął.

- Mało brakowało. Pewnie by się nieźle wkurzył, gdyby obudził się bez nóg – powiedziała Raksha z udawanym rozbawieniem w głosie.

    Ciężko było jej patrzeć na zwłoki przyjaciela, ale zdawała sobie sprawę, że ich widok z pewnością był większym szokiem dla Yulana, dlatego próbowała odciągnąć przynajmniej część jego uwagi od przyglądania się długiej bliźnie, ciągnącej się od czubka głowy. Znikała dopiero przy biodrze, choć jej linia ginęła pod materiałem lnianej koszulki.

- Dasz radę go zanieść? - zapytała, a kiedy nie doczekała się odpowiedzi, spojrzała na przyjaciela. Z lekkim bólem, choć bez zaskoczenia zdała sobie sprawę, że płakał. - Chodź. Daj mi go. Idź przodem, ja się nim zajmę. Zostaw tylko otwarte drzwi.

    Yulan szybko otarł łzy, a potem nieco otępiały ruszył w stronę chatki. Raksha podniosła zwłoki za pomocą magii. Unosiły się teraz na wysokości jej oczu, a długie, proste włosy Giliana prawie dotykały trawy. Księżniczka starała się nie patrzeć na jego twarz. Przeszła te kilka metrów dzielące ją od domku, lewitując ciało przed sobą, a kiedy znaleźli się już w środku, ostrożnie opuściła je na łóżko.

- No dobrze. Teraz musisz wstrzyknąć nam krew Neviny. A potem zostawcie nas samych.

    Była tak głęboko zamyślona, że praktycznie nie poczuła wkłucia. Zdała sobie sprawę, że jest już po wszystkim, kiedy jej krew dosłownie zawrzała. Zrobiło jej się bardzo gorąco, miała wrażenie, że magia krążąca w jej żyłach oraz żyłach Neviny mieszają się. Było to bardzo dziwne uczucie, zwłaszcza, że gołym okiem było widać napęczniałe naczynia krwionośne, pulsujące w rytm bicia jej serca. Trwało to zaledwie kilka sekund i nim zdążyła się dobrze przyjrzeć, wszystko wróciło do normy.

- Jak się czujesz? - zapytała z troską czarownica, która była właśnie w trakcie oddawania drugiej porcji życiodajnego płynu.
- Całkiem... całkiem przyjemnie – Raksha uśmiechnęła się, by dodać jej otuchy.

    Yulan podszedł do martwego mężczyzny i bez słowa wbił igłę w jego żyły. Powoli wpompował w nie krew. Dobrze, że został zakonserwowany nim krew zdążyła zakrzepnąć, pomyślał. Zdał sobie sprawę, że przedmiotowe podejście do tego zadania było dla niego najbezpieczniejsze. Wolał myśleć o Gilianie jako swoim kolejnym pacjencie, niż martwym kochanku. Gdy wszystko było skończone, zawinął zużyte igły w kawałek materiału wyjęty ze swojej apteczki i wrzucił je w ogień. Następnie razem z Neviną wyszedł na zewnątrz, zapewniając prywatność pozostałej dwójce.

- Więc nadszedł czas – szepnęła Raksha, podchodząc do ciała przyjaciela.

    Złapała go za rękę i mocno ścisnęła. Próbowała powstrzymać łzy cisnące się jej do oczu, ale marnie jej poszło. Czuła ogromne napięcie i chciała dać mu ujście jak najszybciej. Nie puszczając dłoni Giliana wyrecytowała cicho siedem razy formułkę stworzoną przez siebie. Znała ją tylko ona, nawet Nevinie zabroniła na nią spojrzeć. Zacisnęła powieki i zęby, kiedy nagle zapadła cisza. Nie było słychać ani szumu wiatru w koronach drzew, ani odgłosów żadnych zwierząt. Czas zdawał się stanąć w miejscu, ale jednocześnie płynął nieubłaganie. Miała wrażenie, że mijają sekundy, ale równie dobrze mogła stać już tak kilka godzin. Nie stało się jednak nic więcej ponad to. Już miała zacząć się wściekać, że cały wysiłek poszedł na marne, miała zniszczyć wszystko, co stanie jej na drodze, zmiażdżyć każdego, kto będzie próbował ją powstrzymać, kiedy nagle osunęła się bezwładnie na kolana, a potem dziwna niemoc położyła ją na podłodze. Brakowało jej sił, by choć mrugnąć. Nigdy wcześniej nie była tak wyczerpana, czuła jak uchodzi z niej cała moc, obraz przed oczami robił się coraz ciemniejszy i wiedziała, że niewiele ją dzieli od utraty przytomności. Ostanią rzeczą, jaką zobaczyła, był szybki ruch na łóżku, któremu towarzyszyło gwałtowne zaczerpnięcie powietrza. Zupełnie jak u kogoś, kto zbyt dużo czasu spędził pod wodą.